środa, 5 grudnia 2012

Bajka Grusi - Wigilijna opowieść o Aniołku

     Dawano, dawno temu...
Nie. Działo się to w czasach nie tak bardzo odległych. I nie za górami i lasami, lecz całkiem niedaleko...
     Na skraju wioski stała chatka. W zasadzie, taki niewielki domeczek, murowany, z dachem pokrytym czerwoną dachówką. Domek był parterowy, schludny i zadbany. W czyściutkich oknach wisiały bieluteńkie firanki i zielone zasłonki. W jednym oknie widać było małe firaneczki z koronki, zwane zazdrostkami, bo było to okno kuchenne. Podwóreczko ślicznie uprzątnięte, śnieg z dróżki odgarnięty, bo rzecz się działa zimą, a tego roku biały puch spadł wyjątkowo obficie, a i mróz był tęgi...
Aż przyjemnie było popatrzeć na ten uroczy, maleńki domeczek i palące się światła w oknach po zapadnięciu zmroku.

      Pewnie jesteście ciekawi, kto mieszkał w tak sympatycznym miejscu?
Otóż żyło tam małżeństwo. Byli to zwyczajni, najzwyczajniejsi w świecie ludzie, ani ładni, ani brzydcy, ani bogaci, ani biedni, ani młodzi, ani starzy. Ot, tacy sobie...
     Rano mąż, który miał na imię Marcin, wstawał i szykował się do pracy. Żona - Kasia, robiła mu śniadanie i kanapki na drogę, po czym mężczyzna całował ją w oba policzki po dwa razy i wychodził.  Wsiadał w swój kilkunastoletni  samochód i jechał do fabryki w pobliskim mieście. Lubił tę fabrykę. I lubił swoją pracę, która wypełniała mu sporą część życia.
     Kobieta jeszcze przez moment krzątała się po mieszkaniu, by za chwilę wyjść do swojej szkoły, gdzie pracowała jako nauczycielka. Ona też lubiła, a nawet kochała swój zawód bo bardzo kochała dzieci, a one kochały ją i co dzień wyczekiwały "swojej pani" - jak ją nazywały.
      Kasia i Marcin kochali się bardzo. Byłi już kilkanaście lat po ślubie, ale ich miłość była nadal żywa i głęboka. Troszczyli się o siebie, robili wzajemnie drobne przyjemności, tęsknili podczas rozłąki - jego myśli krążyły wciąż przy niej, a jej przy nim. I tak było zawsze. 
     Żyło im się ze sobą bardzo dobrze, bo byli to dobrzy ludzie. I niczego, w zasadzie, by im nie brakowało, gdyby nie to, że nie mieli dzieci. Bardzo pragnęli dziecka i starali się o nie ze wszystkich sił, ale "bocian" wciąż nie chciał przylecieć do ich chatynki. Więc mieli tylko siebie.
     Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia...
Święty Mikołaj wyruszał już z dalekiej krainy. Sanie stały przygotowane, zaprzężone w sześć wspaniałych, srebrzystych reniferów. Święty miał naszykowany worek pełen marzeń i życzeń. Chciał w wigilijny wieczór uszczęśliwić każdego, nie tylko dziecko. Musiał się śpieszyć, bo Wigilia tuż, tuż.
     Ubrany w czerwony, długi płaszcz, podbity białym futerkiem, w biskupiej czapie na głowie, Mikołaj zasiadł w wymoszczonych kożuchem saniach. Daleka przede mną droga - pomyślał.
     Renifery odbiły się srebrnymi kopytkami od ziemi i już pędziły po aksamitnym granacie wieczornego nieba, a gwiazdy jak iskry leciały spod ich kopyt. Sanie z lekka kołysały, aż Święty troszkę sobie przysnął, bo był już bardzo stary, a i z lekka zmęczony drogą. Śniła mu się zielona wyspa, na której rosły palmy, a on siedział pod jedną z nich i popijał sok pomarańczowy. Bardzo lubił pić sok pomarańczowy i w lecie i w zimie.
     Naraz sanie zahamowały. Święty Mikołaj gwałtownie się ocknął. Renifery przestępowały z nogi na nogę parskając z cicha. Na małej granatowej chmurce siedział Aniołek. Miał ciemne włosy, lekko układające się w krótkie loczki, orzechowe zaś jego oczy były pełne łez, a ramionka drżały od niepohamowanego łkania.



