Tak sobie myślę i myślę o tej pogodzie..
Pogoda, aura...Kiedyś mieliśmy w zimie siarczyste mrozy. Ubierało się ciepło, czapka, szalik, rękawiczki, buty filcaki hihi. Miałam w dzieciństwie takie filcowe buty koloru buraka, farbowały jak diabli, jak się zmoczyły. Wsadzałam w środek torebki foliowe. Do tego rajtuzy koloru chabrowego i hajda na śnieg. Wracałam w kolorkach jak połówki jabłka malinówka...Dziś nie ma ani butów filcowych, ani rajtuz, ani jabłek malinówek tylko inne odmiany...I lata 60-te też już nie wrócą. Teraz wiek XXI i Eldorado! Dziś mrozy bywają, ale młodzież często nosi szalik dla fasonu, a czapki wcale bo im nieładnie albo włosy się przyklapują. Zresztą..jeżdżą autami, to nie muszą.
Ale co to ja chciałam? Aha..No więc tę pogodę się przyjmowało w sposób naturalny. Jak zima to musi być zimno - co nie? A jak lato - to upały.
Tak było kiedyś.
Od kiedy zaczęto robić eksperymenty z pogodą to się wszystko zmieniło o 180 stopni. W lecie czasem śnieg, a w zimie ciepło jak na wiosnę.
A wszytko zaczęło się już w 1946 r, gdy amerykański naukowiec, Vincent Schaefer, zauważył, iż po wrzuceniu
do zimnej komory powietrznej zamrożonych cząsteczek dwutlenku węgla
(suchy lód) powstają w niej kryształki lodu takie same jak w chmurach.
A potem , w 1988 r. w RPA G. Mathers, stwierdził, że emisja
dymów z fabryki papieru wywołuje opady deszczu. Gdy zbadał ich skład,
odkrył obecność cząsteczek higroskopijnych soli. Przyciągały one
parę wodną i były zarodkami kropli deszczu.
I w ten sposób człowiek zaczął projektować stany pogodowe w zależności od własnych potrzeb.
W 1976 r. na forum ONZ przedstawiono projekt konwencji zakazującej stosowania
technik modyfikacji środowiska. Konwencja weszła w życie w 1978 r. - przyjęto ją zdecydowaną większością głosów.
Cóż jednak stało się dalej? Ano amerykański HAARP - program , który niby ma na celu badania, w rzeczywistości zaś , jak uważają ekolodzy, jego celem jest sterowanie pogodą przez podgrzewanie ziemskiej jonosfery.
I tak właśnie, w efekcie tego wszystkiego mamy, co mamy...
Ale nie o tym, w zasadzie...
W zimie bywa zimno. Ludzie trzęsą się już przy - 10 stopniach i narzekają! Oj jak narzekają...No to przychodzi odwilż...Chlapa na ulicach, zaraza w powietrzu, grypa..Wtedy znów obywatele mają o czym gadać. Co za pogoda! No to znów chwyta mróz i zamarza to wszystko. Wtedy dopiero się zaczyna! Lekarze nie wyrabiają na urazówkach!
W lecie to samo...Upały - źle. Bo gorąco. Starym babcią nie każą z domów wychodzić. Na mieście kurtyny wodne. Każą dużo pić. Życie prawie zamiera...Karetki kursują.
Po jakimś czasie robi się chłodniej...Deszcz spada.
Co za pogoda? Żeby tak było ZIMNO! Co za lato! - mówi do mnie sąsiadka w windzie.
Wczoraj pogoda akurat. Słoneczko, wiaterek, nie ma upału, ale zimno nie jest...
Spotykam znajomą.
No, żeby takie lato było! - woła z daleka z oburzeniem. Taka huśtawka, nie wiadomo jak się ubrać!
No to JAK w końcu, kurczaki, ma być?
Jak tym ludziom dogodzić?
czwartek, 25 lipca 2013
niedziela, 21 lipca 2013
Bajka Grusi - O pięknym i zarozumiałym ptaku Tęczopiórym, małym szarym wróbelku i złej czarownicy Gapie
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za siedmioma morzami...Tak na ogół zaczynają się bajki...Tak będzie i teraz....
Gdzieś na końcu świata rósł wielki, niezmierzony las. Bór był bardzo stary i nawet najstarsi mieszkańcy okolic nie pamiętali czasów, gdy był on niewielkim zagajnikiem. Las ten miał bowiem setki lat. Drzewa rozsiewały się same, bór rósł, gęstniał, zielenił się, a w zimie pokrywały go śniegi. A zimy wtedy były mroźne, siarczyste. Mróz trzaskający, a i zawieje nie były rzadkością. Las dawał schronienie zwierzętom i ptakom, a okolicznym mieszkańcom możliwość znalezienia pożywienia. Było tam zatrzęsienie jagód, borówek, poziomek i malin, także grzybów i wszelakich skarbów runa leśnego. Znajdowało się tam wiele pięknych miejsc - słoneczne polany i małe wąwozy w których płynęły strumienie. Wszyscy powiadali, że las jest bogaty, bo zamieszkujący w nim Borowy Król rządzi mądrze i sprawiedliwie. Ale nikt nigdy z ludzi go nie widział na własne oczy. Podobno mieszkał w samym środku leśnych kniei, tam gdzie nie dotarła ludzka stopa.
Gdzieś na końcu świata rósł wielki, niezmierzony las. Bór był bardzo stary i nawet najstarsi mieszkańcy okolic nie pamiętali czasów, gdy był on niewielkim zagajnikiem. Las ten miał bowiem setki lat. Drzewa rozsiewały się same, bór rósł, gęstniał, zielenił się, a w zimie pokrywały go śniegi. A zimy wtedy były mroźne, siarczyste. Mróz trzaskający, a i zawieje nie były rzadkością. Las dawał schronienie zwierzętom i ptakom, a okolicznym mieszkańcom możliwość znalezienia pożywienia. Było tam zatrzęsienie jagód, borówek, poziomek i malin, także grzybów i wszelakich skarbów runa leśnego. Znajdowało się tam wiele pięknych miejsc - słoneczne polany i małe wąwozy w których płynęły strumienie. Wszyscy powiadali, że las jest bogaty, bo zamieszkujący w nim Borowy Król rządzi mądrze i sprawiedliwie. Ale nikt nigdy z ludzi go nie widział na własne oczy. Podobno mieszkał w samym środku leśnych kniei, tam gdzie nie dotarła ludzka stopa.
Na wspaniałej polanie, w najpiękniejszym miejscu lasu mieszkał cudownej urody ptak.
Nazywał się Tęczopióry. Był tak piękny, że aż oczy rwało. Jego wspaniałe pióra mieniły się wszystkimi kolorami tęczy. Oczy lśniły jak dwa diamenty. Najcudowniejszy był przepyszny ogon. Gdy ptak go rozkładał i stawał w pełnym słońcu, wyglądał jakby w otoczce zorzy. Taka jasność biła od niego!
Pióra mieniły się fioletem, zielenią, złotem, srebrem, amarantem i szafirem. Widok był tak wspaniały, że wszystkie zwierzęta aż przystawały w podziwie. Toteż Tęczopióry otaczany był szacunkiem i uwielbieniem. Jednak nie miał on dobrego charakteru i szlachetności. Był dumny z powodu swej urody i łasy na pochlebstwa. Nigdy nikomu nie pomógł, nikomu nie współczuł, nie obdarzał swoją sympatią. Taki z niego był sobek.
- Wielka to dla was łaska, że pozwalam wam patrzeć na siebie i podziwiać! - oznajmiał często zwierzętom leśnym - nie muszę nic robić, wystarczy, że jestem i cieszę swoim wyglądem wasze oczy.
I zwierzęta go podziwiały, nie zwracając uwagi, że jest sobkiem i egoistą.
A ptak nadymał się i rozkładał swój przepyszny ogon. Duma wręcz go rozpierała.
Najbardziej podziwiał go maleńki szary wróbelek Ćwiruś. Nieśmiało popatrywał na cudownej urody ptaka.
