Mąż to jest praktyczne stworzenie domowe i o ile z nim będziemy postępować w sposób przemyślany, służy nam wiele lat.
Przede wszystkim tresurę męża należy zacząć zaraz po ślubie, by nawyki u niego wykształciły się niczym u psa Pawłowa. Przykłady. Musi wiedzieć, że po posiłku sprząta się po sobie talerz. Warto też nauczyć go szybko, że swoje potrzeby fizjologiczne załatwia się do muszli podnosząc deskę i pilnuje się by trafić prosto w dziurkę i nie rozchlapać uryny poza obręb toalety. Niby proste, a niektórzy panowie mają z tym problem. Uczymy też męża sprzątania po sobie, odkładania na miejsce książek, gazet oraz różnych innych przedmiotów codziennego użytku, z których korzysta. Naukę musimy zacząć zaraz po ślubie , gdyż później może być za późno. Postępujemy konsekwentnie i nie odpuszczamy, mimo początkowych porażek. Mąż tylko czeka na to, by jedna z drugą powiedziała: daj ja to zrobię! Wówczas z ulgą przekaże daną czynność w twoje ręce i więcej NIGDY się za to nie weźmie, bo "nie potrafi"!
Ważne jest, by działać metodą kija i marchewki. Co jest marchewką to żadnej rozsądnej kobiety chyba nie muszę uczyć. Kij natomiast ma znaczenie raczej symboliczne, choć czasem tego bardzo żałuję! A więc kij to nasza broń kobieca. Doskonałe jest obrażenie się, ale tak by zrozumiał, iż bardzo nas zranił i MUSI jasno wiedzieć CZYM, inaczej nic z tego. Mężczyźni są istotami niższego rzędu, Jak pamiętamy Kopernik była kobietą, nie można więc od nich zbyt wiele wymagać. W kwestii myślenia, oczywiście.
Skuteczny jest płacz. Można więc popłakać się, byle z wdziękiem! Nie mazać się, nie histeryzować, raczej chodzi o jakąś NIBY ukrywaną łzę spływającą po policzku ,sugerującą jakim łajdusem jest winowajca!NO!
I podstawowa sprawa! Zapisać. Mężczyźni służą głównie do uciech dla kobiety i noszenia paczek. Oczywiście jeśli dobrze zarabiają i potrafią zrobić coś kolwiek w domu, to działa in plus!
Nigdy nie ujawniać facetom całej prawdy, będzie zazdrość , zawiść i trucie! Facet potrafi czasem truć gorzej niż baba! Generalnie, im jest mniej świadomy, tym lepiej! Wyrażać zachwyt, podziw dla niego, by za chwilę się dąsać w sposób czarujący! Ale nie przesadzać, bo będzie zbyt zdezorientowany i może stracić cierpliwość!
Nie mówić o swoich niezbędnych wydatkach (np. czwarta w tym tygodniu bluzeczka). Chłop nie rozumie do końca potrzeb kobiety i zaraz sobie to przeliczy na butelki piwa albo inne niepotrzebne fanaberie! Czasem można mu jakieś piwo kupić, niech zna łaskawą rękę pani! Wówczas jest to niespodzianka i będzie zadowolenie i wdzięczność! A to z kolei zobowiązuje. Nauczyć go robić zakupy, wytyczając konkretnie szlaki (w którym sklepie). Dlaczego? To wrodzone lenie i pójdą do najbliższego sklepu, nie bacząc, że tam ładnych buraków nie ma i cebuli! Ostatnio zetknęłam się z wielkim i jaskrawym dowodem na to, że mężczyzna nie myśli. Jeden taki eksponat, dziwił się iż kobiety nawiązują dialog ze sprzedawczynią , że "czy dobra ta szyneczka, czy chuda? puciu puciu!". No i co w tym dziwnego? Chyba każdy woli zjeść co dobrego jak byle co, a koniec języka za przewodnika! Tak rodzą się kontakty INTERPERSONALNE, powstają znajomości i zdobywa się informacje!
Konkludując, musi mężczyzna zrozumieć swoje obowiązki, o prawach go nie informujemy! Dajmy mu zajęcie by o głupotach nie myślał! Praca, praca i jeszcze raz praca. Jak widzimy, że gapi się w telewizję na ładne, młode babki - to my zaraz - kran trzeba naprawić, w piwnicy posprzątać, niech ma za swoje!
Ma nie palić, nie pić alkoholu, nie wychodzić z kolegami, oddawać pieniądze, nie oglądać się za kobietami i nie myśleć o głupotach! I mądra kobieta, która będzie słuchać rad Grusi, zawsze jest w stanie to osiągnąć! No!
niedziela, 6 stycznia 2013
Babcie w tramwaju...
Dziś jechałam tramwajem. Aż trzy przystanki. Do świątyni. Niedziela jest....
Jak zwykle, w środku komunikacji miejskiej, obserwowałam ludzi, INWIGILACJA jest moją ulubioną czynnością :) Ludzie są fascynujący! Świat jest fascynujący! ZIEMIANIE są wciąż dla mnie zagadką (ja podobno jestem REPTYLIANKA lub KOSMITKA - tak mówi o mnie mój mąż), tematem do rozmyślań, obiektem zadziwienia. Najczęściej.
Ich reakcje są czasem schematyczne, ale częściej nieprzewidywalne.
No bo np. kto przewidzi, że słodziutka jak ulepek, koleżaneczka z pracy, która cię częstuje, daje ci drobne prezenciki, stara się pomóc, czyta w twoich myślach, troszczy się o ciebie, a twoje problemy spędzają jej sen z oczu (jak nadmienia miomochodem), za chwile idzie do szefa i obrabia ci tyłek, roznosi po instytucji wszelkie informacje z twojego prywatnego życia, oczywiście w wersji MOCNO przez siebie zmienionej, urabia ci opinię u ludzi. Oczywiście ZłEJ : ona tego nie umie, ona mi tego nie przekazała, jest błąd, to ONA się tym zajmowała...No, ale kto zna, ten wie...
Zresztą...Powiem tak. Ludzie PRZESADNIE słodziutcy, pochlebcy, tacy MEGAuczynni, nadmiernie oferujący swoją pomoc, ZAWSZE wzbudzali moją nieufność. Wolę już tych, nawet czasem burkliwych i narzekających. Takich, co to zawsze coś u nich szwankuje i są niezadowoleni :) Przynajmniej są NATURALNI, niezakłamani. A takie świergotki: ojojoj, moje dziecko najlepiej zrobiło, pani TYLKO jego chwaliła, mąż znów dostał premię, rodzice czują się świetnie, NA OGÓŁ po jakimś czasie szydło z worka wychodzi...No, ale nie o tym... Miało być o komunikacji miejskiej...
Owoż, jak zachowuje się młodzież w autobusie czy tramwaju, to wiadomo. Jadą do szkół, są hałaśliwi, beztroscy, stoją grupą blisko drzwi w plecakach na plecach - standard. Pojedyńczy osobnik IZOLUJE się od reszty świata, mając słuchawki na uszach i racząc wszystkich naokoło, nieco przebijającą muzyką w stylu "łubu dubu". Oni nic nie słyszą i nic nie widzą, żują gumę poruszając szczękami jak krowy na pastwisku i są PONAD. W końcu tu tylko przypadkiem, przelotem, przez moment. Czasem czytają książkę, zeszyt szkolny, gazetkę...
Ale nie o to..
Babcie...Ehhhh, babcie. To jest temat.
Wyglądają różnie. Mają od 60 lat wzwyż. Te są najfajniejsze. Czasem posiadają laski lub kule. Nie, nie to że ja drwię z ich ułomności...Tylko bardzo często odnoszę wrażenie, że ta laska to trochę dla fasonu, jako taka miejscówka w tramwaju czy autobusie. No bo jak wytłumaczyć FAKT, że skoro tylko taka babcia namierzy wolne miejsce, zapomina w try miga o ułomności i chodu, długimi susami w namierzonym kierunku?
Albo jak wytłumaczyć, że dwie godziny stoi przed chałupą i z sąsiadką plotkuje.?
Ale oczywiście nie wszystkie..Bo ustępować inwalidkom miejsca TRZEBA! TO PODKREŚLAM!!!! W imię miłości bliźniego choćby, szacunku, przyzwoitości i DOBREGO WYCHOWANIA!!!! W tym momencie mogą spytać: a co to takiego i z czym to się je? Ano...jak rodzice nie wytłumaczyli, to ja TYM BARDZIEJ nie wytłumaczę....