- Co się stało? - spytał łagodnie. Mikołaj - dlaczego płaczesz, Aniołku?
- Zagubiłem się - drżącym głosem wykrztusił Aniołek.
- A gdzie mieszkasz?-  pytał dalej Święty.
- Mieszkam w niebie, ale my, Anioły, mamy w Święta zlecone ważne zadania. Musimy zejść na ziemię, do ludzi i rozdawać im szczęście. A ja się chyba...spóźniłem..i zabłądziłem...iiiii...buuuuu...- tu malec rozpłakał się rzewnie.
- Nic się nie martw! - krzepiąco pocieszył go Mikołaj - wskakuj, maluchu, do sań, pojedziesz ze mną! Zawiozę cię na ziemię. No, śmiało! Już późno.
     Aniołek przestał płakać, a nawet uśmechnął się nieśmiało. Święty usadził go w saniach, nakrył kożuszkiem i wyruszyli, już razem, w dalszą drogę.
     Nastał wigilijny wieczór. Ludzie zbierali się wokół stołów na Wilię. Przy pięknie ustrojonych choinkach, dzielili się opłatkiem, życząc sobie miłości, zdrowia i wszelkiej pomyślności. Dzieci z niecierpliwością czekały na przybycie Świętego Mikołaja i..prezenty! Wszak dziś miały się spełnić wszystkie ich marzenia! Magia działała...
      I nasi znajomi z domku na skraju wioski też już zasiadali, jak co roku, do wigilijnego stołu. Choinka pięknie świeciła setką kolorowych światełek. Na jej czubku Marcin umieścił piękną złotą gwiazdę. Kasia przygotowała barszcz i uszka z grzybami , a karp wesoło skwierczał na patelni. Kompot z suszonych śliwek lubili oboje, Kasia nagotowała go cały garnuszek. Był też makowiec i kluski z makiem. I śledź z cebulką, za którym przepadał Marcin. Właśnie dzielili się opłatkiem...
On spojrzał na nią, ona na niego.
- Czego mam ci życzyć, kochanie? - spytał mąż całując czule żonę.
- Jestem z tobą bardzo szczęśliwa. Chcę tylko tego, by zawsze tak było, nic mi więcej nie potrzeba...
- Tak będzie. Zawsze. Obiecuję. A co jeszcze? - spytał tkliwie. Wyczytał w jej oczach wahanie. Dlatego szybko dodał - resztę czas pokaże, będzie, co ma być...
W tym momencie do drzwi ktoś nieśmiało zastukał...
- Kto to może być? Przecież nikogo się nie spodziewamy... - zdziwił się Marcin.
- Może zbłąkany wędrowiec? - zażartowała żona.
- Otwórzmy więc!
W drzwiach stanęła babuleńka. Nie wiadomo skąd się tutaj wzięła. Nie była osobą znajomą.
- Wesprzyjcie biedną - poprosiła - jestem bardzo zmęczona i zmarznięta...Taki dziś mróz. A ja..nie chciałam być sama...Nie mam nikogo na świecie - w błękitnych jak bławatki oczach starowinki zaszkliły się łzy niczym małe, szklane koraliki.
- Wejdż Babciu, zostań !- ucieszyli się oboje - nie będziesz sama i nam też będzie weselej. Siadaj z nami do stołu!
Posadzili ją przy stole, ugościli czym mieli.
Ale po chwili znów rozległo się pukanie do drzwi, ale tym razem za oknem zadzwoniły wesoło dzwoneczki...
- Mikołaj, Święty Mikołaj! - wykrzyknęła Kasia klaszcząc w ręce jak mała dziewczynka - naprawdę, najprawdziwszy Mikołaj! - oboje cieszyli się jak dzieci patrząc przez zamarźnięte okno na sanie i renifery. Tak. To był Święty. Stanął w drzwiach.
- Ho ho ho!!!! - krzyknął na przywitanie wesoło.
W tym momencie mężczyzna zauważył małego Aniołka, nieśmało chowającego się za plecy Świętego. Jego serce zadrżało z czułością. Wyciągnął ręce ku malcowi, chcąc go powitać. Kasia miała też łzy w oczach a jej serce zaczęło bić przyśpieszonym rytmem. Oboje zdali sobie sparwę, jak bardzo od dawna pragnęli takiego malucha...I wtedy nastąpiła rzecz dziwna. Z Aniołkiem nagle stało się coś niesamowitego. Nabrał rumieńców, oczy mu zabłyszczały, a jego skrzydełka...Już ich nie było! Znikły! Tak po prostu. Przed nimi stał zwyczajny chłopczyk. Kobieta popatrzyła na męża. On skinął porozumiewawczo głową. W ich oczach wyczytać można było wszystko, nawet nie musieli nic mówić...
- Czy chciałbyś...zostać z nami na zawsze? - spytała nieśmiało kobieta zdławionym wzruszeniem głosem - czy chcesz być naszym...synkiem?
- Tak, tak, tak! - wykrzyknął uszczęśliwiony malec, a w jego ciemnych oczkach zagrały wesołe ogniki.
- A ty, Babciu, zostaniesz z nami? - zwrócili się do babuleńki, która rozglądała się w okół szeroko otwartymi ze zdziwienia, błękitnymi oczami, otoczonymi siateczką zmarszczek.
- Kochani! - wykrztusiła Babcia i..więcej już nie zdołała nic powiedzieć, bo po policzkach popłynęły jej dwie strugi łez. Ale tym razem były to łzy radości.
- Ho ho ho! - wykrzyknął jeszcze Mikołaj na  pożegnanie i po cichutku się wycofał. Tu już nie potrzeba było więcej żadnych prezentów. Delikatnie zadzwoniły złote dzwoneczki...
I od tej pory byli już wszyscy razem: Mama, Tata, Babcia i mały chłopczyk, którego nazwali rodzice Niespodziankiem i bardzo go kochali. Tak to w wieczór wigilijny spełniły się najskrytsze marzenia aż czwórki osób....
Wesołych Świąt!




wtorek, 4 grudnia 2012

Pada śnieg...

Pada śnieg...Mróz też chwycił...Lubię zimę. Czasem. W zimie wieczór jest taki bardziej szafirowy, nie czarny. Światło księżyca odbija się od bieluchnego śniegu, a tańczące w świetle latarń gwiazdki dają specyficzny, bajkowy klimat. I w powietrzu unosi się inny zapach. Zapach śniegu. Bo śnieg ma swój zapach. A jestem zapachowiec. Już kiedyś pisałam. Zapamiętuje zapachy, a po latach je odnajduje, czasem w całkiem już innych sytuacjach...
Śnieg przypomina mi dzieciństwo, gdy szłam z rodzicami, wieczorem, ulicą, a pod nogami mi chrzęścił biały puch. Patrzyłam w rozgwieżdżone niebo i wydawało mi się, że księżyc idzie razem ze mną. Bezczelny łysy! Prześladował mnie. A może śledził?
Świeży śnieg, otulający drzewa i krzaki, tworzy baśniowy krajobraz jak u Andersena, tej o Królowej Śniegu co to tego Keja porwała i chciała zamienić jego serce w sopel lodu.
Pamiętam też jazdę na sankach. Miałam takie wstrętne, ciężkie, zielone sanki. Lubiłam sobie na nich siedzieć. W pokoju. Miały oparcie z pręta metalowego, potem zostało ono odpiłowane, żeby nie przeszkadzało przy zjeżdżaniu "na śledzia". Wyższą szkołą jazdy, była jazda "na koguta" - jedna osoba leży, druga siedzi na niej okrakiem. Teraz raczej bym nie mogła na nikim usiąść okrakiem gdyż ani chybi, skończyłoby się to połamanym kręgosłupem. Nie moim! Delikwenta!
Mróz mrozi mi policzki i wtedy drętwieje mi japa. Zdarza mi się w związku z tym pluć, podczas mówienia na mrozie. Czasem pluję też nie na mrozie, bo mam tzw. soczystą wymowę.
Dziś oplułam kolegę Pięknego. Nie obraził się, tylko powiedział, że musi zainstalować mi błotniki. Może to by było i dobre rozwiązanie, kto wie? Powiedziałam, że pluję bo jestem zła i mam chęć komuś przywalić: i z prawa i z lewa z plaskacza, symetrycznie, żeby równo spuchł, a potem przykopać kolanem. Wiadomo w co. Piękny oddalił się w popłochu :)

Pada śnieg, pada śnieg,
sypie granatami
a Mikołaj dostał w ryja,
leży pod saniami

śpiewają dzisiejsze dzieci..

Ja to śpiewałam tak:
(melodia walczyka)

Na drzewach śnieg, na krzakach śnieg
pobielił wszystko wokół.
Już trzyma mróz, skrzyp słychać płóz
i zima jak co roku.

Ktoś zaspy zmiótł , oczyścił lód
i gładka tafla błyszczy.
Kto zuch na lód, nie straszny chłód
ślizgają się już wszyscy.

Dźwięczące łyżwy lody tną
bim bam bam bom
bim bam bam bom
wtóruje serce dzwonkiem swym
bim bam bom bim bam bom bim

Albo to, w takt kopyt konika u sań:

Zima, zima, zima,
pada, pada śnieg.
Jadę jadę w świat sankami
sanki dzwonią dzwoneczkami

Dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń.
Prawda, że ładnie śpiewałam? Bo byłam zawsze bardzo grzeczna i tak mi pozostało! No i głos miałam też wybitny, od niemowlęctwa!