- Och, jakże chciałbym mieć takie piękne pióra. I taki ogon! Wtedy wszyscy by mnie szanowali! A tak..nikt nie zwraca na mnie uwagi - myślał smutno.
Wiele razy proponował Tęczopióremu wspólną zabawę. Bardzo chciał się z nim zaprzyjaźnić. Byłoby to dla niego wielkim zaszczytem i przyjemnością mieć tak wspaniałego i znamienitego kolegę i kompana. Jednak każdy jego przyjazny gest był odrzucany.
- Phi! - z pogardą wykrzykiwał Tęczopióry - taki przyjaciel jak ty, co to za przyjaciel? Po co mi on i na co? Jesteś taki brzydki i szary. Nie to co ja! - dodawał z pychą w głosie.
I mały szary Ćwiruś odchodził z opuszczoną głową. Było mu smutno. Tak bardzo chciał mieć takiego wspaniałego przyjaciela, którego obdarzał podziwem od dawna.
W najgłębszych chaszczach lasu mieszkała zła czarownica Gapa. Była to bardzo zła jędza, zawistna i szpetna. Od dawna zazdrościła ona ptakowi sympatii i podziwu zwierząt.
- Miło by było mieć takiego cudaka tylko dla siebie - myślała - po co inni mają go podziwiać? Gdy usunę go im z oczu, będą oddawać hołdy tylko mnie. Z jego ogona zrobię sobie przybranie do mojego kapelusza, a piórami ustroję suknię. I wtedy będę najpiękniejsza w całym lesie!
Zaczęła powoli układać niecny plan porwania pięknego Tęczopiórego. Myślała, myślała, aż wymyśliła.
Przy pomocy czarów przybrała postać sarenki. Wówczas wybrała się w drogę do leśnej polany, gdzie mieszkał Tęczopióry...
Szła, szła, aż dotarła na miejsce...Akurat cudowne stworzenie wychodziło ze swojego domu, a wokół nie było nikogo...
- Cóż za cudowne zjawisko! Kim jesteś o najpiękniejszy z pięknych?- zwróciła się do ptaka czarownica.
- Jestem Tęczopióry, a ty kim jesteś?
- Jestem sarenką Białonóżką i dowiedziałam się że na tej polanie można zobaczyć coś wspaniałego. Ale to co zobaczyłam, przekroczyło moje wyobrażenie. Jesteś najwspanialszym zjawiskiem na tej ziemi! - zaczęła komplementować podstępnie.
- Wiem o tym - nieskromnie przyznał ptak.
- Aż przykro, że tak mało stworzeń może cię podziwiać! Tylko zające, rysie, niedźwiedzie, borsuki, wiewiórki...A tyś godzien , by patrzyły na ciebie miliony na świecie i oddawały ci cześć!
- Więc cóż mam uczynić? - zainteresował się ptak. Perspektywa podziwu milionów stworzeń była dla niego niezmiernie kusząca, bo znudziły go już codzienne hołdy zajęcy, jeleni i innych leśnych zwierząt.
- Jeśli chcesz, pomogę ci w tym, że będziesz mógł całemu światu pokazać swoją krasę - zaproponowała czarownica.
- Jak to zrobisz? - spytał ptak.
- Mogę zawieźć cię na swoim grzbiecie w takie miejsce, gdzie wszyscy będą patrzyli tylko na ciebie! Mam ze sobą zaczarowany kosz, do którego wejdziesz, aby ci było wygodnie, a ja już się zajmę dalej tym, byś dostąpił tego, czego jesteś godzien! - zawołała czarownica-sarna pochlebczo.
Ptak był tak piękny, jak naiwny, więc nie zastanawiając się wiele, wskoczył do kosza, który w sekundę wyczarowała podstępna wiedźma.
Na to tylko czekała zła Gapa. Zamknęła wieko i już. Ptak był jej. Kosz zapakowała na grzbiet i hajda - ile sił w nogach pobiegła w kierunku swojej chaty w najgęstszych ostępach puszczy.
Nie zauważyła tylko jednego. Całą sytuację, z kryjówki, obserwował mały wróbelek Ćwiruś...Z przerażeniem zobaczył jak sarna biegnie, unosząc na grzbiecie kosz z ptakiem. Poczuł w serduszku jakiś niepokój. Był pewny - Tęczopióry został porwany!
Niewiele myśląc pofrunął za uciekającą sarną. Droga była długa i czasem małemu ptaszkowi aż słabły skrzydełka. Nie mógł jednak zgubić porywaczki z oczu...Był już bardzo słabiutki, gdy dotarli na miejsce...Znajdowali w pobliżu tajemniczej chaty. Na podwórku stała solidna złota klatka.
Sarna już stała koło niej. W jednej chwili zamieniła się w wiedźmę. Ćwiruś z przerażenia ledwo opanował krzyk, który wydobywał mu się ze zmęczonego gardziołka.
Tym czasem czarownica zapakowała wystraszonego Tęczopiórego do klatki i zatrzasnęła drzwiczki.
- Widzisz jaki jesteś naiwny! - krzyknęła skrzekliwym głosem, który wcale nie przypominał słodkiego głosiku , którym schlebiała mu i prawiła komplementy na polanie.
- Dlaczego mnie uwięziłaś? Masz natychmiast mnie wypuścić! - rozkazującym tonem zażądał Tęczopióry.
- Hahahaha - zaśmiała się złowieszczo czarownica. Siedź tu! Jutro twoje pióra ozdobią mój kapelusz i suknię! Teraz ja będę najpiękniejsza! Ja będę królową lasu! Mnie będą podziwiać i składać mi hołdy!
Biedny ptak, zrozumiał...Był zgubiony...
- Moje piórka, moje piękne piórka - zapłakał.
- Teraz już nie twoje! Wygrywa ten, kto bardziej przebiegły! Nikt i nic cię nie uratuje!
- Będą mnie szukać! - wykrzyknął Tęczopióry.
- Nikt cię szukać nie będzie. Nie masz przyjaciół. Podziwiali tylko twoją urodę, teraz ja ci ją odbiorę! Nie będziesz już nic wart! Masz obrzydliwy i nieznośny charakter i nikt nawet cię nie pożałuje! - okrutnie zawyrokowała Gapa.
Jednak była w błędzie...Nie wiedziała, że w gęstwinie drzew siedzi ktoś, komu ze strachu i zgrozy bije serduszko jak oszalałe. Ktoś, kto wbrew wszystkiemu chciał pomóc nieszczęśnikowi uwięzionemu w złotej klatce. Ktoś, kto bezinteresownie darzył zarozumialca swoją sympatią, nie licząc na wzajemność...
Czarownica schowała kluczyk do kieszeni fartucha i oddaliła się. Na podwórku został płaczący piękny Tęczopióry, który w tej niewoli wyglądał jak sto nieszczęść. Piórka zlepione, potargane, łzy spływały mu z diamentowych oczu...
Szary przyjaciel siedział cierpliwie w gałęziach. Czekał aż się ściemni. Nie chciał się nawet zbliżać do klatki, bał się, że wiedźma zobaczy go przez okno...
Nastał zmrok. Było czarno i ponuro, świecił tylko księżyc. Granatowa noc rozpostarła swój gwiazdzisty płaszcz.
W klatce, zmęczony szlochem i cierpieniem, zrozpaczony, zasnął Tęczopióry. Nie przypominał już pysznego i zarozumiałego stworzenia. Niewola uczyniła go biednym, zrezygnowanym i zagubionym...
Mały ptaszek nieśmiało wyfrunął z gęstwiny. Rozejrzał się w około. Już czas - pomyślał roztropnie.
Plan jego działania był taki: wykraść czarownicy kluczyk, uwolnić Tęczopiórego i uciekać.
