niedziela, 15 września 2013

Baby zazdrośnice

W internecie poznałam wiele osób...
I w zasadzie pogodziłam się z faktem, że nigdy nie poznam tych ludzi osobiście.
A raczej, powiem wprost, niewiele osób będę miała okazję poznać OSOBIŚCIE.
Taki to już los tych netowych znajomości.
Jednak wraz z moimi kilkoma koleżankami netowymi postanowiłyśmy zorganizować spotkanie.
I tu się zaczyna problem. czyli tzw. SCHODY!
Problem wynika z zazdrości kobiet. Bo, że baby są zazdrosne z zasady o inne baby, każdy przecież wie!
O urodę, powodzenie, eleganckie ciuchy, seksapeel!
Ja, niestety (dla innych) jestem osobą bardzo atrakcyjną pod każdym względem, stąd też moje obawy, którym właśnie daję wyraz - szczerze i otwarcie, bez ogródek i fałszywej skromności!
Oprócz oczywistych WAM ZNANYCH już z blogu walorów mojego ducha (inteligencja, elokwencja, błyskotliwość, kultura, delikatność, subtelność, wrażliwość, nade wszystko SKROMNOŚĆ i wiele, wiele innych), talentów (śpiew, taniec, INFORMATYKA...już nawet ich wszystkich nie wyliczę!) posiadam wyjątkowe walory ciała, co z mety dyskwalifikuje moje koleżanki rywalki! Biedactwa, na samym starcie! Aż mi ich żal!
A więc, przede wszystkim moja niezwykła i wyjątkowa uroda.
Figura - wspaniała, przepyszna, gruszkowata! Górą wąska, dołem szeroka, zmysłowa! Pośladki wystające na kształt siodełka - pupa Jennifer Lopez przy mojej to mały Pikuś. Pan Pikuś! I to bez silikonu!!!!!
Twarz - cudowna. Oczy - o wąskim kształcie charakterystycznym dla azjatyckich ludów (przodkowie moi mieszkali w jurtach). Nos - wydatny, z lekkim garbkiem, szaerokawy, ze zmysłowo poruszającymi się wilgotnymi nozdrzami jak u młodej klaczy! Usta - pięknie wykrojone, koloru owocu granatu, z wąską górną wargą, ale za to dolną - szeroką, mięsistą, wydatną i lekko obwisłą, ukazującą dolne wyjątkowo długie (czarująco opadnięte dziąsła) uzębienie - moje własne! Prawie kompletne!
Czoło - otwarte ale bez bruzd i zagonów, za wyjątkiem dwóch naprawdę minimalnych zmarszczek nad nosem, nadających całości mojego wizerunku jedynie charakteru i zmysłowości!
Szyja - szczupła, łabędzia, z niewielką ilością fałdek i tzw. "obrączek lat".
Ramiona krągłe i koloru kości słoniowej - jak u Anny Kareniny. 
Biust...
Ale co ja się tam będę chwalić? Piękna jestem, zgrabna, powabna i tyle!
Stąd zazdrość moich, sympatycznych nota bene, koleżanek. Zazdrość, którą starają się ukryć, ale wypełza ona im na twarz jak żmija, wbrew ich woli!
Na takich spotkaniach każda kobieta chce wypaść jak najlepiej!
A więc strój, makijaż, fryzura. Normalne.
Wynikł więc temat : JAK SIĘ UBIERZEMY. 
Oczywiście moje koleżanki, nie tak urodziwe jak ja, starają się biedaczki, jak umieją: szpilki, suknie wieczorowe, makijaże, kosmetyczka, fryzjer, manicure, pedicure...I tak to na nic, ale niech się łudzą!
Ja nie muszę się starać, urodziwa jestem z samej natury,  sauté, bez zbędnych "ozdóbek"!
Zresztą, nie mam zamiaru pogrążać biedaczek!
Założę jednak suknię wieczorową czarną, co mi tam! Inaczej nie wypada!
Do tego piękny dżinsowy kapelusz, w którym wyglądam bajecznie!
Koleżanka Barabasz, która jest najbardziej zazdosna, doradziła mi (fałszywie!) bym przyozdobiła go sztucznym kwiatem. Że to niby nada mu nieco odświętnego charakteru. Ja nie dysponuję sztucznymi kwiatami, bo to wiocha, a na zbędny wydatek nie mam zamiaru się narażać!
Ale przypomniało mi się, że mam taką sztuczną gwiazdę betlejemską ze Świąt...Tylko do niej jest anioł przyczepiony, spory, grubiutki, gra na skrzypeczkach. Zawsze tę ozdobę wieszam w Święta Bożego Narodzenia pod sufitem bo nadzwyczaj nadaje charakteru wnętrzu w Wigilię! I uważam, że taka ozdoba do kapelusza jak znalazł! 





Całości stroju dopełnią welurowe, śliwkowe spodnie od dresu oraz żółte buty traperki, będzie ślicznie!





Nie będę się wygłupiać z jakimiś fanaberycznymi szpilkami, zostawiam je osobom, które nie dbają o stan swoich stóp i kręgosłupa! Potem skoliozy, haluksy, płaskostopie i odciski! Pomijam już fakt, że będzie to prawie październik więc pełnia jesieni! Ja więc ubiorę się ADEKWATNIE, PRAKTYCZNIE, żeby potem nie było problemów z nerkami, pęcherzem moczowym czy jajnikami! Dresy więc będą ciepłe i w sam raz na jesienną aurę.
Oczywiście, gdy poinformowałam moje zazdrosne koleżanki co do mojego stroju, strasznie mnie skrytykowały, z zawiści! Zwłaszcza kapelusz dżinsowy z gwiazdą betlejemską i aniołem!
Że za strojny! Nie rozumiem! W dawnych czasach noszono na co dzień kapelusze przyozdobione kwiatami, owocami, czasem nawet były na nich całe ogrody, statki żaglowe itp.!!!!!
A w Ascot na wyścigach to co? Jakie tam cudeńka się widzi!