Zima kojarzy mi się też z piecem. Takim, jaki był u mojej babci. Duży, z zielonymi rzeźbionymi kaflami. Dobry taki piec w zimie. Tylko wRUcać w niego trzeba wYngiel albo co inne...Może jak bida to szyszki?
Zima to Święta, a Święta to choinka. Koniecznie żywa. Kupiłam parę lat temu sztuczną. Droga była, puchata...Raz tylko stała ubrana. Nie znoszę sztucznych choinek! Żywe lubię. Ale w tym roku chyba ją wyciągnę. Jest w piwnicy. Może jej szczury nie wrąbały całkiem. Podobno już ich nie ma. Tych szczurów. Przylazły z pobliskiego kanałku w parku i się rozlazły jak jakie pluskwy. Podobnież prześlizgnęły się przez niezamurowaną dziurę, pozostawioną przez murarzy partaczy. Tak pan dozorca powiedział...I były. Raz, kilka lat temu, weszłam do piwnicy, bo cieć zapewniał , że szczury zostały wytępione. Idę, świece latarką, patrzę...A tu coś leży na środku korytarza łapami w górę, wielkie jak kot. Nie przyglądałam się, bo chciałam umrzeć! Wyłam tak, że chyba na dziesiątym piętrze budynku było mnie słychać. A może i na sąsiedniej ulicy. I uciekałam.
Od tamtej pory NIGDY nie weszłam do piwnicy. Jak tylko pomyślę o tym czymś, co tam leżało, to mnie mdli i mam gula w gardle. Ale poproszę moją mamę. Starsza osoba, pokolenie wojenne, mniej strachliwa! Może pójdzie i mi tę choinkę sztuczną przyniesie, bo ja się boję! Może coś te szczury z niej zostawiły! Z choinki, nie z mamy! Ano ubiorę, co będzie. Co z choinki zostało, znaczy.  Ubytki gałęzi zamaskuje się łańcuchem i bombkami. Przyprószy się śniegiem albo i watą przypieprzy i już! Ważne ,żeby prezenty były ładne, bo opłatek już mam.
Dziś Terka opowiadała jak kosy miały małe, siedem sztuk, a kuna im głowy poobgryzała. Bo kuna lubi tylko głowy, podobno...To mi się z tymi szczurami skojarzyło. Koło Świąt. Święta - choinka - piwnica - szczury - kuna - odgryzione głowy małych kosów. Z tego łańcucha wychodzi, iż Święta z odgryzionymi głowami mi się kojarzą! I po co ona mi o tych kosach (ta Terka) opowiadała???
No i co to ja jeszcze...Aha. Czekam JEDNAK na TE Święta. MężU już powiedziałam, że jest niegrzeczny i nieuprzejmy dla mnie i nie dostanie nic! Podpadł mi, gdyż powiedział: Mały Miś niech nie będzie taki ZŁOWIESZCZY, bo podcina gałąź, na której siedzi!
Ta gałąź to by się sama złamała, nie należę do ułomków!
KONKLUDUJĄC :jak spotkam Świętego Mikołaja to jak go złapię za tą siwą brodę! NO!
Na prezent trzeba sobie zasłużyć. JAK JA!

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Telewizja

Ja nie mogę telewizji oglądać, po prostu nie mogę..Unikam tego jak ognia..Choć oczywiście, zdarza mi się. Serial jaki, czy Teleexpress, Wiadomości...
Oglądam obecnie serial pt. "Przyjaciółki" i nawet mi się podoba. Co prawda, ten, co się z Arciuch Tamarą związał, nooooo...jak mu tam...Bartek Kasprzykowski się strasznie roztył i brzuszysko opięte elegancką koszulą wylewa mu się ze spodni, zwłaszcza w scenach riki tiki klik klak wydawał mi się mocno obleśny, ale tak ogólnie, jeśli chodzi o serial to da się wytrzymać. Do ogarnięcia :) Kasprzykowski (tera moda mówić Bartek nie jaki Bartłomiej czy Bartosz) gra tam faceta, adwokata mocno świniowatego, który tę biedaczkę Strużyńską Magdę zdradza...Zdrady są rzeczą niemoralną, ale jak tak obserwuję tę jego małżonkę w tym filmie, to sama się prosi. Jak ja bym rozpędziła na cztery wiatry to całe towarzystwo - tę teściową upierdliwą razem z tym jej synalkiem..Z jaką rozkoszą umieściłabym swoją stopę między wydatnymi pośladkami pana adwokata, a walizka wraz z jego łachami wyleciałaby za okno, no!
I jeszcze z plaskacza by zarobił w spasione pycho! A ta się z nim certoli...Ma troje dzieci, fakt...No ale z takim dziadem żyć w poniżeniu?No nieeee...I jeszcze ta jego mamuńcia....
No ale ja nie o tym chciałam.
Przedwczoraj z kompa mnie pan małż wygryzł. I mimo woli te informacje se oglądałam. Nie wiem po co, bo się wkurzyłam. Aż mi ciśnienie chyba podskoczyło! Choć nie miewam wysokiego.
Dziecinka mała choruje na rzadkie schorzenie, które może powodować poważne powikłania i wyniszcza organizm. Ale leki (bardzo drogie) nie są refundowane dla pacjentów do lat 10, a potem to jedni mają refundowane, inni nie, to zależy czy na chorobę załapali się przed zmianą przepisów czy po!
Dalej..Kobicie paszcza otwiera się na centymetr. Trzeba ją karmić rozdrobnionym pożywieniem. Konieczna endoproteza żuchwy. To chyba jasne nawet dla laika! Ale nie dla komisji jakiejśtam, która uznała zabieg operacyjny jako...kosmetyczny i nie chce refundować!
Dalej...W pewnej szkole, w klasie jest chłopiec , który od kilku LAT wyzywa nauczycieli, bije kolegów, utrudnia prowadzenie lekcji. Podkreślam - sytuacja trwa kilka LAT. Zdesperowani rodzice chcą wszystkie dzieci przenieść do innej klasy, bo normalnie mają dość...Tym czasem dErECHcja i ktoś ważny z Kuratorium uważa, że I TAK jest poprawa, trzeba chłopcu dać szansę itd. No sorry, ale tolerancja też ma swoje granice. Dwadzieścia dziewięcioro dzieci traci - psychicznie, merytorycznie (nauczyciel ma utrudnione prowadzenie lekcji) , żeby jeden miał ochronny parasol i żeby biedaczek się nie załamał! No gdzie my żyjemy?! Dzieci uważają, że klasa jest fajna BO PO PROSTU PRZEZ WIELE LAT przyzwyczaiły się do sytuacji i do bezkarności terrorysty! Uznały go za świętą krowę , a sytuację za constans!
Następne. Chłopak lat 14 kilka lat temu zgwałcił i zamordował 13 - letnią córeczkę sąsiadów. Jeden z najmłodszych morderców i gwałcicieli. Był na tyle wyrachowany, że patrzył w oczy matce dziewczynki i nawet pomagał w poszukiwaniach, wiedząc, że sam porzucił jej ciało w zbożu! Głośna sprawa sprzed kilku lat. Chłopak sobie posiedział w poprawczaku do pełnoletności i...go wypuścili. Nie ma nawet statutu mordercy, gdyż w świetle prawa był przecież niepełnoletni! Ano..wrócił sobie spokojnie do swojej wioski i mieszka z rodziną , której zamordował dziecko, okno w okno! Jest tam jeszcze pięcioro dzieci, pewnie dziewczynki też...Co się dziwić, iż rodzina porzuciła dorobek całego życia i uciekła do innej wsi, gdzie dostali mieszkanie zastępcze? A MORDERCA? Ano..żyje jak pączek w maśle...Ani chybi, za parę lat, znów się o nim usłyszy, gdyż jest udowodnione, iż duży procent skazanych za podobne przestępstwa ponownie WRACA do popełnionych czynów...I tyle...
I bez komentarza....
I jak tu się nie denerwować?
Chyba wyrzucę telewizor za okno...