Najtrudniejsze okazało się to pierwsze. Okno było otwarte, a mdłe księżycowe światło ledwo oświetlało izdebkę pogrążoną w mroku. Ćwiruś powoli skradał się tak, jak tylko najciszej potrafi wróbelek. Okno lekko trzasnęło, to wiatr ruszył jego skrzydłem. Czarownica poruszyła się. Ćwirek struchlał. A jak się obudzi? - pomyślał z przerażeniem - złapie mnie i uwięzi! Zawahał się....Nie, musi ratować Tęczopiórego! Zbliżył się do czarownicy. Najdelikatniej jak potrafił odchylił kieszeń fartucha. Wiedźma spała w tym samym stroju, w którym chodziła za dnia. Co za brudas - pomyślał wróbelek. Złoty kluczyk błysnął w ciemności. Czarownica jęknęła i obróciła się na drugi bok...Ćwirek zastygł, lęk paraliżował mu ruchy. Spokojnie - pomyślał - musi się udać.... Zrobił drugą próbę. I już kluczyk trzymał w dzióbku.
Wiedźma spała nadal.
Ufff !- odetchnął szary ptaszek - udało się. A teraz...
Dopadł do klatki.
- Tęczopióry! Tęczopióry! - stłumionym głosem zawołał.
- Co to? Kto tu? - rozbudzony ptak nie wiedział co się dzieje.
- To ja, Ćwiruś! Przyszedłem cię uwolnić!
- To ty? To ty? Jak to? Dlaczego?
- Ciiiii, nie mamy czasu, czarownica może się obudzić...Uciekajmy!
Zachrzęścił otwierany zamek i...Tęczopióry był wolny.
Rozprostował skrzydła, otrząsnął się wolny i szczęśliwy.
- Dziękuję...przyjacielu...- wyszeptał. I wtedy zrozumiał, że to słowo wypowiedział po raz pierwszy w swoim życiu.
- Uciekajmy. Leć za mną. Nie ma czasu!
I pofrunęli. Po ciemku, przy świetle księżyca. Ile sił w skrzydłach. Pierwszy leciał mały szary ptaszek, który stał się bohaterem. Za nim - potulny i posłuszny, cudny, dostojny ptak, o tęczowych piórach, delikatnie połyskujących w księżycowym blasku.
Udało im się. Lecieli długo, ale radośnie. Razem.
Dotarli na miejsce.
- Dziękuję, dziękuję ci, bardzo ci dziękuję1....Nie wiem jak mam ci dziękować i....jak cię przepraszać? Byłem taki...zły i głupi. Teraz wiem... - wykrztusił Tęczopióry.
- Co wiesz? - z zaciekawieniem spytał Ćwiruś.
- Teraz wiem, co najważniejsze jest w życiu...
- Wygląd? Uroda? - lekko zakpił wróbelek.
- Nie. Przyjaźń. Prawdziwa przyjaźń. Na zawsze...
I od tej pory byli najlepszymi przyjaciółmi, wspólnie się bawili i fruwali wesoło. Mały, szary, skromny wróbelek Ćwiruś i cudny, kolorowy ptak Tęczopióry.
A cudowny ptak już nigdy nie był zarozumiały i pyszny. Bardzo się zmienił i pomagał teraz wszystkim, którzy pomocy potrzebowali...
Niewiele myśląc pofrunął za uciekającą sarną. Droga była długa i czasem małemu ptaszkowi aż słabły skrzydełka. Nie mógł jednak zgubić porywaczki z oczu...Był już bardzo słabiutki, gdy dotarli na miejsce...Znajdowali w pobliżu tajemniczej chaty. Na podwórku stała solidna złota klatka.
Sarna już stała koło niej. W jednej chwili zamieniła się w wiedźmę. Ćwiruś z przerażenia ledwo opanował krzyk, który wydobywał mu się ze zmęczonego gardziołka.
Tym czasem czarownica zapakowała wystraszonego Tęczopiórego do klatki i zatrzasnęła drzwiczki.
- Widzisz jaki jesteś naiwny! - krzyknęła skrzekliwym głosem, który wcale nie przypominał słodkiego głosiku , którym schlebiała mu i prawiła komplementy na polanie.
- Dlaczego mnie uwięziłaś? Masz natychmiast mnie wypuścić! - rozkazującym tonem zażądał Tęczopióry.
- Hahahaha - zaśmiała się złowieszczo czarownica. Siedź tu! Jutro twoje pióra ozdobią mój kapelusz i suknię! Teraz ja będę najpiękniejsza! Ja będę królową lasu! Mnie będą podziwiać i składać mi hołdy!
Biedny ptak, zrozumiał...Był zgubiony...
- Moje piórka, moje piękne piórka - zapłakał.
- Teraz już nie twoje! Wygrywa ten, kto bardziej przebiegły! Nikt i nic cię nie uratuje!
- Będą mnie szukać! - wykrzyknął Tęczopióry.
- Nikt cię szukać nie będzie. Nie masz przyjaciół. Podziwiali tylko twoją urodę, teraz ja ci ją odbiorę! Nie będziesz już nic wart! Masz obrzydliwy i nieznośny charakter i nikt nawet cię nie pożałuje! - okrutnie zawyrokowała Gapa.
Jednak była w błędzie...Nie wiedziała, że w gęstwinie drzew siedzi ktoś, komu ze strachu i zgrozy bije serduszko jak oszalałe. Ktoś, kto wbrew wszystkiemu chciał pomóc nieszczęśnikowi uwięzionemu w złotej klatce. Ktoś, kto bezinteresownie darzył zarozumialca swoją sympatią, nie licząc na wzajemność...
Czarownica schowała kluczyk do kieszeni fartucha i oddaliła się. Na podwórku został płaczący piękny Tęczopióry, który w tej niewoli wyglądał jak sto nieszczęść. Piórka zlepione, potargane, łzy spływały mu z diamentowych oczu...
Szary przyjaciel siedział cierpliwie w gałęziach. Czekał aż się ściemni. Nie chciał się nawet zbliżać do klatki, bał się, że wiedźma zobaczy go przez okno...
Nastał zmrok. Było czarno i ponuro, świecił tylko księżyc. Granatowa noc rozpostarła swój gwiazdzisty płaszcz.
W klatce, zmęczony szlochem i cierpieniem, zrozpaczony, zasnął Tęczopióry. Nie przypominał już pysznego i zarozumiałego stworzenia. Niewola uczyniła go biednym, zrezygnowanym i zagubionym...
Mały ptaszek nieśmiało wyfrunął z gęstwiny. Rozejrzał się w około. Już czas - pomyślał roztropnie.
Plan jego działania był taki: wykraść czarownicy kluczyk, uwolnić Tęczopiórego i uciekać.
Najtrudniejsze okazało się to pierwsze. Okno było otwarte, a mdłe księżycowe światło ledwo oświetlało izdebkę pogrążoną w mroku. Ćwiruś powoli skradał się tak, jak tylko najciszej potrafi wróbelek. Okno lekko trzasnęło, to wiatr ruszył jego skrzydłem. Czarownica poruszyła się. Ćwirek struchlał. A jak się obudzi? - pomyślał z przerażeniem - złapie mnie i uwięzi! Zawahał się....Nie, musi ratować Tęczopiórego! Zbliżył się do czarownicy. Najdelikatniej jak potrafił odchylił kieszeń fartucha. Wiedźma spała w tym samym stroju, w którym chodziła za dnia. Co za brudas - pomyślał wróbelek. Złoty kluczyk błysnął w ciemności. Czarownica jęknęła i obróciła się na drugi bok...Ćwirek zastygł, lęk paraliżował mu ruchy. Spokojnie - pomyślał - musi się udać.... Zrobił drugą próbę. I już kluczyk trzymał w dzióbku.
Wiedźma spała nadal.
Ufff !- odetchnął szary ptaszek - udało się. A teraz...
Dopadł do klatki.
- Tęczopióry! Tęczopióry! - stłumionym głosem zawołał.
- Co to? Kto tu? - rozbudzony ptak nie wiedział co się dzieje.
- To ja, Ćwiruś! Przyszedłem cię uwolnić!
- To ty? To ty? Jak to? Dlaczego?
- Ciiiii, nie mamy czasu, czarownica może się obudzić...Uciekajmy!
Zachrzęścił otwierany zamek i...Tęczopióry był wolny.
Rozprostował skrzydła, otrząsnął się wolny i szczęśliwy.