Tu nagle przeszkadza skromna gwiazda betlejemska i dwudziestocentymetrowy aniołek!
Dlatego stwierdzam: BABY SĄ ZAZDROSNE!!!!
I TYLE!!!!!!

piątek, 13 września 2013

Piątek 13:)

Dziś jest piątek trzynastego!
Ani mnie to grzeje ani ziębi!




Nie robią na mnie wrażenia czarne koty, kominiarzy, stojące drabiny, czterolistne koniczynki...
Nie wierzę w złą magię trzynastek. Gdy byłam w ciąży, robiłam bez problemu sobie zdjęcia...
Zaszywam sobie dziurkę w rajstopie, jak potrzeba, na sobie, nie bacząc na przestrogę, że "zaszywam pamięć :)
Nie przyczepiałam do wózka z dzieciątkiem czerwonej kokardki "od uroku".
Nie wierzę też w sny. Może mi się śnić co tam chce, czasem się może i "wyśni", ale najczęściej to nie...W ogóle nie zwaracam na to uwagi...
Choć podobno w marzeniach sennych  krew to krewni, brudna woda oznacza kłopoty, a dziecko - chorobę...Tak mawiały nasze babcie, ale ja nie wierzę i mówię to z przekonaniem i w pełni odpowiedzialnie!



W Bibli bywały sny prorocze i  przepowiednie, ale to był głos Boga który słyszeli wybrani...To co innego.



Nie mam zamiaru kłaść siekierki pod łóżko (nawet nie mam miejsca pod kanapą hehe) dla przecięcia bólu.
I nie mam najmniejszego zamiaru iść przez dziewięć mostów! Ani mi się śni!!!!
Nie wierzę we wróżby i horoskopy. To bzdury, które mają uruchomić naszą wyobraźnię i sugestię. Czasem naginamy wróżbę na siłę do rzeczywistości...



Nasze babcie wierzyły w różne rzeczy, ale bardziej to była jakaś tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie i nikt się nie zastanawiał np. nad tym, czy jest to grzechem...Ot, wierzyło się z przyzwyczajenia, nieco naiwnie...
Dziś powiedzmy wyraźnie i jednoznacznie, drodzy katolicy: wiara we wróżby, zabobony, horoskopy jest w sprzeczności z wiarą w Boga, gdyż neguje ufność pokładaną w samym Najwyższym!
Co ciekawe, ci którzy niby starają się być wielkimi racjonalistami, materialistami i tak bardzo wierzą w potęgę własnego umysłu, bardzo często sięgają po kabałę, tarota czy horoskop. Czyż to nie dziwne? A NIBY tacy nowocześni, a tu co? KARTOFLISKO wychodzi!
Dziś 13 piątek miałam zamówioną wizytę u lekarza specjalisty. Czekałam na nią prawie dwa miesiące. Po przyjściu do przychodni okazało się, że lekarz jest chory, a inni "obłożeni" pacjentami.
Ano coż, trzeba będzie prosić o zmiłowanie!
Pani w rejestracji poradziła, abym porozmawiała z lekarzem, może się zlituje i przyjmie.
Zlitował się. Dobry człowiek - pomyślałam. Szczęście w nieszczęściu...
13 piątek hehehehe.
Musiałam założyć kartę. I wyobraźcie sobie - numer karty 666/13. A niech to!
Ani okiem nie mrugnęłam:)))
Lekarz jak anioł...Widać dobry fachowiec, przebadał, a jakże...Przepisał leki.
No i dobrze! Nawet i długo nie czekałam, byłam między pacjentami!
Wszystko się układało pomyślnie.
Myślę, wykupię sobie leki...Apteka pod domkiem, co będę dwa razy wychodzić?
Podchodzę do okienka, podaję receptę...
- Proszę pani, ale tu nie postemplowane jest! Nie możemy sprzedać, chyba, że na 100%!
O KURCZAKI!
A tak mi dobrze szło...

:)