Tylko, czasem taki młody człowiek zaczytany, czy zapatrzony w okno ZBYT DŁUGO, w końcu gdy zauważy i ZERWIE SIĘ z miejsca spanikowany, usłyszy w podzięce od starszej pani : NO W KOŃCU BYDŁO WSTAŁO! To nie bajka...
Żwawa i zażywna staruszka potrafi wymusić ustąpienie miejsca napierając brzuchem, biustem, sapiąc zancząco, stękając lub trącając siedzącego torbą znacząco.
Babuszki...Ubrane w beretki, eleganckie kapelutki i czapusie. Ciepłe. Od wczesnej jesieni, do późnej wiosny. Włoski ufarbowane, brewki wydepilowane, biustem torują sobie drogę...
Dziś obserwowałam taką w piaskowym paltociku. Fascynująca. Stanęła w drzwiach. Oczywiście OD RAZU po wejściu do wozu. ONA zaraz (za trzy przystanki) wysiada. Bo do kościoła. I już zaklinowała przejście, kto chce wsiąść może TYLKO stanąć przed nią. Dalej luźno. Przy drzwiach tłum. Jak w tym kawale o Wąchącku, gdzie WSZYSCY chcieli siedzieć koło kierowcy :)
Wracamy z powrotem. Czekamy na autobus. "Piaskowa" obecna. Obserwuję ją kątem oka - już ja cię babo przypilnuję - myślę sobie. No, autobus podjechał, babcie w pełnej gotowości ŁUBUDUUUUUU ławą! Wsiadłam jakoś, szukam wzrokiem, gdzie moja "Piaskowa"..Nie ma? Staranowali ją w przejściu? Ojojoj, jaka przykrość - myślę sobie zUośliwie. To ciekawe, zniknęła...Już się zaczęłam niepokoić, bo stała przy INNYCH drzwiach niż ja, gdzie Una!...Odwracam się. Mój małż przytulony do szyby jakoś dziwnie..W zasadzie wtłoczony w szybę....A na plecach mu leży..."Piaskowa" hehehe Minę ma mój staruszek nieszczęśliwą. Ano kara za grzechy go spotkała! Mógł wraz ze mną JEJ nie krytykować!
No jasne, gdyby na nim leżała jakaś cycata trzydziestka blond w mini, pewnie byłby zadowolony!
A dobrze mu tak, ZDRAJCY!!! GORZE MU! NO!
Jak zwykle, w środku komunikacji miejskiej, obserwowałam ludzi, INWIGILACJA jest moją ulubioną czynnością :) Ludzie są fascynujący! Świat jest fascynujący! ZIEMIANIE są wciąż dla mnie zagadką (ja podobno jestem REPTYLIANKA lub KOSMITKA - tak mówi o mnie mój mąż), tematem do rozmyślań, obiektem zadziwienia. Najczęściej.
Ich reakcje są czasem schematyczne, ale częściej nieprzewidywalne.
No bo np. kto przewidzi, że słodziutka jak ulepek, koleżaneczka z pracy, która cię częstuje, daje ci drobne prezenciki, stara się pomóc, czyta w twoich myślach, troszczy się o ciebie, a twoje problemy spędzają jej sen z oczu (jak nadmienia miomochodem), za chwile idzie do szefa i obrabia ci tyłek, roznosi po instytucji wszelkie informacje z twojego prywatnego życia, oczywiście w wersji MOCNO przez siebie zmienionej, urabia ci opinię u ludzi. Oczywiście ZłEJ : ona tego nie umie, ona mi tego nie przekazała, jest błąd, to ONA się tym zajmowała...No, ale kto zna, ten wie...
Zresztą...Powiem tak. Ludzie PRZESADNIE słodziutcy, pochlebcy, tacy MEGAuczynni, nadmiernie oferujący swoją pomoc, ZAWSZE wzbudzali moją nieufność. Wolę już tych, nawet czasem burkliwych i narzekających. Takich, co to zawsze coś u nich szwankuje i są niezadowoleni :) Przynajmniej są NATURALNI, niezakłamani. A takie świergotki: ojojoj, moje dziecko najlepiej zrobiło, pani TYLKO jego chwaliła, mąż znów dostał premię, rodzice czują się świetnie, NA OGÓŁ po jakimś czasie szydło z worka wychodzi...No, ale nie o tym... Miało być o komunikacji miejskiej...
Owoż, jak zachowuje się młodzież w autobusie czy tramwaju, to wiadomo. Jadą do szkół, są hałaśliwi, beztroscy, stoją grupą blisko drzwi w plecakach na plecach - standard. Pojedyńczy osobnik IZOLUJE się od reszty świata, mając słuchawki na uszach i racząc wszystkich naokoło, nieco przebijającą muzyką w stylu "łubu dubu". Oni nic nie słyszą i nic nie widzą, żują gumę poruszając szczękami jak krowy na pastwisku i są PONAD. W końcu tu tylko przypadkiem, przelotem, przez moment. Czasem czytają książkę, zeszyt szkolny, gazetkę...
Ale nie o to..
Babcie...Ehhhh, babcie. To jest temat.
Wyglądają różnie. Mają od 60 lat wzwyż. Te są najfajniejsze. Czasem posiadają laski lub kule. Nie, nie to że ja drwię z ich ułomności...Tylko bardzo często odnoszę wrażenie, że ta laska to trochę dla fasonu, jako taka miejscówka w tramwaju czy autobusie. No bo jak wytłumaczyć FAKT, że skoro tylko taka babcia namierzy wolne miejsce, zapomina w try miga o ułomności i chodu, długimi susami w namierzonym kierunku?
Albo jak wytłumaczyć, że dwie godziny stoi przed chałupą i z sąsiadką plotkuje.?
Ale oczywiście nie wszystkie..Bo ustępować inwalidkom miejsca TRZEBA! TO PODKREŚLAM!!!! W imię miłości bliźniego choćby, szacunku, przyzwoitości i DOBREGO WYCHOWANIA!!!! W tym momencie mogą spytać: a co to takiego i z czym to się je? Ano...jak rodzice nie wytłumaczyli, to ja TYM BARDZIEJ nie wytłumaczę....
Tylko, czasem taki młody człowiek zaczytany, czy zapatrzony w okno ZBYT DŁUGO, w końcu gdy zauważy i ZERWIE SIĘ z miejsca spanikowany, usłyszy w podzięce od starszej pani : NO W KOŃCU BYDŁO WSTAŁO! To nie bajka...
Żwawa i zażywna staruszka potrafi wymusić ustąpienie miejsca napierając brzuchem, biustem, sapiąc zancząco, stękając lub trącając siedzącego torbą znacząco.
Babuszki...Ubrane w beretki, eleganckie kapelutki i czapusie. Ciepłe. Od wczesnej jesieni, do późnej wiosny. Włoski ufarbowane, brewki wydepilowane, biustem torują sobie drogę...
Dziś obserwowałam taką w piaskowym paltociku. Fascynująca. Stanęła w drzwiach. Oczywiście OD RAZU po wejściu do wozu. ONA zaraz (za trzy przystanki) wysiada. Bo do kościoła. I już zaklinowała przejście, kto chce wsiąść może TYLKO stanąć przed nią. Dalej luźno. Przy drzwiach tłum. Jak w tym kawale o Wąchącku, gdzie WSZYSCY chcieli siedzieć koło kierowcy :)
Wracamy z powrotem. Czekamy na autobus. "Piaskowa" obecna. Obserwuję ją kątem oka - już ja cię babo przypilnuję - myślę sobie. No, autobus podjechał, babcie w pełnej gotowości ŁUBUDUUUUUU ławą! Wsiadłam jakoś, szukam wzrokiem, gdzie moja "Piaskowa"..Nie ma? Staranowali ją w przejściu? Ojojoj, jaka przykrość - myślę sobie zUośliwie. To ciekawe, zniknęła...Już się zaczęłam niepokoić, bo stała przy INNYCH drzwiach niż ja, gdzie Una!...Odwracam się. Mój małż przytulony do szyby jakoś dziwnie..W zasadzie wtłoczony w szybę....A na plecach mu leży..."Piaskowa" hehehe Minę ma mój staruszek nieszczęśliwą. Ano kara za grzechy go spotkała! Mógł wraz ze mną JEJ nie krytykować!
No jasne, gdyby na nim leżała jakaś cycata trzydziestka blond w mini, pewnie byłby zadowolony!