Bajka Grusi - O nieżyczliwym Krasnalu Jędrku i o tym, co wynika z sobkostwa

W starym lesie, w dziupli wielkiego dębu, mieszkał sobie Krasnal Jędrek. Dąb rósł w bardzo dobrym miejscu, w samym środku kniei, blisko płynęło źródełko, które brało początek spod olbrzymiego kamienia,  mocno już omszałego i prawie wrośniętego w ziemię. Głaz ten był tam od czasów, których nie pamiętali nawet najstarsi mieszkańcy tego miejsca. Jędrek, we wnętrzu drzewa, urządził sobie domostwo, z którego był bardzo dumny. Można by nawet rzec, że mieszkał w luksusie i niczego mu nie brakowało. Mieszkanie urządzone ze smakiem, wzbudzało podziw, a nawet i zazdrość niektórych sąsiadów. Pewnie jesteście ciekawi, co takiego nadzwyczajnego było w kwaterze skrzata? Otóż okna zdobiły małe witrażyki z szybek, które pomalowały mu znajome motylki, we wszystkie kolory polnych kwiatów. Gdy promienie słońca padały przez szkiełka, we wnętrzu widać było, na podłogach i na sprzętach, barwne mozaiki,  niczym wzory w kalejdoskopie. W salonie był najprawdziwszy kominek, wybudowany przez stolarza - Dzięcioła Romana, zwanego przez wszystkich Żurawinkiem, z powodu czerwonej czapeczki, którą zawsze nosił oraz zduna, Kreta Wacka. Gdy nadchodziły jesienne słoty, w kominku wesoło palił się ogień przy akompaniamencie skwierczenia szczapek suchego drewna i palących się szyszek sosnowych. Salon był wyposażony w prawdziwy fotel bujany, w którym zasiadał Krasnal i z wolna pykał swoją ulubioną fajeczkę. Oprócz tego stała tam wspaniała komoda z drewna dębowego, rzeźbiony, ciężki stół, a podłoga wyścielona była prawdziwym dywanem, który utkały dla Jędrka pajączki z mocnych nici, przetykanych światłem księżyca, specjalnie chwytanego nocą.