- Dziękuję...przyjacielu...- wyszeptał. I wtedy zrozumiał, że to słowo wypowiedział po raz pierwszy w swoim życiu.
- Uciekajmy. Leć za mną. Nie ma czasu!
I pofrunęli. Po ciemku, przy świetle księżyca. Ile sił w skrzydłach. Pierwszy leciał mały szary ptaszek, który stał się bohaterem. Za nim - potulny i posłuszny, cudny, dostojny ptak, o tęczowych piórach, delikatnie połyskujących w księżycowym blasku.
Udało im się. Lecieli długo, ale radośnie. Razem.
Dotarli na miejsce.
- Dziękuję, dziękuję ci, bardzo ci dziękuję1....Nie wiem jak mam ci dziękować i....jak cię przepraszać? Byłem taki...zły i głupi. Teraz wiem... - wykrztusił Tęczopióry.
- Co wiesz? - z zaciekawieniem spytał Ćwiruś.
- Teraz wiem, co najważniejsze jest w życiu...
- Wygląd? Uroda? - lekko zakpił wróbelek.
- Nie. Przyjaźń. Prawdziwa przyjaźń. Na zawsze...
I od tej pory byli najlepszymi przyjaciółmi, wspólnie się bawili i fruwali wesoło. Mały, szary, skromny wróbelek Ćwiruś i cudny, kolorowy ptak Tęczopióry.
A cudowny ptak już nigdy nie był zarozumiały i pyszny. Bardzo się zmienił i pomagał teraz wszystkim, którzy pomocy potrzebowali...
wtorek, 16 lipca 2013
Tematy zastępcze
Mamy dwa tematy zastępcze, drodzy Czytelnicy (liczni)!
Urrrrra, urra, urrraaaaaaaaaaaaa! - zakrzyknę radośnie niczym bohater Armii Czerwonej gdy wskakiwał w 39 roku ado polskiej wanny - "nadzwyczajnego" burżujskiego wynalazku , którego używali polscy burżuje zamiast "woszobijek" w celu zachowania (pożal się Boże) HIGIENY! Patrz książka Sergiusza Piaseckiego pt. "Zapiski oficera Armii Czerwonej" - polecam, doskonała pozycja.
A więc temat numer jeden (ang. number one) - "konflikt" arcybiskupa Hosera z "księdzem" Lewandowskim. Celowo piszę konflikt w cudzysłowiu, wszak jaki to konflikt????? Konflikt to jest w świetle tych BZDUR, które wypisują laickie media. Ksiądz został odwołany z probostwa - i słusznie. Zresztą ksiądz też celowo napisałam w cudzysłowiu. Bo co to za ksiądz , który sprzeniewiera się, nie po raz pierwszy zresztą, zasadom katolickiej wiary, ba DEKALOGOWI?!!!!! Jeśli jako ksiądz nie rozumie lub nie chce zrozumieć i przyjąć tego, co jest nienaruszalne, to sorry Batory, ale niegodzien jest by sutannę nosić. Taka moja opinia. Pomijam fakt nieposłuszeństwa władzy nadrzędnej, która go obowiązuje. Ale głównie chodzi tu o głoszenie HEREZJI. Bo jeśli taki ksiądz uznaje in vitro, w drodze którego co roku jest unicestwiane tysiące żyć ludzkich, jako DOBRO , to o czym tu gadać? NIE ZABIJAJ! A zabicie dotyczy przerwania każdego życia, szczególnie tych najbardziej bezbronnych, poczętych dopiero co...Którym często nie daje się szansy na to by żyli, dokonywali osiągnięć, szerzyli dobro...
Następny temat (number two) - PYCHA (!)- ubój rytualny. Najpierw to trzeba wiedzę zaczerpnąć w temacie czym jest i na czym polega. Nie wdając się w szczegóły, polega na tym, że zwierze kona w cierpieniach. Nie jest ogłuszane, a śmierć jego nie jest natychmiastowa, tylko powolna. I to jest złe.
Jeśli jest złe, to znaczy, że trzeba to odrzucić. Proste i jasne.
Rozumiem tradycję. Ale może czas z nią po prostu skończyć, skoro krzywdzi ona żywe istoty?
Nasza świadomość jest w chwili obecnej taka, że wiemy co może zadawać takiemu zwierzęciu ból i cierpienia. Podejrzewam, że kiedyś, dawno dawno temu, gdy cierpienie towarzyszyło człowiekowi ciągle, NIKT się nad tym nie zastanawiał. Tak miało być i koniec. Taka była mentalność. Niczym nadzwyczajnym nie było np. torturowanie jeńców. Robiło się to, nie tylko dla zemsty, ale też by wystraszyć wroga, jak to mówią , dla przykładu. Jedni dokonywali takich aktów na drugich, a drudzy na tych pierwszych. Czasem zdarzał się któś miłosierny, ale tylko czasem...Nawet chrześcijanie pojmowali w sposób dość...osobliwy tę miłość nieprzyjaciół, nakazywaną im przez Jezusa Chrystusa...No bo z jednej strony leżeli krzyżem, a z drugiej strony nawlekali na pal...I nikt jakoś nie widział tego...dysonansu. Bo to była norma. Dlatego te zarzuty wobec Kościoła - sprzed iluś tam lat - są słuszne, ale bzdurne. Taka była mentalność ówczesnego społeczeństwa a Kościół w końcu z ludu pochodzi. Kler także.
Owoż z tym ubojem. Zmierzam do tego, że może taki Abraham czy tam kto inny, składając ofiarę z baranka to nie myślał: ojej, biedna owieczka, taka śliczna, puszysta, milutka...Nie. To była trzoda i składało się najlepsze sztuki Bogu w ofierze. Ale dziś...tego nie robimy. Proste. Tamto było w Starym Testamencie jak wiele innych rzeczy. A dziś jest dziś.
I dziś wiemy i przyjmujemy, że zwierzęta czują i cierpią. Że trzeba się nimi opiekować, bo nam służą. Że nie powinny być głodzone, męczone, nie powinny być bite, marznąć itd. Powinny być hodowane w odpowiednich warunkach, na odpowiedniej przestrzeni. Także w sposób należyty transportowane. No i zabijane w sposób humanitarny. Dotyczy to zresztą nie tylko krówek, świnek, kurek, kaczuszek. Także barbarzyństwem jest wrzucanie raków na wrzątek. Niektórzy słuchają jeszcze z upodobaniem jak "śpiewają". Wstrętne!
Jest jeszcze jedna kwestia. Niektórzy szczególnie głośno krzyczą w obronie zwierząt. Animalsi, miłośnicy..I słusznie. Tylko cała przewrotność i kuriozalność sytuacji polega na tym, że często ci sami są "ZA" aborcją, a zbrodni wołyńskiej nie chcą nazwać LUDOBÓJSTWEM. Wzrusza ich los koników, krówek, ale jakoś w stosunku do niesamowitych cierpień LUDZI, którzy zostali zaszlachtowani w ogromnych męczarniach, mają mniej....współczucia...Pochylają się nad biednymi pieskami, ale jakoś tak mało ich wzrusza los dzieci ponabijanych na sztachety czy kobiet ciężarnych z porozpruwanymi brzuchami przez dzicz ukraińską z UPA.
Przepraszam za drastyczne słowa. Ale jak tak obserwuje, co niektórzy mają do powiedzenia w obydwu kwestiach, to...szok...
I to by było na tyle. Ku przemyśleniu.
Dziękuję za uwagę.
Urrrrra, urra, urrraaaaaaaaaaaaa! - zakrzyknę radośnie niczym bohater Armii Czerwonej gdy wskakiwał w 39 roku ado polskiej wanny - "nadzwyczajnego" burżujskiego wynalazku , którego używali polscy burżuje zamiast "woszobijek" w celu zachowania (pożal się Boże) HIGIENY! Patrz książka Sergiusza Piaseckiego pt. "Zapiski oficera Armii Czerwonej" - polecam, doskonała pozycja.