A dobrze mu tak, ZDRAJCY!!! GORZE MU! NO!
piątek, 4 stycznia 2013
Nasi milusińscy
Dziś będzie jeszcze o naszych pociechach.
Czasem to wyczekiwane maleństwa, bywa "wpadka", często niespodzianka.
Ale zawsze pownny być to nasze kochane. Ja nie wyobrażam sobie, by miało być inaczej.
Gdy są bezbronnymi niemowlaczkami, zależnymi o nas, są takie najbardziej "nasze". Najnaszejsze.
Później słodkie bobasy. Śmieją się, obejmują pulchniutkimi łapkami za szyję, niezdarnie całują, szarpią mamę za włosy, ciągną ojca za nos.
Nasze cuda. Najpiękniejsze, najmądrzejsze, najukochańsze. Często pamiętamy pierwsze słowo, pierwszy krok...
A potem przychodzi okres negacji i zaznaczanie swojej woli. Próba sił. W zasadzie taki mały szantażyk zaczyna się dużo wcześniej, już przy wymuszaniu noszenia na rączkach czy wspólnego spania:)
Ale potem przybiera on formę słowną. Nie. Nie zrobię, nie pójdę, nie chcę.
Później szkoła. I tak dalej i tak dalej....Aż następuje przejście poprzez burzliwy wiek nastolatka w dorosłość...
To są sprawy oczywiste. Dziecko coraz bardziej staje się już nie tylko nasze...
Ma koleżanki, kolegów, dziewczynę, chłopaka, potem narzeczoną lub narzeczonego.
Potem swoją rodzinę.
Lub nie. Bo to bywa różnie. Ale pamiętajmy, że dziecko chowamy "dla świata", nie tylko dla siebie.
Ale ja zmierzam do czego innego. Tylko jak zwykle się rozgadałam...
Otóż, gdy mamy już tego potomka, to sobie tak wyobrażamy :jak to będzie i co to będzie...W swoich wizjach widzimy: ją jako panią doktór - jak mamusia, jego jako architekta - jak tatuś. Ale jak będzie prawnikiem lub DYREKTOREM to też nam nie przeszkadza. Byle miał dobry zawód i popłatny!Na pewno będzie grał na pianinie, a co najmniej na gitarze. I jeździł konno. Zapiszemy ją na lekcje tańca. No i oczywiście języki - przynajmniej trzy: angielski, niemiecki i chiński. Musi umieć pływać. I jak najwcześniej mieć prawo jazdy!
Ale..życie weryfikuje nasze oczekiwania. I często dziecko nasze idzie w zupełnie innym kierunku, niż tego byśmy chcieli. Nie garnie się do nauki, ale często przesiaduje w warsztacie samochodowym u znajomego. Nie chce grać na gitarze, zresztą nie ma słuchu za grosz. Ledwo, ledwo radzi sobie z jednym, obowiązkowym, językiem angielskim, osiągając bardzo mizerne wyniki.
Ale to nie wszystko. Nie mamy w domu spokojnego aniołka, o którym marzą rodzice. Dziecko "daje popalić". Wraca późno do domu. Pyskuje rodzicom. Uczyć się nie chce. Wagaruje.
Bywa, że nie mamy w domu okazu zdrowia, o którym marzyliśmy, a wiecznie chorującego słabeusza, który nie może uprawiać wyczynowo sportów siłowych, o czym marzy tata...
I co, rozczarowanie? Zawód?
Nie. Musimy pogodzić się z tym, że dziecko RZADKO bywa takie, jak żeśmy sobie wymyślili. Często idzie całkiem inną drogą. I wcale nie MUSI spełnić naszych oczekiwań!
Nie podziela naszych poglądów. Przechodzi kryzysy. Robi rzeczy, których nie pochwalamy.
Pamiętajmy, że nadal jest to nasze dziecko. Może TRUDNE do kochania, ale jednak.
Każdemu człowiekowi potrzebna jest miłość jak woda i powietrze. Inaczej marnieje jak niepodlewany kwiat. I choć czasem nasz młodzieniec, czy panienka broni się przed nami, fuka, udaje, mówi, że nie jest dzidziusiem i sam najlepiej wie, co ma robić, bądźmy przy nim!
Gdy nie pochwalamy jego postępowania, powiedzmy: synku, nie akceptuję tego co robisz, ale cię kocham i zawsze będę cię wspierać. Córeczko, zrobiłaś źle, musisz ponieść konsekwencję tego, co się stało, ale zawsze możesz na mnie liczyć.
Nie uchronimy swoich latorośli przed wszelkim złem tego świata. Nic nie pomoże rozkładanie ochronnego parasola ani szklany klosz. Takie postępowanie zawsze odbija się źle. Młody człowiek strofowany, pouczany, trzymany PRZESADNIE na uwięzi popełnia znacznie więcej błędów niż ten samodzielny. Kontrolować trzeba, ale z dystansu. I kochać. Tak, by dziecko wiedziało. Nie wstydźmy się słów miłości, gestów przytulenia, pogłaskania, nawet..starego konia czy mocno przerośniętej pannicy. Gdyby więcej rodziców miało czas dla własnych, nawet dorosłych już, dzieci, gdyby nie bała się okazywania im uczuć w sposób mądry, gdyby więcej z nmi rozmawiało, nie byłoby tyle problemów - narkomanii, przedwczesnych ciąż, alkoholizmu...
Nasze dzieci to nasza przyszłość. Może będziemy potrzebować kiedyś ich pomocy. Dbajmy o nie, pamiętając, że nie chodzi tylko o spełnianie ich zachcianek, ale też egzekwowanie obowiązków. Żyjmy zgodnie w naszych rodzinach, bo nasz przykład prawidłowych relacji zadziała najlepiej. To on wykształci naszych potomków na przyszłych odpowiedzialnych ojców i troskliwe matki - kapłanki ogniska domowego.
Życzę wszystkim rodzicom samych sukcesów wychowawczych. I pamiętajmy, każdy z nas popełnia błędy, ważne, by z nich umieć wyciągnąć wnioski dla siebie i w przyszłości ich unikać....
Czasem to wyczekiwane maleństwa, bywa "wpadka", często niespodzianka.
Ale zawsze pownny być to nasze kochane. Ja nie wyobrażam sobie, by miało być inaczej.
Gdy są bezbronnymi niemowlaczkami, zależnymi o nas, są takie najbardziej "nasze". Najnaszejsze.
Później słodkie bobasy. Śmieją się, obejmują pulchniutkimi łapkami za szyję, niezdarnie całują, szarpią mamę za włosy, ciągną ojca za nos.
Nasze cuda. Najpiękniejsze, najmądrzejsze, najukochańsze. Często pamiętamy pierwsze słowo, pierwszy krok...
A potem przychodzi okres negacji i zaznaczanie swojej woli. Próba sił. W zasadzie taki mały szantażyk zaczyna się dużo wcześniej, już przy wymuszaniu noszenia na rączkach czy wspólnego spania:)
Ale potem przybiera on formę słowną. Nie. Nie zrobię, nie pójdę, nie chcę.
Później szkoła. I tak dalej i tak dalej....Aż następuje przejście poprzez burzliwy wiek nastolatka w dorosłość...
To są sprawy oczywiste. Dziecko coraz bardziej staje się już nie tylko nasze...
Ma koleżanki, kolegów, dziewczynę, chłopaka, potem narzeczoną lub narzeczonego.
Potem swoją rodzinę.
Lub nie. Bo to bywa różnie. Ale pamiętajmy, że dziecko chowamy "dla świata", nie tylko dla siebie.
Ale ja zmierzam do czego innego. Tylko jak zwykle się rozgadałam...
Otóż, gdy mamy już tego potomka, to sobie tak wyobrażamy :jak to będzie i co to będzie...W swoich wizjach widzimy: ją jako panią doktór - jak mamusia, jego jako architekta - jak tatuś. Ale jak będzie prawnikiem lub DYREKTOREM to też nam nie przeszkadza. Byle miał dobry zawód i popłatny!Na pewno będzie grał na pianinie, a co najmniej na gitarze. I jeździł konno. Zapiszemy ją na lekcje tańca. No i oczywiście języki - przynajmniej trzy: angielski, niemiecki i chiński. Musi umieć pływać. I jak najwcześniej mieć prawo jazdy!