W mieszkaniu była także sypialnia z wygodną, miękką kanapą wyściełaną aksamitem. Była też najprawdziwsza kuchnia, niezbyt duża, ale wygodna z kompletem błyszczących rondli, porcelanowych talerzyków i srebrzystych sztućców. W kącie mieszkania mieściła się wyśmienicie zaopatrzona spiżarnia. Z salonu wychodziło się na taras, który podparty był  grubym dębowym konarem. Roztaczał się z niego malowniczy widok na okolicę. Gdy zapadał zmrok i wszyscy mieszkańcy lasu sposobili się do snu, Krasnal wychodził na taras i w ciszy, której nie zagłuszał już żaden ptak, ani zwierzę, słuchał szumu źródełka i odgłosu spadających liści i gałązek, gdy tylko pojawił się silniejszy podmuch wiatru. Można powiedzieć, że Jędrkowi żyło się bardzo dobrze. Nie był on jednak lubiany przez sąsiadów. Nigdy nikomu nie pomógł w potrzebie, ani z nikim się nie podzielił swoim dobrem. Nigdy nikogo niczym nie poczęstował, ani nie przyjął w swoim domostwie. Był zarozumiały i nieżyczliwy. Nie interesował go los innych stworzeń i myślał tylko o sobie. Jego jedynym celem było pomnażanie swojego majątku, a jedynym pragnieniem, życie w luksusie. Na innych, uboższych patrzył z pogardą. Czy to moja wina, że ktoś sobie nie radzi? - myślał egoistycznie. W końcu niech każdy dba o swoje interesy! - dodawał w duchu.
Pewnego razu przybłąkał się do niego mały Zajączek, który zabłądził w lesie. Z płaczem prosił go o pomoc, o wskazanie drogi, o nakarmienie, gdyż długo błąkając się po lesie i szukając właściwej ścieżki, mocno już zgłodniał.
Krasnal stanął w drzwiach i rzekł:
- Idź sobie! Musisz radzić sobie sam! Mnie nikt nie pomaga nigdy i ja o pomoc nikogo nie proszę! Wracaj skąd przyszedłeś!
Zajączek zapłakał rzewnie, tym bardziej, że zabolały go bardzo, ostre słowa, bezwzględność i okrucieństwo. Spuścił ze smutkiem głowę i odszedł. Na szczęście pomogły mu leśne ptaszki i z ich pomocą zdołał trafić do domu.
Innym razem znów prosił go Słowik Pawełek o pomoc. Zaplątał się w krzaczki i w skrzydełko wbił mu się cierń.
- Pomóż mi, Jędrku - prosił.
- Jestem teraz bardzo zajęty! - niegrzecznie odpowiedział Krasnal - musisz sobie jakoś poradzić sam! Mnie nikt nie pomaga i ja od nikogo pomocy nie chcę! Trzeba być samowystarczalnym!
I ptaszek odleciał ze smutkiem....
Kiedyś młoda Sójka Helka, której dopiero wykluły się pisklęta, prosiła Krasnala, by na chwilę popilnował jej dzieci, gdyż musiała iść na poszukiwania jedzenia dla swoich maleństw.
- Nic mnie to nie obchodzi! - zakrzyknął zuchowato Skrzat - Musisz sobie sama jakoś poradzić.
Sójka odeszła ze smutkiem. Powoli wszystkie zwierzątka odsuwały się od nieżyczliwego sąsiada....
Aż nastała ciężka zima. Jędrek, pomimo dbania o siebie, zachorował. Nie pomógł ani wełniany szalik, ani ciepła czapa, ani buty na prawdziwym kożuszku. Zachorował i już. Czasem tak bywa, że choroba przychodzi nagle. Może spocił się przy rąbaniu szczapek drewnianych?
W każdym razie, kasłał bardzo, miał katar i gorączkę. Położył się do łóżka i całkiem osłabł. Zmierzył temperaturę - miał prawie 40 stopni! Trzeba by zawołać lekarza....Ale przecież sam nie da rady...
Leżał więc tak w samotności i czuł się coraz gorzej. Chyba miał już zapalenie płuc.
Tymczasem zwierzątka, które początkowo nie zauważyły nieobecności Jędrka, stopniowo zaczynały się niepokoić. Pomimo zimy, Krasnal jednak wychodził z domu, to po wodę, to znów narąbać drewna...A teraz nie widziały go od kilku dni!
Postanowiły zajrzeć do sąsiada. Jaki jest taki jest, ale zawsze to sąsiad...
Trzeba zobaczyć co się stało - stanowczo stwierdził burkliwy Chomik Marian
Myszki były tego samego zdania. Nawet mały Zajączek, któremu kiedyś Jędrek odmówił pomocy, teraz był zaniepokojony. Przyleciała też Sójka Helka i Słowik Pawełek...
Wszyscy stanęli przed drzwiami dziupli. Zapukali nieśmiało...
Odpowiedziała im tylko cisza. Zapukali po raz drugi, już mocniej. Nic.
- Chyba musimy wejść, może coś się stało? - zawyrokował Marian.
Nacisnęli klamkę, drzwi się otworzyły...Powoli, ostrożnie weszli do środka. W kuchni nie było nikogo, pod kuchnią nie napalone, garnki puste, nieporządek...W salonie kominek zimny, widać dawno nieużywany, po kątach nawet sople wiszą. Resztka wody w wiaderku zamarznięta...
Usłyszały jakiś jęk..Chyba z sypialni. Weszły.
Ich oczom ukazał się przygnębiający widok. W łóżku, w nieładzie, leżał wychudzony Jędrek. Rozpalony, spocony, potargany..
- Co się stało?!! - wykrzyknął Chomik z przerażeniem.
Odpowiedział mu tylko atak kaszlu.
- Trzeba wezwać doktora! I to natychmiast!
- Ja polecę! - szybko zdecydowała Sójka. Stary Niedźwiedź Bartek był doświadczonym lekarzem.
Tymczasem zwierzątka zaopiekowały się Jędrkiem, jak potrafiły. Myszki prześcieliły mu łóżko, ułożyły wysoko poduszki. Zajączek naniósł świeżej wody. Chomik Marian napalił w kuchni i kominku i zaraz zrobiło się ciepło i wesoło. Potem zwierzątka napoiły chorego herbatą z malinami. Ptaszki nagotowały mu też pożywnej zupy i nakarmiły nią nieboraka.
Niebawem nadszedł lekarz....Niedźwiedź zbadał krasnala. Nie było z nim dobrze, o nie...
- Zapalenie płuc - orzekł ponurym głosem Bartek po zbadaniu pacjenta. Zaoordynował mu lekarstwa i zalecił dużo pić i wygrzewać się.
Trzeba będzie się nim zaopiekować - stwierdziły zwierzątka zgodnym chórem.
Ustalimy dyżury. I będziemy przy nim , póki nie wyzdrowieje!
Jak postanowiły, tak zrobiły. Choroba trwała długo, ale gdy Jędrek wziął lekarstwa, temperatura spadła. Jednak był on jeszcze bardzo słaby i  męczył go kaszel.
Powoli, pod bacznym okiem sąsiadów, wychodził z choroby. Zwierzątka dbały o niego, karmiły, poiły, podawały lekarstwa, zmieniały pościel, paliły w kominku..
Krasnal, gdy tylko poczuł się lepiej zaczął rozmyślać...Było mu wstyd. On nikomu nigdy nie pomógł, a teraz pomagali mu wszyscy! Nawet ci, których kiedyś skrzywdził. Miał wyrzuty sumienia. Bardzo go te myśli męczyły...
Powoli dochodził do zdrowia, nabierał sił. Aż pewnego dnia, poczuł, że jest już całkiem zdrowy.
Ale nie był to już ten sam Skrzat - egoista i sobek! Zrozumiał, że nigdy się nie jest samemu i że zawsze trzeba myśleć o innych - pomagać im, wspierać, służyć dobrą radą. Bo dobro, które się daje, zwraca się w dwójnasób.
Jędrek postanowił wyrazić swoją wdzięczność sąsiadom. Myślał długo, jak ma im podziękować, jak im powiedzieć, że się zmienił, że zrozumiał coś, czego nie rozumiał przedtem. Dzięki swoim sąsiadom otrzymał nie tylko opiekę, nie tylko pomoc, ale coś znacznie cenniejszego - dzięki nim stał się kimś innym i wreszcie przejrzał na oczy, CO tak naprawdę jest w życiu najważniejsze - miłość, serdeczność, zaufanie i to,  że możemy na kogoś zawsze liczyć.
Krasnal urządził dla sąsiadów wielki bal. Nie patrzył, że pobrudzą mu dywany i uszczuplą zapasy. Stół uginał się od wyśmienitego jadła i wspaniałych napitków.
- Wiem , że nie byłem dla was dobry - powiedział Jędrek, ale obiecuję, że od tej pory wszystko się zmieni. Dziękuję wam za wszystko. I nie tylko za opiekę i pomoc. Dzięki wam zrozumiałem coś bardzo ważnego - dokończył z mocą.
- A co? - spytał mały Zajączek.
- To, że nikt z nas nie jest sam, że żyje wśród innych i powinniśmy być dla siebie życzliwi, gdyż dziś pomagamy komuś, a jutro sami może będziemy tej pomocy od innych potrzebować.
- Zdrowie gospodarza! - wykrzyknął Chomik Marian - wznosząc kryształowy kielich leśnego miodu.
- Zdrowie was wszystkich, KOCHANI SĄSIEDZI - odpowiedział Jędrek.
I od tej pory zawsze już dzielił się z innymi i nigdy nikomu nie odmawiał pomocy....



niedziela, 2 grudnia 2012

Bajka Grusi dla Julci - O dzielnym Koniku Maciusiu i ślicznej Klaczce Królewnie Liliance

