czwartek, 20 lutego 2014

Opowiadana Grusi - Przyjaciółka

Poznały się w liceum. Przyjaciółki.
Aneta, znakomita humanistka, postawna, wysoka, okularnica...Na świat patrzyła jakoś tak...przenikliwie zza grubych szkieł...Często rozmarzona, nieobecna.
Druga ta chuda Gośka. Krótka ruda grzywka, zawsze mocno umalowane rzęsy.
- Muszę malować bo mam rude! - twierdziła kategorycznie.
Ubierała się skromnie, ale ze smakiem. Rzadko nosiła spódniczki, najczęściej "latała" w dźinsach. Jedne nawet miała podobno z Pewexu. 
- Ze zrzutów UNRY - mruczała Anetka z humorem.
No i Marzenka...
Nie pasowała do nich. Do chudej Gośki i do postawnej, niezbyt urodziwej Anety obdarzonej mocno wydłużonym nosem z niewielkim garbkiem.
Marzenka to była piękność. Prawdziwa piękność.
Burza włosów blond jak u aniołka na szkolnej choince. Wielkie, trochę zdziwione oczy koloru chabru. Spory biust na który zerkali wszyscy chłopcy, nie tylko z klasy II B. 
- Ta to ma czym oddychać - usłyszała kiedyś za swoimi plecami zachwycony głos jakiegoś maturzysty. Nie obejrzała się. Przyzwyczajona była do zachwytów.
No i ubierała się ładnie ta Marzenka. Na domiar złego! 
- To wkurzające, że ty Marzka tak wszystko dla siebie! - mawiała Aneta troszkę pół żartem, ale ze skrywaną irytacją.
- O co ci chodzi? - otwierała te swoje szafirowe reflektory Marzenka, niby ze zdziwienia...Dobrze wiedziała.
Była najpiękniejsza. Jak w tej piosence Kasy.
Czasem czesała włosy w dwa grube warkocze. Tak grube jak w opisie Heleny Kuncewiczówny u Sienkiewicza. W "Ogniem i mieczem"...
Kiedyś warkocze ścięła. Przyszła do szkoły jakby nic na poniedziałkowy apel. To dopiero była sensacja!
- Dlaczego to zrobiłaś? - pytały przyjaciółki, chłopaki patrzyli prawie ze...współczuciem...A już na pewni z żalem.
Ale i tak wyglądała zniewalająco, włosy sięgały jej do ramion...
Kochali się w niej wszyscy, ale najbardziej Andrzejek. Czasem nawet spoglądała na niego okiem łaskawszym, też blondyn jak ona.
Pasują do siebie - myślała Aneta bez emocji. 
Mijały dni, tygodnie.
Dziewczyny robiły wypady do kina, do muzeum, na dyskoteki.
Andrzej czasem gdzieś mignął obok...Jakoś nieśmiało...
Zawsze trzy. Dwie były tłem tej jednej, jedynej "królewny". 
Na dyskotekach - sprawa przegrana. Nie pogadasz! Do Marzenki kolejki. Do Anetki i Małgosi - różnie.
W zasadzie już się przyzwyczaiły. Zazdrościły, nie żeby nie, ale...Tak raczej sympatycznie, bardziej podziwiały. Marzenka była koleżeńska, miła, a przy niej i im czasem coś "skapło".
W sumie fajnie było. Szkolne czasy..
Marzence nauka nie szła, oj nie...Cóż, wszystkiego nie można było mieć. Jakaś sprawiedliwoć być musi. 
Nie zdała. Przeniosła się do technikum jakiegoś...
W maturalnej przyszła odwiedzić. Modne obcisłe spodnie khaki. Intensywnie zielona bluza w kolorze świeżej trawy wiosennej. W tych kolorach jej habrowe tęczówki wydawały się szmaragdowe.
Chłopaki obstąpili ją, Andrzej trzymał się z boku. Ale zerkał.
Poszła. I w zasadzie ślad o niej zaginął. Nie miała czasu, daleko mieszkała.
Przyjaźń się rozpadła. Została tylko Gosia i Anetka.
Trzymały się razem, razem przebrnęły przez maturę.
Potem poszły na studia. Jedna na dziennikarstwo, druga na pedagogikę.
Spotykały się jak dawniej. Studenckie czasy...
Kluby, dyskoteki, sesja, nieprzespane noce. Bibki. Prywatki. Wypady na zakupy do centrum...
Gośka poznała Staszka na trzecim roku. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Potem już byli razem.
Anetka też zapoznała chłopaka, potem z nim zerwała, za jakiś czas była już z innym...Jakoś nie miała szczęścia. 