Ale..życie weryfikuje nasze oczekiwania. I często dziecko nasze idzie w zupełnie innym kierunku, niż tego byśmy chcieli. Nie garnie się do nauki, ale często przesiaduje w warsztacie samochodowym u znajomego. Nie chce grać na gitarze, zresztą nie ma słuchu za grosz. Ledwo, ledwo radzi sobie z jednym, obowiązkowym, językiem angielskim, osiągając bardzo mizerne wyniki.
Ale to nie wszystko. Nie mamy w domu spokojnego aniołka, o którym marzą rodzice. Dziecko "daje popalić". Wraca późno do domu. Pyskuje rodzicom. Uczyć się nie chce. Wagaruje.
Bywa, że nie mamy w domu okazu zdrowia, o którym marzyliśmy, a wiecznie chorującego słabeusza, który nie może uprawiać wyczynowo sportów siłowych, o czym marzy tata...
I co, rozczarowanie? Zawód?
Nie. Musimy pogodzić się z tym, że dziecko RZADKO bywa takie, jak żeśmy sobie wymyślili. Często idzie całkiem inną drogą. I wcale nie MUSI spełnić naszych oczekiwań!
Nie podziela naszych poglądów. Przechodzi kryzysy. Robi rzeczy, których nie pochwalamy.
Pamiętajmy, że nadal jest to nasze dziecko. Może TRUDNE do kochania, ale jednak.
Każdemu człowiekowi potrzebna jest miłość jak woda i powietrze. Inaczej marnieje jak niepodlewany kwiat. I choć czasem nasz młodzieniec, czy panienka broni się przed nami, fuka, udaje, mówi, że nie jest dzidziusiem i sam najlepiej wie, co ma robić, bądźmy przy nim!
Gdy nie pochwalamy jego postępowania, powiedzmy: synku, nie akceptuję tego co robisz, ale cię kocham i zawsze będę cię wspierać. Córeczko, zrobiłaś źle, musisz ponieść konsekwencję tego, co się stało, ale zawsze możesz na mnie liczyć.
Nie uchronimy swoich latorośli przed wszelkim złem tego świata. Nic nie pomoże rozkładanie ochronnego parasola ani szklany klosz. Takie postępowanie zawsze odbija się źle. Młody człowiek strofowany, pouczany, trzymany PRZESADNIE na uwięzi popełnia znacznie więcej błędów niż ten samodzielny. Kontrolować trzeba, ale z dystansu. I kochać. Tak, by dziecko wiedziało. Nie wstydźmy się słów miłości, gestów przytulenia, pogłaskania, nawet..starego konia czy mocno przerośniętej pannicy. Gdyby więcej rodziców miało czas dla własnych, nawet dorosłych już, dzieci, gdyby nie bała się okazywania im uczuć w sposób mądry, gdyby więcej z nmi rozmawiało, nie byłoby tyle problemów - narkomanii, przedwczesnych ciąż, alkoholizmu...
Nasze dzieci to nasza przyszłość. Może będziemy potrzebować kiedyś ich pomocy. Dbajmy o nie, pamiętając, że nie chodzi tylko o spełnianie ich zachcianek, ale też egzekwowanie obowiązków. Żyjmy zgodnie w naszych rodzinach, bo nasz przykład prawidłowych relacji zadziała najlepiej. To on wykształci naszych potomków na przyszłych odpowiedzialnych ojców i troskliwe matki - kapłanki ogniska domowego.
Życzę wszystkim rodzicom samych sukcesów wychowawczych. I pamiętajmy, każdy z nas popełnia błędy, ważne, by z nich umieć wyciągnąć wnioski dla siebie i w przyszłości ich unikać....
czwartek, 3 stycznia 2013
Kariera czyli skazani na sukces
Dziś pomówilibyśmy (jak to mawiał onegdaj Kolega Kierownik Jacka Fedorowicza) na temat jak zrobić karierę. I jak wychować człowieka od lat najmłodszych na potencjalnego karierowicza.
Zastrzegam od razu, aby mojej wypowiedzi nie traktować jako poradnik.
Owoż, człowieka można przygotować do tego, aby zrobił w przyszłości karierę od najwcześniejszych lat dziecinnych.
Dziecko MUSI wiedzieć, że jest WYBITNE, że należy mu się WSZYSTKO (a innym frajerom niekoniecznie), że zawsze jest the best. Musi być przekonane o swojej WYJĄTKOWEJ wartości, o swoim talencie (nie ważne, czy takowy posiada), urodzie, charakterze itd.
Jak to zrobić? Bardzo prosto. Dziecko ma się wybijać w stosunku do innych. Jest tu pewien mały problem. Musimy dysponować pewnymi środkami BO np. maluch musi być wożony najlepszą furą i mieszkać w najładniejszym domu w okolicy. Dom musi też być wyjątkowy, może np. przypominać zamek Gargamela. Lub też kwestia wyglądu samej elewacji. Wszyscy naookoło mają normalne tynki, my dajemy potłuczone talerze, najlepiej z miśnieńskiej porcelany. I tak dalej. Każdy element powinien i naszemu dziecku, które rosnąc coraz więcej zauważa i innym wskazywać, że to MY, nasza rodzina jest nadludźmi, nam się WSZYSTKO należy, bo my mamy POTRZEBY, a reszta to plebs.
Ten warunek jest bardzo MILE WIDZIANY, ale nie zawsze konieczny... Ma jednak dość istotne znaczenie, stąd wspominam o tym w pierwszym rzędzie.
Od piaskownicy nasz malec nie może zadawać się z byle kim. Najlepiej jak będzie to syn dyrektora, córka wójta, czy bliźniaki prezesa. TYLKO dzieci ludzi, którzy w przyszłości mogą się przydać. Chętnie też prowadzamy naszego malucha do wójta na URZĘDOWE pokoje, a niech sobie posiedzi na wójtowskim fotelu, niech się przyzwyczaja (zrobić zdjęcie, pokazywać znajomym, niech wiedzą, JAKIE MAMY znajomości).
Gdy dziecko idzie do przedszkola - najlepszego, za łapówkę - MUSI wiedzieć, że dostało się tam właśnie za łapówkę, by nabrać przekonania, że za pieniądzę można wszystko kupić, jak również ma się przekonać, że znaczy się tyle, ile się MA i od tego zależy wartość człowieka.
Jak zachowywać się jako rodzic WYBITNEGO malca.
Gdy dzieci z przedszkola idą na wycieczkę z paniami wychowawczyniami, my dajemy pani prezent by pilnowała TYLKO i PRZEDE WSZYSTKIM naszego dziecka. Inne są nieważne, pies je gonił! NASZE DZIECKO ma być najważniejsze!
Teraz szkoła.
W szkole ZAWSZE wciskamy się do wszelkiego rodzaju komitetów i tzw. "trójek klasowych" tym samym łapiąc kontakty z nauczycielami, by NASZE DZIECKO mogło mieć najlepsze oceny i musi ono o tym wiedzieć. Oczywiście przy każdej okazji WCISKAMY nauczycielom prezenty ,by czynić ich zobowiązanymi wobec nas - patrz - NASZEGO DZIECKA! I latorośl MUSI TAKŻE o tym wiedzieć. Zawsze też nasze dziecko ma mieć RACJĘ - ważne szczególnie w różnego typu konfliktach szkolnych! Nieważne, czy młody człowiek to łobuz i cham, TO NASZE ma być na wierzchu. Każdą sytuację da się przecież tak wytłumaczyć , żebyśmy to MY mieli rację! Zawsze jest możliwość wskazania INNEGO winowajcy. Przy ewidentnych skargach innych rodziców, które zapewne będą, bo przy TAKIM wychowaniu być muszą, unikamy rozmów na drażliwe tematy np. rzucając ostentacyjnie słuchawką telefoniczną , tym samym pokazując GDZIE MAMY te skargi. W bezpośrednim kontakcie można użyć następujących zwrotów:
- ale nie mamy o czym rozmawiać!
- dlaczego pani krzyczy, nie ma pani przed sobą gówniarza!
- tak zachowywać to się pan może w domu, do swojej żony!
ITP.
W ten sposób odwracamy uwagę od MERITUM - czyli przewinienia naszego milusińskiego.
W ten sposób dziecinka żegluje sobie spokojnie przez morza burzliwe i oceany spienione bez jakiegokolwiek uszczerbku. Zdobywa jakieś tam wykształcenie, oczywiście przy pomocy rodziców - patrz łapówki i prezenty oraz ich znajomości. W zasadzie wykształcenie nie będzie i tak aż tak potrzebne, gdyż dorosły człowiek, będąc od najmłodszych lat przekonanym, że WSZYSTKO jemu się należy, bo jest WYBITNY, a innym NIC, będzie zdobywał szczyty z łatwością. Ponadto ma przecież tych wszystkich ZNACZĄCYCH znajomych z piaskownicy.