    Za górami, za lasami, za morzami, tam, gdzie można zobaczyć linię horyzontu, a nawet dotknąć zachodzącego słońca, była piękna kraina. Wysokie wzgórza można było dostrzec już z oddali. Bezkresne zielone łąki i drzewa dawały cień oraz chroniły przed wiatrem i deszczem. Środkiem płynęła rzeka z przepyszną, zimną, krystalicznie czystą  wodą, która to woda była  lepsza i od Coca Coli i od każdego innego najsmaczniejszego napoju. Drzewa obfitujące w jabłka, śliwki, wiśnie i inne owoce, wiosną przecudownie kwitły i roztaczały woń tak słodką, tak zachwycającą, że ludzie i zwierzęta zatrzymywali się, wdychając z upodobaniem oszałamiający zapach. Rosły tam też piękne kwiaty, których nikt specjalnie nie pielęgnował, a pomimo tego, były dorodne i wyjątkowo cieszące każde oko i ...nos. 
     W krainie tej mieszkał sobie maleńki konik Maciuś. Było mu tam dobrze. Pasł się spokojnie na łące, w swoim ulubionym miejscu, zaraz koło płynącej rzeczki. Gdy chciało mu się pić, zanurzał nozdrza w chłodnej wodzie. Gdy był zmęczony upałem, lub zaczynał padać deszcz,  znajdował schronienie pod gęstą koroną ulubionego drzewka. I nic nie zakłócało jego sielankowego życia, gdyby nie to, że czuł się samotny. W pobliżu nie było innych koników. Owszem, przylatywały tam ptaszki, przychodziły inne zwierzątka, ale konik zawsze z tęsknotą wypatrywał przyjaciela - konika jak on...Niestety, bezskutecznie. 
     Pewnego dnia, Maciek podjął decyzję, pójdzie w świat poszukać przyjaciela. Jak postanowił, tak zrobił. Pomyślał sobie, że najlepiej będzie jak pójdzie wzdłuż rzeczki. Szedł, szedł i szedł, jeden dzień, drugi.... Nocą kładł się pod krzaczkiem, albo wśród wysokich traw, chroniących go przed wiatrem, a w dzień podążał dalej bez wytchnienia.
     Aż raz, gdy nie miał już nadziei na to, że znajdzie tego, którego szukał, zobaczył z daleka tajemnicze wzgórze. Była to bardzo dziwna góra, cała ze szkła. Gdy zbliżył się zaciekawiony, zauważył, że jest to czymś w rodzaju szklanego domu. W środku były szklane pokoje z kryształowymi żyrandolami, szklane meble: fotele, stoliki, szafy i komody, nawet kanapa była ze szkła.
    W jednym z pokoików zauważył...piękną klaczkę. Była mniej więcej jego wzrostu, miała liliową aksamitną sierść oraz długą błękitną grzywkę ze srebrną gwiazdką na czole. Maciuś zapatrzył się na klaczkę i bardzo zapragnął się z nią spotkać. Poczuł nagle, że jest to ta osoba, której tak długo poszukiwał.
      Klaczka też go zauważyła i spojrzała na niego cudnymi oczami koloru szmaragdu, ocienionymi czarnymi długimi rzęsami. Popatrzyła tak słodko, że Maciuś wiedział już na pewno: to jest ta! Ale przez zimne i grube ściany ze szkła nie mógł nawet z nią się porozumieć. To szkło nie przepuszczało żadnego dźwięku. Patrzyli więc tylko na siebie - Maciuś na klaczkę, a klaczka na Maciusia. I tęsknili...To było widać w ich oczach...
Nagle nadleciał ptaszek. Miał kolorowe piórka i był to bardzo dziwny ptaszek, bo... mówił ludzkim głosem.
- Witaj Maciusiu! - przywitał konika
- Skąd znasz moje imię?- zdziwił się konik
- Ja wiem wszystko! - pochwalił się ptaszek - i wiem, że bardzo chcesz spotkać się z Lilianą. Tak ma na imię ta klaczka mieszkająca w szklanym pałacu.
- Tak! Bardzo, bardzo chcę!
- Ale to nie jest łatwa sprawa. Zła Kryształowa Królowa uwięziła ją w swoim zamczysku. Musisz udać się po radę do Babci Gruszki - mądrej i dobrej, ona ci powie co masz czynić. Mieszka na skraju lasu w chatce. Łatwo ją odnajdziesz. A teraz, muszę już lecieć. Powodzenia!
I życzliwy ptaszek odleciał.
     Konik niewiele się zastanawiając, wyruszył w drogę. Dróżka, którą szedł ,zaprowadziła go prosto do chatki.
Babcia Grusia wyszła mu na przeciw. Była to miła staruszka o dobrodusznym spojrzeniu błękitnych oczu i pogodnym , ledwo dostrzegalnym uśmiechu.
- Wiem, co cię do mnie sprowadza. Był u mnie mój przyjaciel ptaszek i uprzedził mnie, że przyjdziesz. Wiem też, czego ode mnie oczekujesz i dam ci to. Nie będzie to tylko rada. Dostaniesz ode mnie czarodziejski kluczyk.
Tu Babcia Grusia wyciągnęła z szufladki srebrzysty, maleńki kluczyk.
- Tym kluczykiem można otworzyć drzwi szklanego pałacu, które są zamknięte i uwolnić królewnę Lilianę. Bo wiedz o tym, że to najprawdziwsza królewna, którą z zazdrości uwięziła Kryształowa Królowa. Tylko pamiętaj, czynu tego może dokonać tylko ktoś, kto ma czyste i niewinne serce. A teraz proszę, oto kluczyk - tu podała mu przedmiot zawieszony na srebrnej tasiemce - nie zgub go i pamiętaj, masz postępować szlachetnie i mądrze, a może osiągniesz swój cel. A teraz już idź bo muszę nagotować pierożków dla mojego wnusia. I nie zapomnij - jeśli będziesz niedobry, kluczyk straci swą moc - dodała ku przestrodze Babcia Grusia.
     Konik zawiesił sobie srebrny kluczyk na szyi i wyruszył w drogę powrotną tą samą dróżką. Ale była to chyba czarodziejska droga, bo w sposób dziwny wydłużyła się ona i pokręciła. Na drodze nagle wyrósł las, gęsty i trudny do przebycia.
     Idzie konik, idzie przez gęsty las, a tu nagle, niespodziewanie spotyka staruszkę, która wyrosła jak spod ziemi. Staruszeczka idzie o laseczce, a na plecach dźwiga chrust, a jest go tak dużo, że ugina się pod ciężarem. Skoczył Maciuś do niej i powiada:
- Pomogę ci, Babciu zanieść ten chrust. Dla mnie to nie problem. Pomóż tylko zarzucić mi go na plecy i powiedz, gdzie twoja chata.
- Dzięki ci, koniku. Chętnie skorzystam z pomocy. Muszę napalić w kuchni, bo mój mąż jest bardzo chory, zaparzę mu ziółek. Na pewno by wyzdrowiał, ale nie ma komu iść dla niego po lekarstwo,  nie mamy nikogo na świecie. Ja już jestem stara...- tu łzy popłynęły z jej błękitnych, jak niezapominajki, oczu...
     Poszedł z nią konik do chatki, patrzy, starutki mąż Babuleńki leży chory, rozpalony.
- Może mu pomóc tylko owoc bzu czarnego, który rośnie nad rzeką - powiedziała staruszka.
- To ja pójdę, Babciu, przyniosę ten owoc dla Dziadziusia!
    Pobiegł konik nad rzeczkę. Patrzy, rośnie krzew z owocami granatowymi, a jest ich tyle, że gałęzie zwisają aż do wody, pod ich ciężarem. Narwał owoców, zapakował w woreczek płócienny, czyściutki, co go dostał od Babci. Poszedł z powrotem do domku Dziadków.
Daje Babci woreczek, Babcia z owoców uwarzyła szybko napoju, Dziadziuś napił się naparu i zaraz zrobiło mu się lepiej. Troszkę jeszcze był słaby, ale policzki jego już nie były takie rozpalone i temperatura mu spadła.
Konik pożegnał się z Babcią i Dziadkiem i wyruszył w dalszą drogę.
    Idzie, idzie dalej, doszedł do miejsca, gdzie rzeczka zakręca. Patrzy, mostek połamany, a koło mostku płacze mała dziewczynka.
- Dlaczego płaczesz? - pyta konik
Mała popatrzyła na niego oczkami jak kasztany.
- Bo, bo...Poszłam do lasku, chciałam dla mamusi wrzosu narwać...A tu zerwała się wichura i mostek zniszczyła i nie mam teraz jak wrócić buuuuu - zanosi się płaczem.
- Nie płacz dziewczynko, wskakuj na mój grzbiet. Ja cię przewiozę na drugi brzeg!
- Dziękuję ci, koniku. Masz bardzo dobre serduszko! - podziękowała mu malutka.
Wskoczyła konikowi na grzbiet i bezpiecznie przedostała się na drugi brzeg rzeczki.
Potem pożegnała się z Maciusiem i pobiegła do swojej mamusi, która już jej z niepokojem wypatrywała.
     Konik poszedł dalej i po chwili już z daleka zauważył szklany zamek, który znienacka wyrósł przed nim jak spod ziemi.
     Patrzy, a kluczyk na jego szyi błyszczy wyjątkowym blaskiem, aż odbijają się w nim jak w lustrze promienie słońca. Spojrzał Maciuś, a z noskiem przy szybce stoi jego ukochana klaczka. Ma łezki w pięknych oczach koloru szmaragdu. I patrzy na konika tak pięknie, tak miło, tak prosząco...
      Doskoczył Maciuś do szklanych drzwi, włożył w dziurkę srebrzysty, lśniący kluczyk, przekręcił i...zamek ustąpił. Lilianka była uwolniona.
     Wyprowadził ją Maciuś ze szklanego więzienia, choć pięknego, ale zimnego, na promienie słońca, na pachnącą trawę...Klaczka stała jak odurzona. Nie mogła uwierzyć, że znów może wdychać woń kwiatów, czuć powiew wiatru, ciepło słońca i słyszeć śpiew ptaków...I oczom nie wierzyła, że tego wszystkiego dokonał ten dzielny konik, niepozorny, ale jednocześnie taki mężny, prawdziwy bohater! Jej wybawiciel!
I w jej serduszku poczuła prawdziwe ciepło i czułość dla tego dzielnego "rycerza".
- Jak masz na imię? - spytała dźwięcznym głosikiem.
- Maciuś - odpowiedział wzruszony konik.
- Dziękuję ci, dziękuję, za wszystko! Chcę na zawsze być z tobą! - wykrzyknęła w uniesieniu.
- I ja też, Lilianko!
I poszli już razem w drogę powrotną, do pięknej krainy, zamieszkali tam razem i nigdy się już nie rozstawali.     Żyli długo i szczęśliwie i przenigdy nie byli już smutni, bo zgoda panowała w ich domu i miłość. Paśli się wspólnie nad rzeczką, pili wodę krystalicznie czystą i chowali się przed słońcem lub deszczem pod ulubionym drzewkiem Maciusia.
Teraz zrozumieli naprawdę, czym  jest szczęście, które tym bardziej się pomnaża im bardziej jest dzielone z drugą osobą...