czwartek, 12 września 2013

Bajka Grusi - O cudownym lekarstwie

Ta opowieś zacznie się może tak: była sobie wioska....
Wioseczka ani nie duża, ani nie mała, ot taka jaka być powinna.
Położona w pięknym miejscu, bo i lasek był tam śliczny, pachnący sosnami, pełen jagód, malin, poziomek i grzybów i rzeczka płynęła czyściusieńka, niewielka, ale krówki schodzące z pastwiska można było napoić. W środku wioski stał mały drewniany kościółek, troszkę dalej była remiza strażacka, jeszcze dalej mieszkał wójt. Na krańcu znajdował się targ, gdzie w dni "targowe" zjeżdżali się gospodarze z sąsiednich wsi, zwożąc na sprzedaż nie tylko swoje płody rolne i bydełko, ale i pięknie wykonane przedmioty codziennego użytku i różne ozdoby: łyżki, półeczki, wieszaki z drewna, popielniczki, świeczniki, korale, spinki, rzeźbione fujarki, koguciki.... trudno wymienić te wszystkie rzeczy!!!! Gosopodynie handlowały serami, masłem, kiełbasą swojej roboty i innymi pysznościami.
Taka to była wioska. Pełna życia, pracy, a czasem i nawet zabawy.
W każdą sobotę w remizie były potańcówki i grała orkiestra.
Napić się piwa czy zjeść dobry posiłek można zaś było w oberży o nazwie "Pod kogutkiem", która znajdowała się w sąsiedztwie remizy, po drugiej stronie drogi.
Daleko, pod laskiem stała leśniczówka. Drewniana, z ganeczkiem i spadzistym dachem. Dom był niebogaty, ale zadbany, widać było rękę gospodarzy. Po podwórku chodziło parę kurek, a w obórce porykiwały dwie krówki. Takie sobie zwyczajne gospodarstwo, ani bogate, ani ubogie...
W leśniczówce mieszkał leśniczy Jan ze swoją rodziną: żoną Małgorzatą , trójką dzieci:  trzynastoletnim Michałkiem - najstarszym synem, dziesięcioletnią Kasią - oczkiem w głowie taty i najmłodszym pięcioletnim Marcinkiem, słicznym jak aniołek. Mieszkała też z nimi babcia Lusia.
Babcia dawno już owdowaiała, jeszcze jako młoda kobieta, jej mąż, który był drwalem, zmarł przywalony drzewem w lesie. To była smutna historia, ale na szczęście babci udało się wyprowadzić "na ludzi" jej czterech synów: najmłodszego Janka, starszego Mateusza, Marka i Łukasza. Babcia kochała bardzo swoje dzieci, dawała im całe życie wiele serca, dla nich pracowała ile sił, a lekko jej nie było, o nie..Samotna wdowa z czwórką dorastających chłopców czasem popłakiwała w kącie, gdy bieda zaglądała do chaty, a nierzadko głód...
Ale jakoś dzieci udało jej się wychować i szkoły synowie pokończyli.
Jan został leśniczym i mieszkał razem z nią i swoją rodziną. Mateusz pracował na kolei w miasteczku oddalonym od wioski wiele kilometrów. Widywała go rzadko. Też miał już swoją rodzinę, dwoje dzieci, swoje obowiązki...Marek był strażakiem. Jednak również nie miał zbyt wiele czasu dla matki, ożenił się, miał jednego syna...Łukasz był natomiast nauczycielem w sąsiedniej wiosce, miał żonę i córeczkę. Widywała go cztery razy do roku, w Święta i w Imieniny i w Dzień Matki. Dobrzy byli synowie dla matki, ale nigdy nie mieli dla niej czasu, a ona tak tęskniła...Wiedziała, że każdy ma swoje sprawy, ale tęsknota nie dawała jej spać. Często myślała o nich z czułością, wspominając czas, gdy byli maleńkimi dziećmi, kiedy jeszcze żył jej mąż. Rozpamiętywała każdą chwilę spędzaną z chłopcami, pamiętała swoje szczęście gdy przychodzili na świat, pamiętała każdego pierwszy płacz. Potem nieprzespane noce i pierwsze buziaki, gdy każdy po kolei mówił: kocham cię, mamusiu...Pierwsze piątki w szkole, pierwsze miłości, rozterki...Zawsze była przy nich, w ich radościach i troskach...Służyła dobrą radą, pomocą...
Wiedziała, że to już nie wróci, a te maleńkie dzieci to wielkie jak dęby chłopy z własnymi żonami i dziećmi, ale tęskniła. Za swoimi "chłopcami", za wnukami, których tak dawno nie widziała..A było ich ośmioro: cztery dziewczynki i czterech chłopców. Nawet już powoli zapominała jak wyglądały..Troje było już prawie dorosłych...Ano, tak to bywa - wzdychała kobieta..Ale tęsknota nie dawała jej spokoju...
Pewnego dnia babcia zaniemogła. Nie chciała jeść, źle spała i tak jak zając pod miedzą. Zmizerniała i wychudła. Widać było, że jakaś choroba ją trawi..
Jan bardzo martwił się zdrowiem matki.
- Oj, chyba będzie trzeba lekarza...- powiedział z troską.
- Nie trzeba, syneczku, nie trzeba, nie róbcie sobie turbunku - słabiutko odpowiadała babcia Lusia
- Nie ma o czym mówić, mamo - synowa Małgorzata była zdecydowana - trzeba zawołać lekarza i koniec!
Ano pojechali do sąsiedniej wioski, sprowadzili medyka. Był to starszy człowiek, bardzo mądry i doświadczony. Zbadał babcię, popatrzył na nią badawczo przez wielkie szkła okularów...Opukał , ostukał, zajrzał w gardło...Nic tam nie wypatrzył. Co to może być?
- Dobrze macie tu, kobieto, niczego wam nie brakuje. Widzę, że dbają tu o was, pościele czyste, porządek w chacie...
- Ano dobrze, dobrze, panie doktorze, ale tęskno mi za moimi pozostałymi synami i ich rodzinami, tak rzadko ich widzę - tu łzy zalśniły w zmęczonych oczach kobiety.
- A ile macie dzieci?
- A jeszcze trzech synów, i wnucząt pięcioro jeszcze oprócz tych co tu...
Lekarz przyglądał jej się badawczo, po czym poszedł porozmawiać z rodziną...
- Co jej jest? Co jest mojej mamie? - spytał z niepokojem Jan.
- Ano, jedno jej tylko może pomóc...Zbliża się noc świętojańska. W tę noc dzieją się cuda i dziwy. Musicie zebrać się tutaj wszyscy i czekać. Całą rodziną. Żadne z was nie może zasnąć. Nad ranem przyjdzie tu Wielka Wróżka Leśna. Przyniesie lekarstwo i uzdrowi waszą babcię Lusię. Ja dla niej nijakiego lekarstwa nie mam, bo żadne inne jej nie pomoże! Tylko pamiętajcie, cała rodzina: wszystkie dzieci, synowe i wnuki!
Inaczej wróżka nie przyjdzie.
- Dziękujemy, panie doktorze! Bardzo dziękujemy! Musimy ratować moją mamę! Zrobimy wszystko co potrzeba! - zapewniał Jan.