Zachowanie w różnych sytuacjach.
Musimy tak wychować naszego młodego człowieka, by ZROZUMIAŁ, że jego nie obowiązują ŻADNE reguły, normy, zasady, żadne sentymenty, przyzwoitość, bo to jemu mam być wygodnie. Tak więc NIGDY nie czekamy w kolejce do lekarza (z lekarzem dogadujemy się na boku), jesteśmy zawsze załatwiani poza kolejnością, mamy osobny pokój w szpitalu, opieka jest lepsza niż dla innych pacjentów itd, itd. Wszystko to załatwiamy przy pomocy kopert, prezentów, "podziękowań". Młody nasz potomek ma wszystko obserwować i wyciągać wnioski.
Praca.
W pracy TYLKO on będzie pracował i to NAJLEPIEJ, reszta...nie robi nic, myli się - tu trzeba podpowiedzieć by zawsze młody człowiek TRZYMAŁ z przełożonymi - potakując, donosząc na kolegów itp. Warto zalecić MU złapanie PRYWATNEGO kontaktu z dyrektorem, kierownikiem, prezesem.
Jak to zrobić?
Najpierw należy stopniowo się zbliżyć do przełożonego i przeanalizować CO lubi, a czego nie lubi, w sferze prywatnej oraz służbowej. Można też zebrać informacje ogólne o osobie - sytuacja rodzinna, choroby itd. - to na pewno się przyda. I jak kameleon dopasowujemy się do poszczególnych danych. Przykłady.
Jest gejem - wychwalamy związki jednopłciowe, wyrażamy podziw dla odwagi tych ludzi i dezaprobatę dla nietolerancji heteryków. W ekstremalnych sytuacjach sami UDAJEMY geja np. przez założenie apaszki koloru lawendy.
Jest antyklerykałem - opowiadamy niewybredne dowcipy o klerze i kościele oraz zdejmujemy medalik z szyi.
Interesuje się sportem np. piłką nożną i kibicuje np. Legii. My oczywiście TEŻ. Jeśli tak nie jest, musimy zdobyć jak najwięcej informacji na temat tej drużyny oraz gnoić przeciwników.
Jest grzybiarzem - snujemy opowieści o naszych wyjątkowych sukcesach na tym polu. Mogą być zmyślone. Np. Trzy lata temu, gdy byłem w lasach białostocczyzny to....
Jest wędkarzem - w zeszłym roku na Mazurach to taaaaaką rybę złapałem...A szarpała się....
Jest chory na raka - my też jesteśmy chorzy, właśnie miesiąc temu nam wykryli nowotwór...
Myślę, że wiadomo o co chodzi. Gdy już mamy "na widelcu" jednego przełożonego, po nitce do kłębka docieramy do innych znaczących osób w firmie. Dobrze jest spotykać się "przy barze" gdyż "in vino veritas" hehe . Zawsze podlanie kogoś rozluźnia kontakty, a poufałość ułatwia załatwienie wielu spraw na naszą korzyść jak np. poparcie w wykoszeniu zdolniejszej i bardziej wykształconej koleżanki, podłożenie świni nielubianej brygadzistce itp. I zawsze pamiętajmy, że cel uświęca środki!
Wazeliniarstwo - nazywajmy GRZECZNOŚCIĄ i UPRZEJMOŚCIĄ.
Donosicielstwo - to LOJALNOŚĆ wobec pracodawcy.
Łapówkarstwo - dowody wdzięczności.
Nauczmy się tej NOMENKLATURY i nauczmy tej RETORYKI swoje dziecko, które ma zrobić karierę!
I proszę mi wierzyć, to co tu piszę, nie jest pustosłowiem lecz EFEKTEM wieloletnich obserwacji. DOKŁADNIE tak to przebiega. I nie dziwmy się później, że choć mamy wykształcenie wyższe i doświadczenie, rządzi nami małolat po niepełnym średnim lub kursie. Nie dziwmy się, że gdy są redukcje, zwalnia się wieloletniego pracownika, który oddał instytucji szmat swojego życia, jest kompetentny i solidny, a na jego miejsce wskakuje matoł bez doświadczenia i wykształcenia, ale za to z szerokimi plecami. To właśnie ci, którzy tak zostali kształtowani od lat najmłodszych. Ci, którym się należy, którzy są PONAD bo mają wujka prezesa czy dyrektora z którym się znają z jednej wioski. I dobranoc Państwu:)
Zastrzegam od razu, aby mojej wypowiedzi nie traktować jako poradnik.
Owoż, człowieka można przygotować do tego, aby zrobił w przyszłości karierę od najwcześniejszych lat dziecinnych.
Dziecko MUSI wiedzieć, że jest WYBITNE, że należy mu się WSZYSTKO (a innym frajerom niekoniecznie), że zawsze jest the best. Musi być przekonane o swojej WYJĄTKOWEJ wartości, o swoim talencie (nie ważne, czy takowy posiada), urodzie, charakterze itd.
Jak to zrobić? Bardzo prosto. Dziecko ma się wybijać w stosunku do innych. Jest tu pewien mały problem. Musimy dysponować pewnymi środkami BO np. maluch musi być wożony najlepszą furą i mieszkać w najładniejszym domu w okolicy. Dom musi też być wyjątkowy, może np. przypominać zamek Gargamela. Lub też kwestia wyglądu samej elewacji. Wszyscy naookoło mają normalne tynki, my dajemy potłuczone talerze, najlepiej z miśnieńskiej porcelany. I tak dalej. Każdy element powinien i naszemu dziecku, które rosnąc coraz więcej zauważa i innym wskazywać, że to MY, nasza rodzina jest nadludźmi, nam się WSZYSTKO należy, bo my mamy POTRZEBY, a reszta to plebs.
Ten warunek jest bardzo MILE WIDZIANY, ale nie zawsze konieczny... Ma jednak dość istotne znaczenie, stąd wspominam o tym w pierwszym rzędzie.
Od piaskownicy nasz malec nie może zadawać się z byle kim. Najlepiej jak będzie to syn dyrektora, córka wójta, czy bliźniaki prezesa. TYLKO dzieci ludzi, którzy w przyszłości mogą się przydać. Chętnie też prowadzamy naszego malucha do wójta na URZĘDOWE pokoje, a niech sobie posiedzi na wójtowskim fotelu, niech się przyzwyczaja (zrobić zdjęcie, pokazywać znajomym, niech wiedzą, JAKIE MAMY znajomości).
Gdy dziecko idzie do przedszkola - najlepszego, za łapówkę - MUSI wiedzieć, że dostało się tam właśnie za łapówkę, by nabrać przekonania, że za pieniądzę można wszystko kupić, jak również ma się przekonać, że znaczy się tyle, ile się MA i od tego zależy wartość człowieka.
Jak zachowywać się jako rodzic WYBITNEGO malca.
Gdy dzieci z przedszkola idą na wycieczkę z paniami wychowawczyniami, my dajemy pani prezent by pilnowała TYLKO i PRZEDE WSZYSTKIM naszego dziecka. Inne są nieważne, pies je gonił! NASZE DZIECKO ma być najważniejsze!
Teraz szkoła.
W szkole ZAWSZE wciskamy się do wszelkiego rodzaju komitetów i tzw. "trójek klasowych" tym samym łapiąc kontakty z nauczycielami, by NASZE DZIECKO mogło mieć najlepsze oceny i musi ono o tym wiedzieć. Oczywiście przy każdej okazji WCISKAMY nauczycielom prezenty ,by czynić ich zobowiązanymi wobec nas - patrz - NASZEGO DZIECKA! I latorośl MUSI TAKŻE o tym wiedzieć. Zawsze też nasze dziecko ma mieć RACJĘ - ważne szczególnie w różnego typu konfliktach szkolnych! Nieważne, czy młody człowiek to łobuz i cham, TO NASZE ma być na wierzchu. Każdą sytuację da się przecież tak wytłumaczyć , żebyśmy to MY mieli rację! Zawsze jest możliwość wskazania INNEGO winowajcy. Przy ewidentnych skargach innych rodziców, które zapewne będą, bo przy TAKIM wychowaniu być muszą, unikamy rozmów na drażliwe tematy np. rzucając ostentacyjnie słuchawką telefoniczną , tym samym pokazując GDZIE MAMY te skargi. W bezpośrednim kontakcie można użyć następujących zwrotów:
- ale nie mamy o czym rozmawiać!