A więc temat numer jeden (ang. number one) - "konflikt" arcybiskupa Hosera z "księdzem" Lewandowskim. Celowo piszę konflikt w cudzysłowiu, wszak jaki to konflikt????? Konflikt to jest w świetle tych BZDUR, które wypisują laickie media. Ksiądz został odwołany z probostwa - i słusznie. Zresztą ksiądz też celowo napisałam w cudzysłowiu. Bo co to za ksiądz , który sprzeniewiera się, nie po raz pierwszy zresztą, zasadom katolickiej wiary, ba DEKALOGOWI?!!!!! Jeśli jako ksiądz nie rozumie lub nie chce zrozumieć i przyjąć tego, co jest nienaruszalne, to sorry Batory, ale niegodzien jest by sutannę nosić. Taka moja opinia. Pomijam fakt nieposłuszeństwa władzy nadrzędnej, która go obowiązuje. Ale głównie chodzi tu o głoszenie HEREZJI. Bo jeśli taki ksiądz uznaje in vitro, w drodze którego co roku jest unicestwiane tysiące żyć ludzkich, jako DOBRO , to o czym tu gadać? NIE ZABIJAJ! A zabicie dotyczy przerwania każdego życia, szczególnie tych najbardziej bezbronnych, poczętych dopiero co...Którym często nie daje się szansy na to by żyli, dokonywali osiągnięć, szerzyli dobro...
Następny temat (number two) - PYCHA (!)- ubój rytualny. Najpierw to trzeba wiedzę zaczerpnąć w temacie czym jest i na czym polega. Nie wdając się w szczegóły, polega na tym, że zwierze kona w cierpieniach. Nie jest ogłuszane, a śmierć jego nie jest natychmiastowa, tylko powolna. I to jest złe.
Jeśli jest złe, to znaczy, że trzeba to odrzucić. Proste i jasne.
Rozumiem tradycję. Ale może czas z nią po prostu skończyć, skoro krzywdzi ona żywe istoty?
Nasza świadomość jest w chwili obecnej taka, że wiemy co może zadawać takiemu zwierzęciu ból i cierpienia. Podejrzewam, że kiedyś, dawno dawno temu, gdy cierpienie towarzyszyło człowiekowi ciągle, NIKT się nad tym nie zastanawiał. Tak miało być i koniec. Taka była mentalność. Niczym nadzwyczajnym nie było np. torturowanie jeńców. Robiło się to, nie tylko dla zemsty, ale też by wystraszyć wroga, jak to mówią , dla przykładu. Jedni dokonywali takich aktów na drugich, a drudzy na tych pierwszych. Czasem zdarzał się któś miłosierny, ale tylko czasem...Nawet chrześcijanie pojmowali w sposób dość...osobliwy tę miłość nieprzyjaciół, nakazywaną im przez Jezusa Chrystusa...No bo z jednej strony leżeli krzyżem, a z drugiej strony nawlekali na pal...I nikt jakoś nie widział tego...dysonansu. Bo to była norma. Dlatego te zarzuty wobec Kościoła - sprzed iluś tam lat - są słuszne, ale bzdurne. Taka była mentalność ówczesnego społeczeństwa a Kościół w końcu z ludu pochodzi. Kler także.
Owoż z tym ubojem. Zmierzam do tego, że może taki Abraham czy tam kto inny, składając ofiarę z baranka to nie myślał: ojej, biedna owieczka, taka śliczna, puszysta, milutka...Nie. To była trzoda i składało się najlepsze sztuki Bogu w ofierze. Ale dziś...tego nie robimy. Proste. Tamto było w Starym Testamencie jak wiele innych rzeczy. A dziś jest dziś.
I dziś wiemy i przyjmujemy, że zwierzęta czują i cierpią. Że trzeba się nimi opiekować, bo nam służą. Że nie powinny być głodzone, męczone, nie powinny być bite, marznąć itd. Powinny być hodowane w odpowiednich warunkach, na odpowiedniej przestrzeni. Także w sposób należyty transportowane. No i zabijane w sposób humanitarny. Dotyczy to zresztą nie tylko krówek, świnek, kurek, kaczuszek. Także barbarzyństwem jest wrzucanie raków na wrzątek. Niektórzy słuchają jeszcze z upodobaniem jak "śpiewają". Wstrętne!
Jest jeszcze jedna kwestia. Niektórzy szczególnie głośno krzyczą w obronie zwierząt. Animalsi, miłośnicy..I słusznie. Tylko cała przewrotność i kuriozalność sytuacji polega na tym, że często ci sami są "ZA" aborcją, a zbrodni wołyńskiej nie chcą nazwać LUDOBÓJSTWEM. Wzrusza ich los koników, krówek, ale jakoś w stosunku do niesamowitych cierpień LUDZI, którzy zostali zaszlachtowani w ogromnych męczarniach, mają mniej....współczucia...Pochylają się nad biednymi pieskami, ale jakoś tak mało ich wzrusza los dzieci ponabijanych na sztachety czy kobiet ciężarnych z porozpruwanymi brzuchami przez dzicz ukraińską z UPA.
Przepraszam za drastyczne słowa. Ale jak tak obserwuje, co niektórzy mają do powiedzenia w obydwu kwestiach, to...szok...
I to by było na tyle. Ku przemyśleniu.
Dziękuję za uwagę.
czwartek, 11 lipca 2013
Prawda...
Chciałam dziś napisać o czymś, co mnie napawa smutkiem, bólem...
Mija 70 lat od tragedii, która miała miejsce na Wołyniu. Rzeź wołyńska, którą pewne kręgi USIŁUJĄ zatrzeć, spłaszczyć ogrom bestialstwa, złagodzić wydźwięk tych strasznych wydarzeń, tego dowodu na to, że niekiedy człowiek dla człowieka potrafi być...trudno mi znaleźć właściwe określenie...
Pogrzebałam w internecie, chciałam bliżej się dowiedzieć...Nie dałam rady. Tego po prostu umysł ludzki nie jest w stanie pojąć i zrozumieć...W sumie w latach 1943-45 na Wołyniu i w Galicji Wschodniej zginęło z rąk UPA i miejscowej ludności ukraińskiej około 100 tys. Polaków....Był rozkaz o wybiciu ludności polskiej.."Powinniśmy przeprowadzić wielką akcję likwidacji polskiego elementu. Po odejściu wojsk niemieckich należy wykorzystać ten dogodny moment dla zlikwidowania całej ludności męskiej w wieku od 16 do 60 lat." - brzmiał rozkaz - wydał go w 1943r. Dmytro Klaczkiwśkyj -"Kłym Sawur", dowódca UPA na Wołyniu..
Maleńkie dzieci wbite na pal, przywiązywane do drzewa kolczastym drutem, kobiety z obciętymi piersiami, chłopiec z przeciętymi policzkami do uszu..
Polacy ginęli w niewyobrażalnych torturach...Kobiety, dzieci, stracy...Ludność napadana była podczas mszy, palono kościoły i mordowano...Dziś niektórzy wzbraniają się przed określeniem "ludobójstwo". W imię..poprawności politycznej?
Ale dośćo tym...Za duży ból..Szczególnie, gdy się myśli o dzieciach, niewinnych niczemu, chyba tylko swojej polskości...
Dziś był program w telewizji. Występował nasz pierwszy polski kosmonauta Mirosław Hermaszewski. Z czasów PRL. Pewnie wielki komuch, innego przecie by w kosmos nie wystrzelili.
Spokojny człowiek, po siedemdziesiątce. W rzezi wołyńskiej poniosło śmierć kilkanaście osób z jego rodziny. On ocalał. Cudem. Matka uciekała niosąc go w kocu. Kula świsnęła. Przeleciał przy skroni, nie zabiła. Upuściła dziecko...Gdy się ocknęła, opatrywana przez obcych ludzi, chłopczyka przy niej nie było. Potem znalazł go ojciec. W śniegu. Był pewien, że nie żyje. Ale dziecko żyło. Ojca małego Mirka zabito. Oni. Ukraińcy...Została matka z siedmiorgiem dzieci...
Po kilkudziesięciu latach, gdy już był słynnym człowiekiem, wielkim kosmonautą, dowiedział się z gazety, ze swojego życiorysu, że jego ojca zabili hitlerowcy za współpracę z Rosjanami...Taka była tzw. poprawność polityczna. Zresztą..Katyń też...