I nastała noc świętojańska..Ale nikt nie szukał kwiatu paproci.... Przy łóżku chorej zebrała się cała rodzina: czterech synów, ich żony i ośmioro wnucząt. Wszyscy odświętnie przyodziani.
I było jak dawniej...Małgorzata upiekła dla gości dwa wielkie placki z jagodami. Ugotowała też duży garnek kompotu z jabłek, żeby im było milej czekać na wróżkę. Były też czekoladowe cukierki i małe pierniczki. Babcia leżała w bieluchnej, nakrochmalonej pościeli i blady uśmiech błądził jej po twarzy. Była szczęśliwa. Cała rodzina była przy niej.  Spełniło się jej największe pragnienie.





Patrzyła na swoje wnusie i myślała, że prawie wcale ich nie zna...Takie są już duże! Dorosłe prawie...A synowie! Chyba są szczęśliwi, żony mają ładne, gospodarne, kochające...
Wnuki...Co myślą, czym się interesują? Te śliczne dziewczynki to naprawde jej krew? A ci chłopcy dorodni? I wszyscy przy niej. Małgorzata z troską poprawiała jej poduszkę pod głową. Jan był wzruszony, dawno nie widział braci i ich rodzin.
- Mamusiu, może ci czegoś potrzeba? - zwrócił się do niej Mateusz.
- Nie kochanie, usiądź tu bliżej mnie. Opowiedz, jak w pracy.
- Och mamo, wszystko dobrze! Nowy budynek stacyjny budujemy! Będzie wygodnie czekać na pociąg podróżnym. Dzieciaki dobrze się uczą, Leszek kończy już szkołę podstawową, Lenka chce zostać w przyszłości nauczycielką jak wujek Łukasz!
- Mamo, napijesz się jeszcze kompotu? - spytała nieśmiało synowa Karolina, żona Łukasza.
- A co u ciebie, kochana?
Karolina wymownie pogłaskała się po brzuchu.
- Będziecie mieli dziecko! - ucieszyła się babcia Lusia.
Śmiechom i radości nie było końca, choć okazja tego spotkania nie była wesoła. Choroba przecież...
Starsza kobieta nabrała rumieńców. Już dawno nie była taka szczęśliwa! Czuła się...wspaniale, silna i zdrowa!
I tak minęła cała noc... A Wielka Wróżka Leśna nie przyszła, choć słońce już zajrzało w okna...
Ale tak było im dobrze wszystkim razem, tak mieli o czym rozmawiać! Żarty, przekomarzanki, opowiadania...Wnuki miały okazję w końcu bardziej się poznać. Bracia w mogli ze sobą się nagadać...
A babcia...Babcia ozdrowiała...W sposób niespodziewany wrócił jej i apetyt, humor i siły!
I wtedy wszyscy zrozumieli, że starszej kobiecie są potrzebni oni, jako rodzina! Że to tęsknota za nimi doprowadziła do tej choroby! Zrozumieli, jak bardzo babcia Lusia ich kocha, wszystkich razem i każdego z osobna! Że chce ich częściej widywać, bo inaczej usycha jak niepodlewany kwiat!
Tak więc decyzja rodziny zapadła. Raz na miesiąc będą się spotykać wszyscy, jak dziś! Jakoś wygospodarują czas dla mamy, teściowej i babci! Tak trzeba!
Jak postanowili, tak też zrobili. I babcia żyła w szczęściu i zdrowiu jeszcze wiele, wiele lat, otoczona miłością rodziny.

Bo najlepszym lekarstwem na każdą chorobę jest miłość i bliskość ukochanych osób!
Pamiętajcie o tym!








poniedziałek, 9 września 2013

Historia mojego talentu wokalnego.

Zawsze kochałam śpiewać!

Talent mój jednak był głęboko ukryty...
Ciężko mi było, rzucano mi kłody pod nogi i szło mi jak po grudzie!
Ale, jak to mówią "per aspera ad astra" czy jakoś.

W szkole podstawowej wybrano mnie na akademię do wykonania piosenki pt. "O mój rozmarynie". Miałam śpiewać jeszcze z dwiema koleżankami jako trio. Zostałam zauważona, a jakże! Trzeba było nawet zmienić repertuar! Na jakąś taką piosenkę INNĄ, o żołnierzyku co stał na warcie i miał ołowiane serduszko, psia krew! Tylko ja już miałam NIE ŚPIEWAĆ!
Potem to bardzo chciałam do chóru szkolnego, żeby zaśpiewać ASTURIO, ZIEEEEMIOOOO JEDYNAAA!

(...)Wrócę i wejdę na drzewo
I zerwę kwiat pełen rosy
I dam go mojej czarnulce
 Aby go wpięła we włosy!(...)

Tu macie całość tekstu, zobaczcie jaki cudny!  http://pl.wikipedia.org/wiki/Hymn_Asturii






Za Olerę nie wiem, dlaczego hymn Austrii śpiewać chciałam i dlaczego w ogóle chór szkolny miał go w swoim repertuarze...No mniejsza...
NIE WZIĘLI.
Jeszcze wcześniej, w młodszych klasach, pan Gulczyński, nauczyciel muzyki , zachwycił się głosem moim. Wziął mnie do stolika i mówi: śpiewaj!
RUCH W WARSZAWIE TAK JAK ZWYKLE
PĘDZĄ AUTA MOTOCYKLE! - ryknęłam
Jedzie tramwaj za tramwajem
na przystanku każdy staje...- dokończyłam mniej pewnie.
Głos mi drżał i nóżki grubiutkie też. Pan Gulczyński patrzył nieco...zdziwiony...W końcu sam chciał!