- dlaczego pani krzyczy, nie ma pani przed sobą gówniarza!
- tak zachowywać to się pan może w domu, do swojej żony!
ITP.
W ten sposób odwracamy uwagę od MERITUM - czyli przewinienia naszego milusińskiego.
W ten sposób dziecinka żegluje sobie spokojnie przez morza burzliwe i oceany spienione bez jakiegokolwiek uszczerbku. Zdobywa jakieś tam wykształcenie, oczywiście przy pomocy rodziców - patrz łapówki i prezenty oraz ich znajomości. W zasadzie wykształcenie nie będzie i tak aż tak potrzebne, gdyż dorosły człowiek, będąc od najmłodszych lat przekonanym, że WSZYSTKO jemu się należy, bo jest WYBITNY, a innym NIC, będzie zdobywał szczyty z łatwością. Ponadto ma przecież tych wszystkich ZNACZĄCYCH znajomych z piaskownicy.
Zachowanie w różnych sytuacjach.
Musimy tak wychować naszego młodego człowieka, by ZROZUMIAŁ, że jego nie obowiązują ŻADNE reguły, normy, zasady, żadne sentymenty, przyzwoitość, bo to jemu mam być wygodnie. Tak więc NIGDY nie czekamy w kolejce do lekarza (z lekarzem dogadujemy się na boku), jesteśmy zawsze załatwiani poza kolejnością, mamy osobny pokój w szpitalu, opieka jest lepsza niż dla innych pacjentów itd, itd. Wszystko to załatwiamy przy pomocy kopert, prezentów, "podziękowań". Młody nasz potomek ma wszystko obserwować i wyciągać wnioski.
Praca.
W pracy TYLKO on będzie pracował i to NAJLEPIEJ, reszta...nie robi nic, myli się - tu trzeba podpowiedzieć by zawsze młody człowiek TRZYMAŁ z przełożonymi - potakując, donosząc na kolegów itp. Warto zalecić MU złapanie PRYWATNEGO kontaktu z dyrektorem, kierownikiem, prezesem.
Jak to zrobić?
Najpierw należy stopniowo się zbliżyć do przełożonego i przeanalizować CO lubi, a czego nie lubi, w sferze prywatnej oraz służbowej. Można też zebrać informacje ogólne o osobie - sytuacja rodzinna, choroby itd. - to na pewno się przyda. I jak kameleon dopasowujemy się do poszczególnych danych. Przykłady.
Jest gejem - wychwalamy związki jednopłciowe, wyrażamy podziw dla odwagi tych ludzi i dezaprobatę dla nietolerancji heteryków. W ekstremalnych sytuacjach sami UDAJEMY geja np. przez założenie apaszki koloru lawendy.
Jest antyklerykałem - opowiadamy niewybredne dowcipy o klerze i kościele oraz zdejmujemy medalik z szyi.
Interesuje się sportem np. piłką nożną i kibicuje np. Legii. My oczywiście TEŻ. Jeśli tak nie jest, musimy zdobyć jak najwięcej informacji na temat tej drużyny oraz gnoić przeciwników.
Jest grzybiarzem - snujemy opowieści o naszych wyjątkowych sukcesach na tym polu. Mogą być zmyślone. Np. Trzy lata temu, gdy byłem w lasach białostocczyzny to....
Jest wędkarzem - w zeszłym roku na Mazurach to taaaaaką rybę złapałem...A szarpała się....
Jest chory na raka - my też jesteśmy chorzy, właśnie miesiąc temu nam wykryli nowotwór...
Myślę, że wiadomo o co chodzi. Gdy już mamy "na widelcu" jednego przełożonego, po nitce do kłębka docieramy do innych znaczących osób w firmie. Dobrze jest spotykać się "przy barze" gdyż "in vino veritas" hehe . Zawsze podlanie kogoś rozluźnia kontakty, a poufałość ułatwia załatwienie wielu spraw na naszą korzyść jak np. poparcie w wykoszeniu zdolniejszej i bardziej wykształconej koleżanki, podłożenie świni nielubianej brygadzistce itp. I zawsze pamiętajmy, że cel uświęca środki!
Wazeliniarstwo - nazywajmy GRZECZNOŚCIĄ i UPRZEJMOŚCIĄ.
Donosicielstwo - to LOJALNOŚĆ wobec pracodawcy.
Łapówkarstwo - dowody wdzięczności.
Nauczmy się tej NOMENKLATURY i nauczmy tej RETORYKI swoje dziecko, które ma zrobić karierę!
I proszę mi wierzyć, to co tu piszę, nie jest pustosłowiem lecz EFEKTEM wieloletnich obserwacji. DOKŁADNIE tak to przebiega. I nie dziwmy się później, że choć mamy wykształcenie wyższe i doświadczenie, rządzi nami małolat po niepełnym średnim lub kursie. Nie dziwmy się, że gdy są redukcje, zwalnia się wieloletniego pracownika, który oddał instytucji szmat swojego życia, jest kompetentny i solidny, a na jego miejsce wskakuje matoł bez doświadczenia i wykształcenia, ale za to z szerokimi plecami. To właśnie ci, którzy tak zostali kształtowani od lat najmłodszych. Ci, którym się należy, którzy są PONAD bo mają wujka prezesa czy dyrektora z którym się znają z jednej wioski. I dobranoc Państwu:)
Cud
Wczoraj taki program w telewizji oglądałam.
Rzecz się dzieje w Sanoku, chyba...Ale może coś pokręciłam, jak zwykle...
Sprawa bezdomnego człowieka, pana Wiesława, lat 57.
Nie wiem, jak doszło do jego bezdomności. Może z powodu alkoholu? Może z powodu biedy? Może z powodu zagmatwanej sytuacji rodzinnej? Naprawdę, może być przyczyn wiele...Ale NIGDY nie należy mówić o takim człowieku "śmieć". Już kiedyś opisywałam, w jednym z wpisów, sytuację, gdy jeden z tych pewnych siebie "młodych, gniewnych, szczerych", który myślał, że wszystkie rozumy pozjadał i wolno mu ludzi oceniać i nimi pomiatać, nawyzywał bezdomnego od śmieci. Bo był brudny, śmierdzący, zaniedbany i chory. A przecież człowiek ten mógł się zwyczajnie pogubić...
Tylko taki cymbał nie wie, że i jemu życie może figla spłytać. Może ciężko zachorować, może go opuścić żona, może stracić pracę. I starczy. Życie bywa bezwzględne, a los jest czasem przewrotny. Nie śmiej się dziadku z cudzego wypadku!
Ja mam wiele współczucia dla tych ludzi, a widzę takich wielu. Bez nadziei, bez perspektyw, starzy, zaniedbani, schorowani, zapijają gorycz swojej egzystencji najtańszym winem. Czasem tak wrastają w swój los, że ju nie chcą go zmienić, nie wyobrażając sobie innego życia. Maska bezdomnego, skrzywionego cierpieniem, czasem zmarzniętego i głodnego, przyrasta im do twarzy...
Ale wróćmy do naszego pana Wiesława. Bezdomny, jak wielu. Był bardzo głodny. Żebrał o jedzenie, często spotykał się z pomocą przechodniów, ale czasem też ktoś mu krzyknął: a idź do roboty, dziadu!
Wszedł do kościoła. Przyklęknął przed Krzyżem umęczonego Chrystusa i wpatrywał się w Niego załzawionymi oczami, prosząc o pomoc. O wsparcie, o siły. Bo już tylko w Jezusie widział tę "ostatnią deskę ratunku".
I stał się CUD, bo jakże tego nie nazwać współczesnym cudem? Akurat w tym miejscu i o tej godzinie?
Przypadek? Oczywiście, niewierzący mogą tak to określić. Ale dla tego człowieka to był cud, który zmienił całe jego dotychczasowe, marne życie.
Tego dnia i o tej godzinie wszedł do kościoła biznesmen. Zobaczył tego nieszczęśliwego człowieka, wpatrującego się w Krzyż. Podszedł do niego i zaczął z nim rozmawiać. Tamten opowiedział mu trochę o sobie. No i tak się zaczęlo..