A dziś? Może właśnie w imię tej poprawności do dziś dnia nie wyjaśniona została tragedia smoleńska?
Bo zadowoliliśmy się marnymi ochłapami..Nasz Rząd nie zrobił prawie nic, od samego początku. Bo co? Bo nie wypadało zadawać kłopotliwych pytań, dochodzić? Zamienione ciała, niezabezpieczony teren i szczątki samolotu...
Co się zmieniło, pytam?
Wtedy czy teraz...
Mija 70 lat od tragedii, która miała miejsce na Wołyniu. Rzeź wołyńska, którą pewne kręgi USIŁUJĄ zatrzeć, spłaszczyć ogrom bestialstwa, złagodzić wydźwięk tych strasznych wydarzeń, tego dowodu na to, że niekiedy człowiek dla człowieka potrafi być...trudno mi znaleźć właściwe określenie...
Pogrzebałam w internecie, chciałam bliżej się dowiedzieć...Nie dałam rady. Tego po prostu umysł ludzki nie jest w stanie pojąć i zrozumieć...W sumie w latach 1943-45 na Wołyniu i w Galicji Wschodniej zginęło z rąk UPA i miejscowej ludności ukraińskiej około 100 tys. Polaków....Był rozkaz o wybiciu ludności polskiej.."Powinniśmy przeprowadzić wielką akcję likwidacji polskiego elementu. Po odejściu wojsk niemieckich należy wykorzystać ten dogodny moment dla zlikwidowania całej ludności męskiej w wieku od 16 do 60 lat." - brzmiał rozkaz - wydał go w 1943r. Dmytro Klaczkiwśkyj -"Kłym Sawur", dowódca UPA na Wołyniu..
Maleńkie dzieci wbite na pal, przywiązywane do drzewa kolczastym drutem, kobiety z obciętymi piersiami, chłopiec z przeciętymi policzkami do uszu..
Polacy ginęli w niewyobrażalnych torturach...Kobiety, dzieci, stracy...Ludność napadana była podczas mszy, palono kościoły i mordowano...Dziś niektórzy wzbraniają się przed określeniem "ludobójstwo". W imię..poprawności politycznej?
Ale dośćo tym...Za duży ból..Szczególnie, gdy się myśli o dzieciach, niewinnych niczemu, chyba tylko swojej polskości...
Dziś był program w telewizji. Występował nasz pierwszy polski kosmonauta Mirosław Hermaszewski. Z czasów PRL. Pewnie wielki komuch, innego przecie by w kosmos nie wystrzelili.
Spokojny człowiek, po siedemdziesiątce. W rzezi wołyńskiej poniosło śmierć kilkanaście osób z jego rodziny. On ocalał. Cudem. Matka uciekała niosąc go w kocu. Kula świsnęła. Przeleciał przy skroni, nie zabiła. Upuściła dziecko...Gdy się ocknęła, opatrywana przez obcych ludzi, chłopczyka przy niej nie było. Potem znalazł go ojciec. W śniegu. Był pewien, że nie żyje. Ale dziecko żyło. Ojca małego Mirka zabito. Oni. Ukraińcy...Została matka z siedmiorgiem dzieci...
Po kilkudziesięciu latach, gdy już był słynnym człowiekiem, wielkim kosmonautą, dowiedział się z gazety, ze swojego życiorysu, że jego ojca zabili hitlerowcy za współpracę z Rosjanami...Taka była tzw. poprawność polityczna. Zresztą..Katyń też...
A dziś? Może właśnie w imię tej poprawności do dziś dnia nie wyjaśniona została tragedia smoleńska?
Bo zadowoliliśmy się marnymi ochłapami..Nasz Rząd nie zrobił prawie nic, od samego początku. Bo co? Bo nie wypadało zadawać kłopotliwych pytań, dochodzić? Zamienione ciała, niezabezpieczony teren i szczątki samolotu...
Co się zmieniło, pytam?
Wtedy czy teraz...
sobota, 8 czerwca 2013
Na Grochowie...
Bazarek pod Universamem Grochów. Miejsce robienia zakupów wielu mieszkańców Grochowa i nie tylko. Tu można kupić najlepszy i najgorszy towar, w szerokim asortymencie. Od warzyw, owoców, pieczywa z Oskroby, wędlin z Sokołowa, aż po polski czosnek made in China, ruskie parasolki, szkło po złotówce, wietnamski towar z Indii i Chin. Tu można kupić w ciuchach koszulkę, prawie nówkę, za 5 zł, firmy NIKE oraz podróbę pefum firmy Gucci za jedyne 10 zeta:). Sprzęt gospodarstwa domowego może czasem nie nazywa się dokładnie tak jak ten firmowy, ale tak samo podgrzeje nam wodę na herbatkę czy uprasuje nasze ciuchy. Niektórzy powiadają, że prawie tak samo, a "prawie" czyni wielką różnicę.
Na tym oto kramiku można kupić istne cudeńka:
A tu...Za czym kolejka ta stoi? Za truskawką! Przypominają się czasy PRL:)
To moje ulubione miejsce. Potrafię tu stać dobrych kilkanaście minut, mierząc kapelutki. Właśnie dziś nabyłam nowy.
Pani z ciastem. Strasznie krzykliwa. Głośno zachwala towar. HALO! HALO! Po złotówce, pyszne ciasto! W sklepie by pani zapłaciła 6 zł! Świeżutkie!
Reklama dźwignią handlu, ale handlarce buzia nie zamyka się nigdy. I ciasto nie zawsze świeżutkie, jak zapewnia...
Widok z okna tramwaju stojącego na pętli....
A to jest krzyż z roku 1820 stojący przy Grochowskiej...
Piekarnia. Tam można kupić pyszny, gorący, chrupiący chlebek. Zjadłam dziś go prawie połowę:)
I dzisiejszy kapelutek...Koloru perłowo-szarego.
czwartek, 6 czerwca 2013
Przycupnięte na piaskownicy brzegu...
"Przycupnięte na piaskownicy brzegu
moje myśli, ziarnka złotego pisaku
jak żołnierze stanęły w szeregu
by po chwili opaść - na klawiaturę czasu...(...)"
Takie tam moje...tFory - potFory:) Kiedyś popełniłam wierszydło pt. "Piaskownica"...
Ale prawdą jest, że moje myśli przyczepione w różnych miejscach zbieram po latach jak grzybki do koszyczka.
Poszłam sobie dziś do Biedronki, zrobiłam zakupy. Nieduże, takie sobie. Myślę - słońce świeci pięknie, pójdę z powrotem przez park...Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Niebo bezchmurne. Wszędzie na ulicach ruch, pisk opon, wycie tramwajów, harmider a tam, w parku cisza. Jakby czas się zatrzymał. Nikt nie biegnie, nie śpieszy się, nie pokrzykuje, z dala od ulicy więc nie dochodzą odgłosy dzikiego miasta..Widok jak z obrazów Van Gogha, one są takie statyczne, szczególnie te przedstawiające strzeliste cyprysy...Pełne słońca, błękitu nieba...Powietrze takie przejrzyste, jakby lekko falowało i ta cisza..W końcu.
Idę sobie, rozglądam się wokoło. Czuję zapach siana. Ot, pościnali trawę, sianko się suszy na słońcu wydając z siebie tę charakterystyczną woń. Ciekawam, co z nim robią. Może dla koni - w Skaryszewskim są koniki, nawet można sobie taką szkapinę wypożyczyć..
Zapach siana przypomina mi wakacje mojego dzieciństwa, gdy często wyjeżdżałam w góry - wioska Murzasichle koło Zakopca. Tam, ci Górale tylko siano i siano. Żaden tam owies jak w piosence "Zasiali Górale owies", żadne żyto czy proso, siano i już!