Potem długo nic...
Mój TALENT przysychał!
We wczesnym panistwie wyjechałam z koleżanką na Mazury. Ruciane Nida, te sprawy...Ogniska, gitara...Blues. Słychać mnie było w promieniu kilku kilometrów.
Prywatki. - hmmmmmmmm...Zawsze punktem programu był mój słowiczy trel!
Wszelkie póżniejsze wyjazdy...Ludzie byli zachwyceni! Po trzech godzinach zostawałam przy ognisku ja, koleżanka Tereska i osoba z gitarą..A w okół pustka...Tylko echo grało :)

W latach 90-tych zapisałam się do chóru kościelnego.
U Św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Na Tamce.

UBI CARITAS ET AAAAAMOR
ubi caritas Deus ibi est! - wydzierałam się.
By być zauważoną. I docenioną. Każdy tego chce, prawda?
Śpiewałam , co prawda, drugim głosem, ale byłam UNIWERSALNA!
Głos unikalny, wielooktanowy...znaczy oktawowy!



Alt. Tak orzekł mój narzeczony (nr 37) w roku 86. Był muzykiem. Dokładnie...a nie, nie powiem, bo zaraz będą idiotyczne skojarzenia!
Albo powiem, co mi tam, flecistą był, no i co z tego?
Chór rozwiązali....Podobno coś nie wychodziło, organista się buntował czy cóś...
Ale wcześniej...pielgrzymka. To było coś!
"Do Częstochowy wiedzie nasz szlak
by Ci Maryjo powiedzieć TAK!"
Zgłosiłam się na ochotnika do śpiewu. W końcu!
I wyobraźcie sobie, to było to! To, na co czekałam...I nad tym się zatrzymam...
Szliśmy przez pola i lasy, przez deszcz, wichury i skwar...
Ja byłam wytrzymała baba.
Szliśmy przez piachy..Zasypani, ukurzeni, piasek gryzł w oczy, wdzierał się do nosa, do uszu i do ust. Piasek był wszędzie..Przymykałam oczy i z jeszcze  większą siłą uderzałam swoim donośnym głosem w mikrofon:

Nigdy z królami nie będziem w aliansach,
Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi,
Bo u Chrystusa my na ordynansach,
Słudzy Maryi.

Więc choć się spęka świat i zadrży słońce,
Chociaż się chmury i morza nasrożą,
Choćby na smokach wojska latające,
 Nas nie zatrwożą.(...)

http://www.tekstowo.pl/piosenka,irydion,pies__konfederatow_barskich.html

Aż wszystkie babcie podskakiwały! Wzmacniacze i tuby mieliśmy porządne!

Rano, jeszcze wszyscy rozespani, godzina szósta, a ja już pod parą!

Zacznijcie wargi nasze, chwalić Pannę świętą,
Zacznijcie opowiadać cześć jej niepojętą.
Przybądź nam miłościwa pani, ku pomocy,
A wyrwij nas z potężnych nieprzyjaciół mocy.
Chwała Ojcu, Synowi Jego Przedwiecznemu,
I równemu Im w Bóstwie Duchowi Świętemu.
Jak była na początku i zawsze i ninie,
Niech Bóg w Trójcy Jedyny na wiek wieków słynie.

http://msza.net/i/go_02.html

A z wieczora? Ludzie ledwo się wlekli, a ja wtedy:

Zapada zmrok, już świat ukołysany.
Znów jeden dzień odfrunął nam jak ptak.
Panience swej piosenką na dobranoc
zaśpiewać chcę w ostatnią chwilę dnia) 2 razy

I chociaz wnet ostatnie światła zgasną
Opieka Twa rozproszy nocy mrok
Uśpionym wsiom, ukołysanym miastom
 Maryjo daj szczęśliwą, dobrą noc.(...)

http://forum.gazeta.pl/forum/w,170,7994646,22557785,Re_Zapada_zmrok_juz_swiat_ukolysany_.html

Tak było. Mój głos nie był "stacjonarny", mogłam śpiewać w każdych warunkach. Był mocny, donośny, z głębi trzewi, przedzierał się przez szum deszczu, łopot peleryn na wietrze, gwar tłumu. Był czymś co pomagało przetrwać. Podobno mniej bolały nogi, łatwiej było iść, nie czuło się tak upału...
Dlatego traktowano mnie jak świętą. Starsze kobiety, które z podziwem na mnie patrzyły, błogosławiły mi i życzyły dobrego męża...
Bo im było po prostu lżej :) Czuły się pewnie, jakby ktoś otaczał je swoimi silnymi ramionami, tak myślę...
Fakt, faktem, po roku na pielgrzymce byłam w towarzystwie mojego przyszłego męża, ale to już całkiem inna historia...

Cóż, dziś jest bardzo wielu wielbicieli mojego talentu wokalnego. Pierwszy wierny słuchacz to mój mąż, czasem nawet wtóruje! Ale największą moją fanką jest koleżanka Barabasz! Wyobraźcie sobie, specjalnie dzwoni do mnie z drugiego końca naszego Kraju Ojczystego, błagając bym jej coś zaśpiewała! Oczywiście, nigdy nie przyzna się do tego, ale....ja to wiem! Uwierzcie mi, że tak jest! Chodzą słuchy, że jest w trakcie rozmów wstępnych ze ZNANĄ amerykańską wytwórnią, która jest MOCNO zainteresowana wydaniem longplaya z moimi pieśniami! To dopiero będą hiciory! Ale na razie sza!