sobota, 1 grudnia 2012

Toaleta

Nie, nie chodzi mi o toaletę poranną i wieczorną..Ani też o toaletkę, którą mają niektore panie w wyposażeniu  swojej sypialni, taką z wielkim lustrem i szufladkami na te wszystkie kremy, mazidła, błyszczyki, cienie, pudry, lakiery do paznokci itd. Nie o to, nie o to, nie o to....
Żeby nie trzymać w niepewności. Chodzi mi o:
"Ubikacja (toaleta, szalet) – pomieszczenie, w którym człowiek dokonuje świadomego aktu defekacji lub mikcji (oddania moczu). Powinna wchodzić w skład każdego mieszkania jako osobne pomieszczenie lub będące częścią łazienki. W skład jego wyposażenia wchodzi: muszla klozetowa z sedesem, często osobna umywalka i – jeśli pomieszczenie jest dostatecznie obszerne – bidet."
Źródło : http://www.synonimy.proffnet.com/toaleta.html
Już wiecie o co chodzi? Nie chciałam pisać po swojemu, aby nie być posądzoną o obscenę!
Toalety mogą być różne. Np. takie wychodki drewniane z serduszkiem wyciętym w drzwiach - na wiosce, kiele stodoły. Albo takie eleganckie, w hotelach wielogwiazdkowych. Nie wiadomo czasem, w którym tajemniczym miejscu jest dinksik do spuszczania wody...Albo zwyczajne - wyposażone w muszle z klapą, w przeciętnym domu czy mieszkaniu, stojącą czy wiszącą na generalnym miejscu.
Innym rozwiązaniem jest wynalazek obecnych czasów - toi toi.


Są szalety publiczne i prywatne. Różne i różniste, od A do Ż!




W zasadzie, pomieszczenia w których znajduje się kibelek są podobne, różnią się kolorem ścian, rodzajem i intensywnością oświetlenia odbijajjącego się w niklu, porcelanie czy chromie...W centralnym punkcie, na ogół, stoi ten monolit intymności i potrzeby fizjologicznej. Otwarty frontem na potrzeby potencjalnego użytkownika - MUSZLA USTĘPOWA! Stoi lub wisi. "Pokoik" czasem kusi zapachem lasu, morskiej bryzy lub lawendy i gdy czujemy nieodpartą ochotę skorzystania, spowodowaną przymusem chwili - niepokojem jeita grubego lub parciem na pęcherz, już nie możemy się oprzeć!
Tu prośba do panów - podnoście deskę, zamykajcie klapę!
W każdym razie BYWAJĄ w życiu każdego człowieka, ba, zwierzęcia nawet, SYTUACJE gdy MUSIMY, po prostu!
Owoż właśnie ja, będąc w centrum handlowym, po wypitej właśnie smakowitej dość kawie latte, odczułam nieodpartą potrzebę skorzystania z W.C. Nie zastanawiając się zbyt długo, postarałam się zlokalizować toaletę - byłam na poziomie "O". Odnalazłam więc właściwy drogowskaz z informacją. Podążałam szybkim, zdecydowanym krokiem we wskazanym kierunku. Strzałka wskazywała poziom "- 1". Jestem w domu - pomyślałam. Wsiadłam do windy - parcie na właściwy organ, już troszeczkę dawało mi się we znaki. Zjechałam. Znalazłam się...na parkingu podziemnym. O kurrrr..cze! - pomyślałam. Wróciłam na poziom "0". Chyba coś nie tak szukam - myślę. Pogalopowałam rączym kłusem. Znalazłam! Uffff! Stoi pan ze słuchawką w uchu, pilnuje. Ale wszystko się zgadza - laleczka - jedne drzwi, chłopek - drugie. Ja - do laleczki! Otwieram. Dziki tłum! Jak za PRL po papier toaletowy albo za kiełbasą podwawelską! Zrezygnowałam! Wciągnę w siebie! - myślę. Albo....Nie, lepiej nie...