Mijam jeziorko. Pachnie mułem i muszlami. Jak w Broku. Bo to nie zapach nadmorski, raczej taki rzeczny. Do Broku też jeździłam w dzieciństwie, mieszkaliśmy z bratem i rodzicami w domku "Tam" - campingowy, z dykty, a jakże. Nie to co teraz - domki na podmurówkach z pełnym wyposażeniem i aneksem kuchennym! Z łazienką i kibelkiem. Tamte były proste, jak papierowe domki z kart..Wychodek i prysznice na zewnątrz. Nikomu to nie przeszkadzało, bo tak być musiało.
A w górach? U gaździny wynajmowało się pokój - bez telewizora, bez internetu (hihi), tylko micha do mycia i wszystko. Pranie się rozwieszało na takim drewnianym czymś od suszenia siana. Nie wiem, czy to się nazywa ostrewka????
Chodziliśmy nad potok przez las. Zimny, wartki, Sucha Woda się zwał - tak przewrotnie. Przełaziło się na drugą jego stronę. Mama zabierała nam, mnie i bratu, kalosze. Woda była zimna, na dnie ostre kamienie. Można było też przejść po przerzuconym drzewie "wiszącym" nad wodą...
Miałam wtedy ze 12 lat i się bałam, że spadnę z tego drzewa i wartki nurt mnie porwie. Raz się odważyłam. Wlazłam, szłam po grubym pniu trzymając się gałęzi. Dobrnęłam do środka tego "mostu" i...ani w tę, ani w tę...Bałam się. Nogi zaczęły mi drżeć ze strachu, starałam się nie patrzeć w dół, w rwący nurt. Utknęłam. Łzy w oczach. Wówczas przyszedł do mnie po pniu, mój, może trzynastoletni brat i rzecze: myśl, że tu zamiast wody jeżdżą samochody. Tak zrobiłam i...przeszłam. Brat był zawsze bardzo opiekuńczy, tak jest do dziś...
No, ale miało być o parku...Mijam chłopaczka. Prowadzi psa. Biały puszysty. Gapi się na mnie. Nie chłopak tylko pies. Aż się bydle ogląda. A co to ja wyglądam jak kawałek mięska czy co? Może i wyglądam. Małe takie gówienko z tego psiuńcia, identyczny jak w tym filmie "Neverending story" co Limahl tam śpiewał...
Piękny był ten Limahl, wówczas była modna taka fryzura "na Limahla" - i dla dziewczyn i dla chłopaków. Też miałam, tylko może nie aż taką:)
Dwóch pijaczków na ławce siedzi. Dyskutują. Przemykam co rychlej.
Dalej placyk dla dzieci, ogrodzony. Kolorowe huśtawki, drabinki, zamki. Z dala już słychać dziecięcy świergot. Najcudowniejszy odgłos, jaki być może. Stają mi łzy w oczach, jakaś tęsknota...Przypomina mi się jak moi chłopcy byli maleńcy. Mogłam wtedy ich przytulać i całować ile wlezie, a oni zarzucali mi tłuste, miękkie łapulki na szyję i całowali mamusię maleńkimi usteczkami. Jakie to było wspaniałe. Ten zapach ciepłych głowek i miękkość maleńkich jak u lalek twarzyczek...Teraz chłopy mają po metr osiemdziesiąt i...nie da się cofnąć czasu...Może kiedyś...wnuki...
Pod domem stoi mamusia z maluszkiem na ręku. Pożeram go oczami. Przypomina mi starszego. Tak samo fajta nożynkami. O, i jeszcze dwie mamusie z wózkami. Coś takiego, obie mają bliźniaki! Tak sobie myślę, że te bliźniacze ciąże teraz częściej się zdarzają jak kiedyś. Kobiety leczą się hormonalnie jak nie mogą zajść i potem często rodzą aż dwa szczęścia na raz...
No, trzeba jakiś obiad nagotować, bo moi synkowie nie mają po trzy lata i matka już nie nadąża z garami:)
moje myśli, ziarnka złotego pisaku
jak żołnierze stanęły w szeregu
by po chwili opaść - na klawiaturę czasu...(...)"
Takie tam moje...tFory - potFory:) Kiedyś popełniłam wierszydło pt. "Piaskownica"...
Ale prawdą jest, że moje myśli przyczepione w różnych miejscach zbieram po latach jak grzybki do koszyczka.
Poszłam sobie dziś do Biedronki, zrobiłam zakupy. Nieduże, takie sobie. Myślę - słońce świeci pięknie, pójdę z powrotem przez park...Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Niebo bezchmurne. Wszędzie na ulicach ruch, pisk opon, wycie tramwajów, harmider a tam, w parku cisza. Jakby czas się zatrzymał. Nikt nie biegnie, nie śpieszy się, nie pokrzykuje, z dala od ulicy więc nie dochodzą odgłosy dzikiego miasta..Widok jak z obrazów Van Gogha, one są takie statyczne, szczególnie te przedstawiające strzeliste cyprysy...Pełne słońca, błękitu nieba...Powietrze takie przejrzyste, jakby lekko falowało i ta cisza..W końcu.
Idę sobie, rozglądam się wokoło. Czuję zapach siana. Ot, pościnali trawę, sianko się suszy na słońcu wydając z siebie tę charakterystyczną woń. Ciekawam, co z nim robią. Może dla koni - w Skaryszewskim są koniki, nawet można sobie taką szkapinę wypożyczyć..
Zapach siana przypomina mi wakacje mojego dzieciństwa, gdy często wyjeżdżałam w góry - wioska Murzasichle koło Zakopca. Tam, ci Górale tylko siano i siano. Żaden tam owies jak w piosence "Zasiali Górale owies", żadne żyto czy proso, siano i już!
Mijam jeziorko. Pachnie mułem i muszlami. Jak w Broku. Bo to nie zapach nadmorski, raczej taki rzeczny. Do Broku też jeździłam w dzieciństwie, mieszkaliśmy z bratem i rodzicami w domku "Tam" - campingowy, z dykty, a jakże. Nie to co teraz - domki na podmurówkach z pełnym wyposażeniem i aneksem kuchennym! Z łazienką i kibelkiem. Tamte były proste, jak papierowe domki z kart..Wychodek i prysznice na zewnątrz. Nikomu to nie przeszkadzało, bo tak być musiało.
A w górach? U gaździny wynajmowało się pokój - bez telewizora, bez internetu (hihi), tylko micha do mycia i wszystko. Pranie się rozwieszało na takim drewnianym czymś od suszenia siana. Nie wiem, czy to się nazywa ostrewka????
Chodziliśmy nad potok przez las. Zimny, wartki, Sucha Woda się zwał - tak przewrotnie. Przełaziło się na drugą jego stronę. Mama zabierała nam, mnie i bratu, kalosze. Woda była zimna, na dnie ostre kamienie. Można było też przejść po przerzuconym drzewie "wiszącym" nad wodą...
Miałam wtedy ze 12 lat i się bałam, że spadnę z tego drzewa i wartki nurt mnie porwie. Raz się odważyłam. Wlazłam, szłam po grubym pniu trzymając się gałęzi. Dobrnęłam do środka tego "mostu" i...ani w tę, ani w tę...Bałam się. Nogi zaczęły mi drżeć ze strachu, starałam się nie patrzeć w dół, w rwący nurt. Utknęłam. Łzy w oczach. Wówczas przyszedł do mnie po pniu, mój, może trzynastoletni brat i rzecze: myśl, że tu zamiast wody jeżdżą samochody. Tak zrobiłam i...przeszłam. Brat był zawsze bardzo opiekuńczy, tak jest do dziś...
No, ale miało być o parku...Mijam chłopaczka. Prowadzi psa. Biały puszysty. Gapi się na mnie. Nie chłopak tylko pies. Aż się bydle ogląda. A co to ja wyglądam jak kawałek mięska czy co? Może i wyglądam. Małe takie gówienko z tego psiuńcia, identyczny jak w tym filmie "Neverending story" co Limahl tam śpiewał...
Piękny był ten Limahl, wówczas była modna taka fryzura "na Limahla" - i dla dziewczyn i dla chłopaków. Też miałam, tylko może nie aż taką:)
Dwóch pijaczków na ławce siedzi. Dyskutują. Przemykam co rychlej.