A to dla Was:

https://vimeo.com/69308220

https://vimeo.com/69308814


niedziela, 8 września 2013

Obrazki z życia na Grochowie...

W Marc Polu

Stoję sobie "na samie" w pobliskim Marc Polu, przy gablotach z mięsem, wędlinami, rybami i serami.
Przy stoisku nikogo nie uświadczysz, jak zwykle. Często tak bywa. Cięcia ekonomioczne tak zwane. Panie ekspedientki i kasjerki pracują jak mróweczki za całe 1300 zł na rękę..
Muszą wykonywać kilka rzeczy na raz: pracowć na zapleczu, wykładać towar, obsługiwać kljentów, sprzątać, siedzieć na kasach...
Stąd czasem trzeba poczekać aż tak pani przyjdzie.
Stanęłam ja sobie grzecznie przy gablocie z drobiem i czekam śledząc czujnym wzrokiem kłębiące się uda, piersi, bioderka, korpusy, polędwiczki i inne części ciała drobiu. Już sobie wybieram towar zawczasu! A jest w czym wybierać!
Podchodzi do gabloty mężczyzna. Na oko z 10 lat młodszy, dość przystojny. Nie żebym się tam zaraz gapiła, co mnie to...Bardziej mnie tuszki interesowały w tym momencie!
- ŁADNE TE PIERSI? - spytał znienacka facio.
KURZA TWARZ! - pomyślałam w popłochu ale z jednoczesnym oburzeniem - to chyba widać!
Omiotłam go nicniewidzącym wzrokiem nie szukając oczu..
- W każdym razie ŚWIEŻE!
Wlepiłam wzrok w gablotę dając do zrozumienia, że nie zawieram przygodnych znajomości z nieznajomymi!
- A TEN SCHAB?- nie dawał za wygraną, nie zniechęcony moją SKROMNĄ postawą, mężczyzna.
Tego było już za wiele! Co za ZBOCZENIEC!
Nie czekałam już na zapytania o GOLONKI, BIODERKA i SZYNKĘ!
TFUUUUU!!!!!
Odeszłam zdegustowana od gabloty!




Na Grochowskiej

Idę sobie Grochowską. Tam w jednym miejscu, nad sklepem z materiałami mieszkają Cyganie. Bieluteńkie, koronkowe  firanki powiewają na wietrze, bo często mają otwarte okna. Cyganie - wiadomo - nacja nieco...ruchliwa, otwarta, ludzie prości, wolni, wiadomo, cygańskie życie wiodą. Choć podobno "dziś prawdziwych Cyganów już nie ma" i "tylko koni żal"! Ale ja powiem, że są. Na Grochowskiej.



Baby w długich do kostek spódnicach, na to fartuch, w uszach kolczyki...Chłopy czarniawe, krępe. Młodzi mocno nażelowani strzelają oczami za kobietami. Inna kultura...Ano ROMOWIE teraz się mówi bo Cygan kojarzy się z tym co to go powiesili jak kowal zawinił! Bo słowo "Cygan" kojarzy się ze złodziejstwem..A dyskryminować nie wolno! Fakt, że pełno tych Cyganich co to chcą niby powróżyć, wszędzie, a potem w tajemniczy sposób ginie nie tylko wyłożona na rękę moneta czy banknot ale i zawartość torebki czy kieszeni. Jedna taka zaczepia mnie non stop, zna mnie już z widzenia, zawsze jej odmawiam, ale ona z uporem maniaka: pani, pani, poczekaj, ja tylko chcę cię o coś zapytać!
Uparta bestia!
Ale co to ja....Aha.




Owoż idę ja sobie tą Grochowską, ubrana elegancko, długa spódniczka, a jakże, z falbankami, włos zmierzwiony...Na schodkach przed punktem dorabiania kluczy siedzi sobie mężczyzna. Żebrak? - myślę sobie - eeee, chyba nie...Nawet przystojny, z siwiejącą brodą, starszy człowiek..Wolę jednak go ominąć, a bo to wiadomo, co takiemu dziwakowi do głowy strzeli...Mijam więc go, nie patrząc rączym kłusem...
- O jaka ładna CYGANECZKA! - słyszę za sobą - JAK ZDRÓWECZKO?
- Dobrze, dziękuję...- uciekałam jakbym dostała skrzydeł...Będzie mi tu taki....NO!

sobota, 7 września 2013

Piosenka dla Lorraine

Dziś usłyszałam po raz pierwszy tę piosenkę...

To zadziwiająca historia, można by powiedzieć że z zaskakującym zakończeniem...
Rzecz dzieje się w USA. Staruszek, 96-letni Fred Stobaugh chce wziąć udział w konkursie dla twórców lokalnych. Pisze więc list do organizatorów konkursu. List ten zawiera piękne słowa opisujące jego ukochaną żonę Lorraine, która zmarła w kwietniu, a z którą przeżył 75 lat. Załączony jest też tekst wzruszającej piosenki pt. "Oh, sweet   Lorraine".
Pomimo, że piosenka nie spełniała wymogów konkursu (nie było nagrania wraz z linkiem - jak ze śmiechem stwierdził sam autor, gdyby chciał zaśpiewać, to wszyscy by pouciekali), organizatorów wzruszyła miłość starszego człowieka i jego szczere jej wyrazy zawarte w napisanych, troszkę nieporadnie, słowach.
Za zgodą pana  Stobaugh, do tekstu została dodana melodia, profesjonaliści zajęli się nagraniem i wydana  ona została w formie singla.




I tak piosenka, ku wielkiemu zaskoczeniu starszego pana, w niedługim czasie stała się hitem.
Posłuchajcie tej historii miłości:

http://www.youtube.com/watch?v=6XWwnvDmmPM

Prawda, że piękne?