Okazało się, że mężczyzna miał dobrze prosperującą firmę budowlaną. A bezdomny okazał się być cieślą. Zatrudnił więc biedaka w swojej firmie, gdzie początkowo wykonywał on prace ciesielskie przy budowie więźby dachowej, potem też i inne prace budowlane. Dał mu pracę, a więc jakąś wartość, cel, sprawił, że poczuł się potrzebny...
Początkowo, mając mało sił, bezdomny nie dawał rady wydajnie pracować, ale stopniowo szło mu to coraz lepiej. Dostał piękne mieszkanie w nowym domu. Jasne i przytulne. A nawet założył własny zespół muzyczny, w którym gra na gitarze. Odnalazł cel życia. A wszystko dlatego, że ktoś mu pomógł, nie skazał z góry na zatracenie, nie nazwał "śmieciem", zaufał mu....
Teraz pan Wiesław ma się dobrze. Mówi, że znalazł swoje miejsce na ziemi. Zwróciłam uwagę, że wysławia się gramatycznie, a jego język jest piękny.
Powiedział też na koniec, jakie jest jego największe marzenie. Chce znów mieć rodzinę...
Oto cała historia...Historia, która bardzo mnie wzruszyła. Dobroć jednego człowieka zbudowała dobro w innym, czyjeś życie zostało ocalone....
Rzecz się dzieje w Sanoku, chyba...Ale może coś pokręciłam, jak zwykle...
Sprawa bezdomnego człowieka, pana Wiesława, lat 57.
Nie wiem, jak doszło do jego bezdomności. Może z powodu alkoholu? Może z powodu biedy? Może z powodu zagmatwanej sytuacji rodzinnej? Naprawdę, może być przyczyn wiele...Ale NIGDY nie należy mówić o takim człowieku "śmieć". Już kiedyś opisywałam, w jednym z wpisów, sytuację, gdy jeden z tych pewnych siebie "młodych, gniewnych, szczerych", który myślał, że wszystkie rozumy pozjadał i wolno mu ludzi oceniać i nimi pomiatać, nawyzywał bezdomnego od śmieci. Bo był brudny, śmierdzący, zaniedbany i chory. A przecież człowiek ten mógł się zwyczajnie pogubić...
Tylko taki cymbał nie wie, że i jemu życie może figla spłytać. Może ciężko zachorować, może go opuścić żona, może stracić pracę. I starczy. Życie bywa bezwzględne, a los jest czasem przewrotny. Nie śmiej się dziadku z cudzego wypadku!
Ja mam wiele współczucia dla tych ludzi, a widzę takich wielu. Bez nadziei, bez perspektyw, starzy, zaniedbani, schorowani, zapijają gorycz swojej egzystencji najtańszym winem. Czasem tak wrastają w swój los, że ju nie chcą go zmienić, nie wyobrażając sobie innego życia. Maska bezdomnego, skrzywionego cierpieniem, czasem zmarzniętego i głodnego, przyrasta im do twarzy...
Ale wróćmy do naszego pana Wiesława. Bezdomny, jak wielu. Był bardzo głodny. Żebrał o jedzenie, często spotykał się z pomocą przechodniów, ale czasem też ktoś mu krzyknął: a idź do roboty, dziadu!
Wszedł do kościoła. Przyklęknął przed Krzyżem umęczonego Chrystusa i wpatrywał się w Niego załzawionymi oczami, prosząc o pomoc. O wsparcie, o siły. Bo już tylko w Jezusie widział tę "ostatnią deskę ratunku".
I stał się CUD, bo jakże tego nie nazwać współczesnym cudem? Akurat w tym miejscu i o tej godzinie?
Przypadek? Oczywiście, niewierzący mogą tak to określić. Ale dla tego człowieka to był cud, który zmienił całe jego dotychczasowe, marne życie.
Tego dnia i o tej godzinie wszedł do kościoła biznesmen. Zobaczył tego nieszczęśliwego człowieka, wpatrującego się w Krzyż. Podszedł do niego i zaczął z nim rozmawiać. Tamten opowiedział mu trochę o sobie. No i tak się zaczęlo..
Okazało się, że mężczyzna miał dobrze prosperującą firmę budowlaną. A bezdomny okazał się być cieślą. Zatrudnił więc biedaka w swojej firmie, gdzie początkowo wykonywał on prace ciesielskie przy budowie więźby dachowej, potem też i inne prace budowlane. Dał mu pracę, a więc jakąś wartość, cel, sprawił, że poczuł się potrzebny...
Początkowo, mając mało sił, bezdomny nie dawał rady wydajnie pracować, ale stopniowo szło mu to coraz lepiej. Dostał piękne mieszkanie w nowym domu. Jasne i przytulne. A nawet założył własny zespół muzyczny, w którym gra na gitarze. Odnalazł cel życia. A wszystko dlatego, że ktoś mu pomógł, nie skazał z góry na zatracenie, nie nazwał "śmieciem", zaufał mu....
Teraz pan Wiesław ma się dobrze. Mówi, że znalazł swoje miejsce na ziemi. Zwróciłam uwagę, że wysławia się gramatycznie, a jego język jest piękny.
Powiedział też na koniec, jakie jest jego największe marzenie. Chce znów mieć rodzinę...
Oto cała historia...Historia, która bardzo mnie wzruszyła. Dobroć jednego człowieka zbudowała dobro w innym, czyjeś życie zostało ocalone....
środa, 2 stycznia 2013
Tusza
No bo tak sobie myślę, że chora muszę być i to poważnie...
W Święta odżywiałam się dobrze. Bo co sobie będę żałować, raz się żyje! Po to się żyje, żeby jeść, tak to się mówi, no nie! A zresztą , przygotowałam tego towaru sporo. Boczek pieczony, wędzony, schab ze śliwką, indycza pierś, karkówka, kapucha, ciasta różne....
Powiem, że nie żałowałam sobie. I do picia likier słodki, bo ja lubię. Nie jakieś tam wina, wódki...Likier pod ciasto, albo do kawki. Amaretto. Co tu kryć? Ładowało się ile wlazło!
Ruchu nie za dużo, bo po co mam jeść, by zara to na zmarnowanie poszło? To nieekonomiczne!
Już jak jeść, to żeby co z tego było. Jakiś pożytek. Bo odżywienie to podstawa egzystencji.
No nie powiem, nadzieja była. Suwak mi w spodniach wzion i trzasł. Z grubości - myślę ja sobie. Nawet naprawić go próbowałam i pieprznęłam w niego młotkiem. Ale nic to nie dało bo się tylko rozleciał do cna. Wyprułam go całkiem, pójdę do punktu, niech mi wszyją...
- Ani chybi, przytyłam - myślę sobie. Oglądam swoje fałdki i opony. Jakby bardziej podpompowane. Podgardla latają jak u indora. Czyli prawidłowo. Jedzenie nie poszło na marne. Wiedział ten Rubens, co ładne. Jak te Venusy różne malował. Teraz to te baby za wieszaki być chcą. Kobieta to pownna mieć to i owo! Kochanego ciałka, nigdy nie jest za dużo! Chłop nie pies, na kości nie poleci, co nie?
Mój małż to jak ja bym była koścista toby mi dał dopiero! Ale mi kościstość nie grozi. Na szczęście.
Bujne mam kształty, pełne szczególnego dostojeństwa. Jak matrona wyglądam! Wzbudzam szacunek, gdy idę , ludzie patrzą na mnie z szacunkiem, rozstępując się na boki. Sapie czasem jak lokomotywa, i co z tego? Lekarze zalecają szczupłość. A niech się wypchają! Nim gruby schudnie, to chudego diabli wezmą, o!
Udka jakieś pękate mi się porobiły. Pod opiętymi nogawkami porcięt widać. Oj tam, tuniczką się zasłoni, wielkie mecyje! Szkoda, że teraz krynolin się już nie nosi, to była wygoda!
No ale co tam!
Stanęłam dziś na wagę.
No i co?
Ani deko więcej.
Pomimo starań.
Chyba solitera mam!
W Święta odżywiałam się dobrze. Bo co sobie będę żałować, raz się żyje! Po to się żyje, żeby jeść, tak to się mówi, no nie! A zresztą , przygotowałam tego towaru sporo. Boczek pieczony, wędzony, schab ze śliwką, indycza pierś, karkówka, kapucha, ciasta różne....
Powiem, że nie żałowałam sobie. I do picia likier słodki, bo ja lubię. Nie jakieś tam wina, wódki...Likier pod ciasto, albo do kawki. Amaretto. Co tu kryć? Ładowało się ile wlazło!