Dalej placyk dla dzieci, ogrodzony. Kolorowe huśtawki, drabinki, zamki. Z dala już słychać dziecięcy świergot. Najcudowniejszy odgłos, jaki być może. Stają mi łzy w oczach, jakaś tęsknota...Przypomina mi się jak moi chłopcy byli maleńcy. Mogłam wtedy ich przytulać i całować ile wlezie, a oni zarzucali mi tłuste, miękkie łapulki na szyję i całowali mamusię maleńkimi usteczkami. Jakie to było wspaniałe. Ten zapach ciepłych głowek i miękkość maleńkich jak u lalek twarzyczek...Teraz chłopy mają po metr osiemdziesiąt i...nie da się cofnąć czasu...Może kiedyś...wnuki...
Pod domem stoi mamusia z maluszkiem na ręku. Pożeram go oczami. Przypomina mi starszego. Tak samo fajta nożynkami. O, i jeszcze dwie mamusie z wózkami. Coś takiego, obie mają bliźniaki! Tak sobie myślę, że te bliźniacze ciąże teraz częściej się zdarzają jak kiedyś. Kobiety leczą się hormonalnie jak nie mogą zajść i potem często rodzą aż dwa szczęścia na raz...
No, trzeba jakiś obiad nagotować, bo moi synkowie nie mają po trzy lata i matka już nie nadąża z garami:)
wtorek, 4 czerwca 2013
Grajek
O tobie miła ciągle marzę
O tobie miła ciągle śnię
Chciałbym całować usta twe
I czule szeptać: KOCHAM CIĘĘĘĘ
Lecz wielka dzieli nas granica
Boś ty bogatą przecież jest
Ja jestem tylko biednym GRAJKIEM
Jest mi bez ciebie bardzo źleeeeee!
Tak mi się skojarzyło. Niektórzy pamiętają. Kolonie, obozy, ogniska, kiełbaski, miłości...ehhhhhh...
Palił papierosy i miał ze 14 lat, stary był. Żeby nie było czuć, zagryzał malinami znalezionymi w lesie. Kolonie. Jagniątkowo...
Ale nie o tym...To tylko tak, ot przy okazji :)
Tramwaj nr 24, godzina szczytu.
Głowa mnie boli bo w pracy dziś wyjątkowy jazgot. Gorzej jak na targowisku. Tak to jest, jak niektóre osoby miast handlować kalafiorami wykonują odpowiedzialną biurową pracę..
Zatopiona w rozmyślaniach jadę sobie stojąc przy środkowych drzwiach.
Drzwi otwierają i wsiada ON. Grajek KOMUNIKACYJNY.
Śniada cera, siwy włos, rozklekotany instrument.
Chyba nie będzie grać - pomyślałam z przerażeniem. Przecie nawet nie bardzo jest jak się ruszyć!
Płonne były moje nadzieje. Siwy "czarnulek" rozejrzał się w okół wzrokiem pełnym tryumfu. Szacował.
Czy warto.
NIE,TYLKO NIE TO! - krzyczała moja dusza.
Niestety. Śniady stwierdził, że można zaczynać koncert. Sala pełna, publika tylko czeka!
No i zaczęło się. Tego, co miało miejsce nie da się opisać. Instrument był stary i rozstrojony, ledwo się trzymał kupy. Pan jednak z zadowoleniem uderzył w klawisze i popłynęły pierwsze "upojne takty". Chyba to był walczyk, choć nie jestem pewna...Za chwilę byłam bliska omdlenia. Grajek fałszował NIEMIŁOSIERNIE pomrukując do wtóru z zadowoleniem.
Zrobiło mi się słabo. Rozejrzałam się w okół. NIKT nie reagował najmniejszym skrzywieniem ust czy jakąkolwiek oznaką dezaprobaty. Zaczęłam histerycznie chichotać. Parę osób popatrzyło na mnie z naganą...Zasłoniłam twarz szaliczkiem...Może było mi wstyd reakcji....
Teraz już facio się rozkręcił. Szły "Rozcwietali jabłoni i gruszy". Chyba. Trudno było rozeznać...Człowiek aż się zasapał, a że młody nie był, nie wyrabiał się na zakrętach. Bosz....
Zagrał jeszcze ze dwa kawałki i ukontentowany zakończył typowym dla harmonisty taktem.
Małe pudełeczko po cukierkach poszło w ruch.
Młoda dziewuszka wygrzebała z przepaścistej torby drobne monety. Zewsząd rozlegał się stuk wrzucanych pieniążków. Poczułam się jak ignorantka.
Jednak Polacy to naród melomanów i potrafią docenić sztukę!
I mają serca miłosierne.
Potem się okazało, że to nie był stuk wrzucanego bilonu, a jedynie artysta tak potrząsał swoim pudełeczkiem dla zachęty.
:)
O tobie miła ciągle śnię
Chciałbym całować usta twe
I czule szeptać: KOCHAM CIĘĘĘĘ
Lecz wielka dzieli nas granica
Boś ty bogatą przecież jest
Ja jestem tylko biednym GRAJKIEM
Jest mi bez ciebie bardzo źleeeeee!
Tak mi się skojarzyło. Niektórzy pamiętają. Kolonie, obozy, ogniska, kiełbaski, miłości...ehhhhhh...
Palił papierosy i miał ze 14 lat, stary był. Żeby nie było czuć, zagryzał malinami znalezionymi w lesie. Kolonie. Jagniątkowo...
Ale nie o tym...To tylko tak, ot przy okazji :)
Tramwaj nr 24, godzina szczytu.
Głowa mnie boli bo w pracy dziś wyjątkowy jazgot. Gorzej jak na targowisku. Tak to jest, jak niektóre osoby miast handlować kalafiorami wykonują odpowiedzialną biurową pracę..
Zatopiona w rozmyślaniach jadę sobie stojąc przy środkowych drzwiach.
Drzwi otwierają i wsiada ON. Grajek KOMUNIKACYJNY.
Śniada cera, siwy włos, rozklekotany instrument.
Chyba nie będzie grać - pomyślałam z przerażeniem. Przecie nawet nie bardzo jest jak się ruszyć!
Płonne były moje nadzieje. Siwy "czarnulek" rozejrzał się w okół wzrokiem pełnym tryumfu. Szacował.
Czy warto.
NIE,TYLKO NIE TO! - krzyczała moja dusza.
Niestety. Śniady stwierdził, że można zaczynać koncert. Sala pełna, publika tylko czeka!
No i zaczęło się. Tego, co miało miejsce nie da się opisać. Instrument był stary i rozstrojony, ledwo się trzymał kupy. Pan jednak z zadowoleniem uderzył w klawisze i popłynęły pierwsze "upojne takty". Chyba to był walczyk, choć nie jestem pewna...Za chwilę byłam bliska omdlenia. Grajek fałszował NIEMIŁOSIERNIE pomrukując do wtóru z zadowoleniem.
Zrobiło mi się słabo. Rozejrzałam się w okół. NIKT nie reagował najmniejszym skrzywieniem ust czy jakąkolwiek oznaką dezaprobaty. Zaczęłam histerycznie chichotać. Parę osób popatrzyło na mnie z naganą...Zasłoniłam twarz szaliczkiem...Może było mi wstyd reakcji....
Teraz już facio się rozkręcił. Szły "Rozcwietali jabłoni i gruszy". Chyba. Trudno było rozeznać...Człowiek aż się zasapał, a że młody nie był, nie wyrabiał się na zakrętach. Bosz....
Zagrał jeszcze ze dwa kawałki i ukontentowany zakończył typowym dla harmonisty taktem.
Małe pudełeczko po cukierkach poszło w ruch.
Młoda dziewuszka wygrzebała z przepaścistej torby drobne monety. Zewsząd rozlegał się stuk wrzucanych pieniążków. Poczułam się jak ignorantka.
Jednak Polacy to naród melomanów i potrafią docenić sztukę!
I mają serca miłosierne.
Potem się okazało, że to nie był stuk wrzucanego bilonu, a jedynie artysta tak potrząsał swoim pudełeczkiem dla zachęty.
:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)














+(329123)-329123.jpg)