Pan stał się, poprzez swoją piosenkę ,najstarszym autorem przeboju, a jednocześnie najstarszym w historii żyjącym artystą notowanym na liście "Billboardu".
Za zarobione pieniądze w końcu będzie mógł, jak stwierdził, zakupić nowy aparat słuchowy.




Z dnia na dzień w internecie ukazuje się coraz więcej wiadomości na temat tej pary, która jeszcze niedawno nieznana nikomu, obecnie jest sławna. 
Fred Stobaugh poznał swoją przyszłą żonę w roku 1938 w restauracji samochodowej, gdzie pracowała jako kelnerka. Oczarowała go od razu i zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia mając niewiele ponad lat 20...Jak później mówił, nigdy w życiu nie widział piękniejszej dziewczyny niż ona... 




Po dwóch latach wzięli ślub i spędzili razem 75 lat życia w miłości i zgodzie. Na każdym z prezentowanych w clipie zdjęć para wydaje się być szczęśliwą. Jedno ciało, jeden duch...




To wzór dla wielu ludzi, którzy często tak kochać nie potrafią i nie chcą.
W czasach gdy dewaluuje się wartość cnoty zachowanej do ślubu, gdy słowa przysięgi małżeńskiej: miłość, wierność i uczciwość małżeńska i że cię nie opuszczę aż do śmierci" stają się tylko bezmyślnie wypowiadają formułką, ba, gdy często ludzie żyją ze sobą całkiem bez ślubu i bez zobowiązań, bo nie chcą ponosić żadnej odpowiedzialności i "być spętanymi kajdanami", gdy żonę czy męża trakuję się jak przysłowiową "kulę u nogi" , a dzieci zaczynają być zbędnym balastem,  W TYCH czasach taka miłość jest unikalna...
I naprawdę nie jest tu aż tak ważne, że słowa napisane przez starszego człowieka są nieco nieporadne, naiwne, ale ważny jest ten wielki ładunek uczuciowy, które zawierają: wielkiej miłości, tęsknoty, żalu za tym co odeszło bezpowrotnie...
Bardzo wzruszyła mnie ta piosenka pokazująca historię prawdziwej miłości, aż do śmierci, a nawet i dalej...
Wrzuciłam link do informacji, gdyż ta historia mnie mocno zafascynowała, chciałam się dowiedzieć więcej..
I cóż widzę? Przeplatające się linki, a między tymi, których szukałam taka sobie informacja o tym, jak to nastolatka wystawiła na aukcję swoją cnotę i jaką kwotę miała zaproponowaną...
I o czym tu mówić? Co komentować?
Ta wielka, czysta, prawdziwa i wieczna miłość przeciwstawiona z plugastwem, gdzie wystwia się na sprzedaż godność ludzką..Gdzie, jak się okazuje, wszystko jest na sprzedaż...
I tak sobie myślę, że w tym świecie, gdzie zaczynają się najbardziej liczyć wartości materialne, wielu ludzi tęskni za taką właśnie miłością, ale jednocześnie boją się jej dać, boją się zaufać, boją się rozczarowań...I ten ich lęk powoduje, że przestają wierzyć w jej istnienie...
Ale ona jest, jest na pewno...

poniedziałek, 2 września 2013

Pierwszy dzień nowego roku szkolnego 2013/14

Kochani! Dziś pierwszy dzień nowego roku szkolnego 2013/2014.
Wszystkim uczniom życzę wiele sukcesów w nauce. Niech ta nauka przyniesie im pożytek, da zadowolenie, niech nie ustają w pędzie do niej, niech ten "oświaty kaganek" rozświetli im mroki niewiedzy oraz aby im starczyło ochoty i zdolności w tej trudnej do sprostania cząstce ich życia jaką jest obowiązek uczenia się.
Bo tak naprawdę to nauka jest ciężką harówką!

Z mojego okna widać szkołę. Boisko też. Od rana uroczystość rozpoczęcia roku szkolnego.
Szacowna dyrekcja, grono pedagogiczne, zaproszeni goście i..tabuny rozbrykanej młodzieży w strojach galowych. Poczet sztandarowy, a jakże..Hymn polski - trochę kulawo im idzie...Ale cóż, ratuje sytuację głos prowadzącego - chyba dyrektora szkoły. Niski, dobitny, ze swadą! Jeszcze Polska nie zginęła!

Tak, tak...pamiętam...
Liceum, pierwszy dzień na sali gimnastycznej, poczet sztandarowy - dwie dzieweczki , jeden chłopak - wszyscy odświętnie, na galowo, w białych rękawiczkach. I hymn...
Jakoś tak to szło?

Tara bam tara bam tara bam

Czy słyszycie, werbel wzywa nas,
nowych czynów nastał dzisiaj czas!
Czy słyszycie, Polska wzywa nas....

A jednak nie...To nie był hymn. Hymn to było to:

Prowadzi nas słoneczny blask
za krokiem krok, za rokiem krok
w miłości czas ,w radości czas (?????)
więc równaj krok, wyrównaj krok!

Matura to jest skoczni próg...
itd, itd...więcej grzechów nie pamiętam:)))) Wiek ten, należy mi się!

A dalej nie pamiętam...Był chór, dyrektorka p. Maria Kalicińska, już świętej pamięci, nota bene matka współczesnej pisarki, autorki serii o rozlewiskach, Małgorzaty Kalicińskiej.

Ano, wspomnienia...