Ruchu nie za dużo, bo po co mam jeść, by zara to na zmarnowanie poszło? To nieekonomiczne!
Już jak jeść, to żeby co z tego było. Jakiś pożytek. Bo odżywienie to podstawa egzystencji.
No nie powiem, nadzieja była. Suwak mi w spodniach wzion i trzasł. Z grubości - myślę ja sobie. Nawet naprawić go próbowałam i pieprznęłam w niego młotkiem. Ale nic to nie dało bo się tylko rozleciał do cna. Wyprułam go całkiem, pójdę do punktu, niech mi wszyją...
- Ani chybi, przytyłam - myślę sobie. Oglądam swoje fałdki i opony. Jakby bardziej podpompowane. Podgardla latają jak u indora. Czyli prawidłowo. Jedzenie nie poszło na marne. Wiedział ten Rubens, co ładne. Jak te Venusy różne malował. Teraz to te baby za wieszaki być chcą. Kobieta to pownna mieć to i owo! Kochanego ciałka, nigdy nie jest za dużo! Chłop nie pies, na kości nie poleci, co nie?
Mój małż to jak ja bym była koścista toby mi dał dopiero! Ale mi kościstość nie grozi. Na szczęście.
Bujne mam kształty, pełne szczególnego dostojeństwa. Jak matrona wyglądam! Wzbudzam szacunek, gdy idę , ludzie patrzą na mnie z szacunkiem, rozstępując się na boki. Sapie czasem jak lokomotywa, i co z tego? Lekarze zalecają szczupłość. A niech się wypchają! Nim gruby schudnie, to chudego diabli wezmą, o!
Udka jakieś pękate mi się porobiły. Pod opiętymi nogawkami porcięt widać. Oj tam, tuniczką się zasłoni, wielkie mecyje! Szkoda, że teraz krynolin się już nie nosi, to była wygoda!
No ale co tam!
Stanęłam dziś na wagę.
No i co?
Ani deko więcej.
Pomimo starań.
Chyba solitera mam!
wtorek, 1 stycznia 2013
Ciśnienie
Zacznę od takiego żarciku rubasznego, No to moi drodzy DOSIEGO ROKU!
Oczywiście dla niekumatych tłumaczę, że tak naprawdę to życzy się DO SIEGO czyli DO NASTĘPNEGO roku. No! I tego Wam życzę. Dziękując przy okazji za życzenia od licznych wielbicieli mojego blogu!
Ale co to ja chciałam...Aha. Sprawa, co prawda, sprzed kilku dni...
Niektórzy to wiedzą już i znają tę historię! Tę nieprzyjemną historię!
Kiedy to podstępem usiłowali CHORĄ ze mnie zrobić i w stan przewlekłej dolegliwości chorobowej mnie wpędzić! Przy okazji też wyciągnąć pieniądze z mojego i tak chudego portfela!
Takie to są te lekarze, farmaceuty, bez zasad, bez skrupułów, byle tylko potencjalnego pacjenta złapać w pazury! Jak to te szpony pazerne wyciągają po ludzi, nienasyceni krwiopijce!
A te telefony do domu: moje nazwisko xxxx , dzwonię z kliniki xxxxx, pragnę panią zaprosić na bezpłatne badania mamograficzne/struktury kości/szyjki macicy/kręgosłupa...itd. A niech se te swoje badania w kapcie wsadzą! Ło! Tak niby z dobrego serca dzwonią? Z troski o pacjenta? NIE! Ale ja naiwna pierwsza nie jestem i przejrzałam ich NIECNE zamiary! Rzucam słuchawką i już! Jak zaczną we mnie grzebać, mnie badać, prześwietlać, to zara we mnie tysiąc chorób znajdą! Ja tam chce sobie żyć w spokoju, nic mnie nie boli, a jak mnie rozgrzebią, to kto wie co znajdą!..To znaczy...boli mnie, boli, ale ja na to uwagi nie zwracam! Moja babcia, jak ją głowa bolała, to się brała za pranie (a wtedy to robota na cały dzień - namoczyć, wyprać, wygotować, ufarbkować i wykrochmalić) i zaraz przechodziło, ło! I ja tak samo!
No, ale opowiem w końcu, bo mnie tak zagadujecie! Jakieś rogadane to towarzystwo po Świętach!
Szłam sobie do Biedronki. Przed Świętami. Niedziela to była. Przed Sylwestrem. Niby w niedzielę robić zakupy to nie bardzo...Zwłaszcza, że pokupowane w zasadzie wszystko, ale jakąś tam sałatę, co bądź....I kara za grzechy mnie spotkała!
Zrobiłam te zakupy, idę z siatami. Dwie siaty zapchane, ja zasapana, czerwona jak burak. Patrzę, apteka otwarta. A, sprawdzę - myślę sobie w swojej szalenie mądrej głowie, która o wszystkich pamięta - czy jest taki szampon Pharmacericsu, do suchej głowy, dla syna, żeby Upieżu nie miał! Bardzo skuteczny.
Weszłam. Dwie kobiety siedzą, nudzą się. Jedna to nawet miła, młoda, powiedziała, że szamponu nie ma, że będzie w przyszłym tygodniu i git. A ta druga...Wymalowana ropucha, siedzi sobie z boczku przy stoliku i zerka na mnie podejrzliwie. A ja nic! Żeby mnie choć chwyciło przeczucie jakie, to bym od raz babie nawtykała!
- Może zrobić pani darmowy pomiar ciśnienia? - spytała się wymalowana mrugając sztywnymi jak łapki much, rzadkimi rzęskami.
- Taaaak? - zdziwiłam się - TERAZ????
- No tak. Teraz. Zapraszam. - odparła prukwa.
- A to tak z dworu, to nie przeszkadza? - spytałam, bo słyszałam, że to trzeba odpocząc, zdjąć zegarek, uspokoić się, to wszystko ma znaczenie...
- Nie, proszę się rozebrać - zarządała kategorycznym tonem, nie znoszącym sprzeciwu.
A ja, jak to cielę, zaczęłam rozsupływać szalik, zdejmować kapotę, stawiać siaty....
- No, sweter , też, jest za gruby! - ponaglała szantrapa.
Zdjęłam sweter, na próżno usiłując zasłonić moje piękne oponki w pasie i klnąc w duchu, na co mi TO było.
Usiadłam. Babsztyl z satysfakcją zaczął pompować. Aż mi ręka zdrętwiała. Zmierzyła.
- Kiedy pani ostatnio ciśnienie mierzyła? - spytała surowym dyszkantem, tonem oskarżyciela.
- Ze trzy misiące temu. Zawsze miałam normalne - odrzekłam zgodnie z prawdą - a nawet niskawe - dokończyłam.
- Proszę pani - kobieta zaczęła pogrzebowo, jakby miała mi zakomunikować bym się już zaczęła "zbierać" - ja też kiedyś miałam niskie, a pani jest w TAKIM wieku...- no tu już powoli zaczynałam odczuwać agresję.
- Mam 52 lata! - stwierdziłam spokojnie, czekając na wyrazy podziwu, że "nie wygląda pani".
- WIDZĘ - sucho skwitował babsztyl. Myślałam, że ją zdzielę!
- To nie są żarty. Powinna pani udać się do lekarza, tam pani dostanie skierowanie BO MI SIĘ TEN WYNIK NIE PODOBA! - dokończyła z tryumfem, a nawet zadowoleniem, ba, PONURĄ SATYSFAJCJĄ!
- Zawsze miałam NORMALNE! - rzekłam nieco poirytowanym tonem.
- A jaki ma pani ciśnieniomierz? - spytała wymalowana.
- Nadgarstkowy - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- To może go sobie pani...dać DZIECIOM DO ZABAWY!
No nieee, to już szczyt...
- No to ile mam w końcu?
- 152/94 - wysyczała złowieszczym tonem - a norma DLA PANI GRUPY WIEKOWEJ jest DO 150 na 90 dokończyła zgryźliwie.
Wielkie mecyje. Ze złości rozbolała mnie głowa. Wyszłam zabierając swoje siaty. Potem myślałam o mojej chorobie i czułam się coraz gorzej...W pracy sytuacja nieprzyjemna zrobiła swoje. Wyszłam z bólem głowy.
I tak to mnie załatwiła baba.
Teraz siedzę i myślę o swoim nadciśnieniu. Zmierzyłam moim domowym, nadgarstkowym przyrządem. 120/80.
I tak trzymać!
Niech żyje zdrowie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)