- Proszę pana, gdzie jest JESZCZE tolaeta damska? - spytałam tego ze słuchawką
- SŁUCHAM? - zdziwił się. Chyba nie bardzo słyszał, przez tę słuchawkę...
- W.C.! Damskie! - wrzasnęłam.
- Aaaaa..piętro wyżej!
Nie pojechałam. Na pewno mnie w maliny wpuścił! Nie będę ryzykować! Mocno podejrzanie wyglądał! Pewno jaki seksista!
Pojechałam dwa piętra wyżej. Poziom "2". Czułam mrowienie w.....No, wiadomo gdzie! Ruszyłam świńskim truchtem jednocześnie ściskając "górne nogi"! JEST! HURRRRRAAAAAAA!!!!- krzyknęłam w duchu jak sołdat radziecki.
Laleczka. Nie chłopek. Nie osoba na wózku! Wchodzę! Pusto. Poczułam przypływ szczęścia...nie tylko w sercu!!!!
Kabina. Wolna. Ufffffff!
Życe jest jednak piękne! Usta milczą, dusza śpiewa!
Jak to niewiele do szczęścia potrzeba!

A teraz rada dla wszystkich nieszczęśliwych, sfrustrowanych i niespełnionych.
SPROBUJCIE WSTRZYMAĆ MOCZ NA 2 GODZINY. Jeśli wam się to uda, po dwóch godzinach opróżnijcie pęcherz. Zapewniam was, zastrzyk szczęścia macie zapewniony :)


Wsiąść do pociągu...

Jesień...Ile może trwać? Nawet nie ta złota, polska, wątła, wrześniowa, babim latem zaplątana. Jak w tej piosence Jasia Kaczmarka:

(...)Ubrali ludzie ciepłe dresy,
I jeszcze pulowery na to,
Bo tylko patrzeć lada chwila,
Babie lato, babie lato.

Wnet rozpajęczy się aż miło,
Wątłe wrześniowe Babie lato(...)

Ale nie, to nie ta złocista, pachnąca jeszcze latem przebrzmiałym. Godzina czternasta, a tu już ciemno. Przez koronkę gałęzi bezlistnych już drzew widać szaro-bure niebo. Widok przygnębiający. Chmurno, zimno, wilgotno..jak w innej piosence, także Jasia:

(...)Chmurno, durno, nieprzyjemnie,
 Luźna plomba dzwoni w zębie(...)

Plomba mi nie dzwoni, jeszcze tego by brakowało! .Zresztą, to by jeszcze nie najgorzej było, bo najgosze jak nie ma już W CZYM DZWONIĆ! No i jak tu pisać coś wesołego w taką pogodę? Jesień, przemijanie...Od 1 listopada się tak zaczęło - taka jakaś ponura nostalgia, senność, przygnębienie...Nawet mnie te głupawe reklamy - już świąteczne nie rozweselają...Co za jakaś Olerna melancholia!

***
Moje myśli
kluczem odlatujących żurawi
tęsknotą jesiennej pory
melancholia suchych liści
usypiajćych drzew
płaczem deszczu kryształkami kropli
zapachem płomeni ognisk...
Szukam ich nadaremno
w wyblakłych słońca promieniach
mdłych uciekających gdzieś...
Ku zimie...
A.W.

Już Rodowicz śpiewała:

(...)Światem zaczęła rządzić jesień,
Topi go w żółci i czerwieni,
A ja tak pragnę, czemu, nie wiem,
 Uciec pociągiem od jesieni(...)


To jest to! A potem było o tym kamyku zielonym co go trzeba w dłoni ściskać jak się do pociągu "byle jakiego" wsiada! No, ciekawe! I jeszcze namawiają, żeby "nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet" ,w kólko golone! Może jeszcze pieniędzy ze sobą nie brać ani karty płatniczej! A jak nam się np. jeść zachce, albo pić, to co?




No dobra, dojedziemy tam na miejsce, bo nawet taki pociąg "byle jaki" ma gdzieś koniec trasy I CO? Już nie wspominam o tym, że zaraz nas kanar złapie, że bez biletu jedziemy! No, ale powiedzmy, że się jakoś do kibla schowamy albo pod ławkę. Albo konduktor będzie miłosierny i się uliuje, jak się mu powie, że jedziemy do chorej cioci i jesteśmy bezrobotni, mamy Alzheimera, zapomnieliśmy biletu kupić, amnezję mamy oprócz tego i zielone papiery (nie kamyk!). A  wogóle to była trąba powietrzna, wywiało nam dowód osobisty, była powódź, pożar, w związku z czym nie mamy przy sobie NIC, bo bilet mieliśmy kupiony, naprawdę i słowo honoru  i to w przedsprzedaży! Powiedzmy, że kanar będzie człowiekiem i nam uwierzy lub będzie udawał, że wierzy i jakoś uda nam się dojechać. Gdzie nocleg? W stodole? To nas chłop widłami pogoni! Na dworcu, na ławce - to nas policja zgarnie i na dołek. W parku? Straż miejska nas za chabety weźmie! Mogą na nas napaść, obrabować z tego co mamy, np. z butów! No i jest jeszcze kwestia jedzenia i picia. Są takie jadłodajnie darmowe. Ale na to trzeba mieć statut bezdomnego! Tam zresztą trudno się dostać, duża konkurencja tak samo jak i w noclegowniach! Można NIBY spać pod mostem. Ale zimno! Jeszcze nam kto w głowę da i do rzeki wrzuci! A tego RACZEJ wolelibyśmy uniknąć...
Są jeszcze kwestie INNEJ natury. A mianowicie, kto DA jeść mężowi i dzieciom, kto wesprze, pocieszy, posprząta, opierze, oprasuje, oporządzi, zrobi zakupy? Kto krowy podoi, kury wymaca, świniom zada? Oczywiście jak na wsi mieszkamy...W polu roboty chyba już nie ma...W każdym razie jest co robić!
Wobec powyższego to mam w Milusi kamyk zielony i ten "byle jaki" pociąg! Mam w Milusi jesień i te wszystkie jej "uroki". Nigdzie nie jadę! Wolę sobie herbatki zrobić, poklikać, telewizję pooglądać i męża podenerwować! TAK!


A to tak przy okazji...

Rozmyślania w drodze do...

Ranek zbudzony oddechem zimnym,
idziesz aleją, gubiąc snu resztki,
w powietrzu czujesz woń świeżej ziemi,
zapach chmur liści i...czegoś jeszcze?

Wzruszasz się, czujesz, płaczesz i kochasz,
a serce śpiewa piosenkę rzewną,
śmiejesz się, bawisz, myślisz, wspominasz...
Skarby twej duszy - wiem to na pewno

Gnasz jak kto głupi, męczysz się, miotasz
wśród złudnych uczuć, lotnych rozterek,
czasem przystajesz pytając siebie:
czy warto stawać przed innych szereg?

I odpowiadasz sam - sobie, prosto,
warto, choć często masz dylematy,
bo bije z ciebie duma i godność....
Czemu więc często dostajesz baty?

Wartko wzbijają cię aż po chmury
szczytne marzenia i ideały
lecz czasem spadasz...Cóż, takie życie!
I znów się dźwigasz, choć obolały...

I tylko myśl cię taka nachodzi,
jasna i prosta, jak promień słońca,
że wbrew wszystkiemu, musisz pozostać...
CZŁOWIEKIEM - do samego końca....
A.W.

Z ostatniej chwili....Właśnie wyjrzało słońce. Wbrew temu co ja tutaj kraczę!