Moja babcia bardzo kochała szkołę. Bardzo pragnęła się uczyć. Kochała nauczycieli, miała do nich szacunek. Zawsze opowiadała, jak całowała swoją panią w rękę...Taka była wtedy etykieta...Nie musiała, robiła to z szacunku...Dzieci kochały nauczycieli, a nauczyciele dzieci i byli dla nich autorytetami...Moralnymi także.
A dziś.....A nasadza się nauczycielowi wiadro na głowę i filmuje sytuację z komórki...
Mało takich przypadków? Kiedyś tego nie było...

Jaka będzie ta szkoła, tak sobie myślę...Jaka JUŻ jest, a jaka będzie w przyszłości?
Chcą wyrzucić z listy szkolnych lektur Pana Tadeusza  Mickiewicza i Trylogię!
Archaiczne, niepotrzebne...

(...)Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie!(...)

Może TO ICH boli?

Bóg, honor, Ojczyzna....U Sienkiewicza.
Może to komuś przeszkadza?...

Może te opisy i trochę naciągane (teraz się to zarzuca Sienkiewiczowi), może, może za dużo patosu, może i..okrucieństwa, ale...to nasza spuścizna polskiej literatury, kultury, nasza duma narodowa...Ku pokrzepieniu serc! Tego nie trzeba ściśle śledzić z  historycznymi dokumentami i porównywać! To jest przesłanie: mamy kochać swój Kraj, bronić Go w potrzebie przed wrogiem, mamy znać historię, pamiętać o bohaterach, którzy ją tworzyli! Taki nasz obowiązek jako obywateli Polski, nie świata!

A teraz CO zamiast? Kryminały jak w Krynicy - (...) Piękne polskie lektury zastąpione przez kryminały! - nie kryje zdenerwowania polonistka z Krynicy. - Mam do wyboru: albo przerobić z dziećmi Agatę Christie, albo Arthura Conan Doyle'a. Postawiłam na "Psa Baskerville'ów" - rozkłada ręce. ..(...) http://www.gazetakrakowska.pl/artykul/981293,z-kanonu-lektur-usunieto-min-pana-tadeusza-polonisci-bija-na-alarm,id,t.html?cookie=1.
Może Harry Potter albo Wiedźmin?

Ja jeszcze uczona po staremu....Znam na pamięć do dziś fragmenty Pana Tadeusza, całe Stepy Akermańskie wydeklamuje bez zająknięcia...Kochanowskiego (treny, fraszki), Norwida, Wyspiańskiego, Słowackiego, najpiękniejsze "kawałki" z Leśmiana ("W malinowym chruśniaku"). To są prawdziwe perły polskiej poezji! Ileż tam budujących uczuć - tęsknoty za krajem ojczystym, miłości, nostalgii, podziwu...
Ileż wysławiania piękna ziemi ojczystej, ileż wyrazów dumy narodowej!
Skąd mamy uczyć tego nasze dzieci? Z "Wiedźmina"??????? Ileż malowniczości, romantyzmu, czułości...

A poezja miłosna? Np. Mickiewicza "Do M..."..
Kto pokaże młodzieży piękniejsze słowa miłości?

Precz z moich oczu!... posłucham od razu,
Precz z mego serca!... i serce posłucha,
Precz z mej pamięci!... nie tego rozkazu
Moja i twoja pamięć nie posłucha.

Jak cień tym dłuższy, gdy padnie z daleka,
Tym szerzej koło żałobne roztoczy, -
Tak moja postać, im dalej ucieka,
Tym grubszym kirem twą pamięć pomroczy.

Na każdym miejscu i o każdej dobie,
Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,
Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,
Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.(...)

Co dadzą zamiast? Instuktaż nakładania prezerwatywy?
Jakie nasze dzieci, taki nasz Naród...Bo to jest przyszłość!
Wielu psychologów i nie tylko, głosi teorie, że to, jak dziecko jest kształtowane od małego, wpływa na to, jakim będzie człowiekiem w przyszłości. To żadne odkrycie, co do tego chyba nikt nie ma najmniejszych wątpliwości. Jeśli dzieci będziemy faszerować już w przedszkolu, potem w szkole, PEWNYMI przekazami np.: masz żyć tak, by tobie było wygodnie i dobrze przede wszystkim, nie ma Boga, tylko ty jesteś bogiem dla siebie, korzystaj z wszystkich uciech życiowych bez ograniczeń, trzeba wszystkiego w życiu spróbować, porzuć schematy myślenia, wszystkie wybory należą do ciebie i tak samo jest dobrze jeśli jest matka i ojciec jak dwóch "ojców" lub dwie "matki", nie musisz się wiązać z nikim na stałe i odpowiedzialnie, jesteś wolny, możesz robić co chcesz nie licząc się z nikim, to na efekty nie będziemy długo czekać...



Dlatego tęsknię przy tej okazji rozpoczynającego się nowego roku szkolnego, za elementarzem Falskiego, Pierwszą Czytanką, Porazińską, Konopnicką, Szelburg-Zarembiną, ilustracjami Szancera...




Może być i "Mikołajek" Gościnnego, czemu by nie? Ale niech też będzie nieco tej starej, dobrej klasyki...
Niech sobie będzie i coś, co młodzieży pasuje ale niech to będzie miało jakąś wartość...
Może Musierowicz, może Łysiak... Nie wiem, co tam teraz czytają...
Ale może jednak nie "Nana" czy tam jakie inne dyrdymały - "Dom nad rozlewiskiem" czy tam co.
Może nie Harris (Czerwony Smok) czy Masterton hehe.
Już prędzej King, tam przynajmniej studium psychologiczne, ale to moja opinia, mówię o starszej młodzieży...
Ale niech będzie ten "wytarty" i archaiczny Mickiewicz, Słowacki, Krasiński. I...Norwid! Norwid nade wszystko!