Gośka wyszła za mąż zaraz po studiach. Pracowała w telewizji. Ale niedługo, zaraz na świat przyszły biźniaki. Gosia nareszcie była szczęśliwa. Ze Stasiem i ze swoimi dziećmi. Sprawdziła się w roli matki.
I Anetce w końcu się poszczęściło. Założyła rodzinę z Darkiem, lekarzem internistą...
Niestety, małżeństwo przetrwało tylko cztery lata...
Wyszło jak wyszło. jednemu się udaje, innemu nie.
Gosia była bardzo szczęśliwa ze swoim Stasiem...
Po dwudziestu latach spotkały się znów trzy, jak to się mówi "ryczące czterdziestki". Miały wtedy wszystkie po 44 lata. Tak plus minus. 
Marzenka niewiele się zmieniła. Była nadal piękną, choć już dojrzałą kobietą. Miała dwie córki. Była wiele lat po rozwodzie.
- Marzka, ale ty ładna baba jesteś!- Gosia zawsze była szczera i bezpośrednia. Anetka patrzyła na koleżankę zza grubych szkieł przymrużając oczy.
Marzenka była wypielęgnowaną kobietą, zadbaną, elegancką, pachniała dobrymi perfumami.
- Co ty robisz, że masz po dwójce dzieci taką wspaniałą figurę? - spytała Gośka z nutką zazdrości w głosie.
Marzenka uśmiechnęła się rozbrajająco w odpowiedzi...
- Jestem na diecie. Hollywoodzkiej. A co wy myślicie, nie ma nic za darmo!
Faktycznie, w kawiarence, gdzie się spotkały, one po ciachu, Marzenka tylko kawa. Niesłodka.
- Wiecie co dziewuchy, powiem wam szczerze, co mi z tej mojej urody?!
- Jak to? - wykrzyknęła Aneta ze zdziwieniem.
- Zawsze miss, miss kolonii, klasy, osiedla...I co? Żaden normalny chłopak do mnie nie miał śmiałości. Pamiętacie Andrzeja? On też...- zarumieniła się...Mąż mnie zostawił. Z dziewczynkami ma słaby kontakt. Ze mną - lepiej nie mówić. Pił - podsumowała gorzko. Potem Adam...Niby wielka miłość...Pił i zdradzał...
- No wiesz, chyba ci faceci są ślepi! - Gośka otworzyła szeroko swoje małe oczka.
- Ślepi, nie ślepi, nie wyszło...
- Wpadnijcie do nas kiedyś. Staś jest towarzyski...Poznacie moją rodzinkę - zachęcała Gosia.
Odnowiły kontakt. Raz się spotkały we trzy u Małgosi...Miała ładne , trzypokojowe mieszkanie na Żoliborzu..Wychuchany, ciepły dom, dwóch fajnych synów, już dorosłych.
Potem Marzenka już sam była dość częstym gościem u Małgorzaty...Chyba dobrze się tam czuła, może się grzała w tym cieple rodzinnym...Może przyjemność sprawiało jej patrzenie na normalność, której sama nie miała.
Minął rok...
Przez ten czas Aneta i Gośka czasem spotykały się przypadkowo...
Ale rozmowa się nie kleiła. Gosia była jakaś przygaszona. Uciekała wzrokiem gdzieś w bok...
Aneta żyła sobie spokojnie. Podobno kogoś poznała.
Aż pewnego dnia zadzwonił telefon...
Grażynka, jej koleżanka szkolna..Dawno nie dzwoniła. 
- Fajnie, że pamiętałaś! Co tam u ciebie - ucieszyła się Anetka.
- Wiesz, chciałam ci coś powiedzieć, ale usiądź...
- No dobra, dobra, siedzę..
- Marzena zabrała Staśka Gosi - spokojnie powiedziała Grażyna.
- Jak to? Wygłupiasz się, tak? Dziś nie Prima Aprilis! - Anetka myślała , że to żart...
- Nie wygłupiam się. Przyłaziła do nich, jakoś się zwąchali ze Staśkiem...Zostawił Gośkę, chłopaków...Niby już dorośli, ale...Wszyscy są w szoku...Wzięła go jak swojego! Przyjaciółka!
- Przyjaciółka - bezbarwnym głosem powtórzyła Aneta patrząc gdzieś w dal....







wtorek, 18 lutego 2014

Okiem Grusi - KLEOPATRA

Czasem coś czytam...Nie tylko piszę...
Bo czytanie to źródło wiedzy! czasem warto!
Właśnie wczoraj czytałam sobie o tej całej...jak jej tam? Kleopatrze...
No wiecie, ta co to była podobna do Elizabeth Taylor.




Babka z niej była niebrzydka podobno, miała czym oddychać i na czym usiąść, jak to powiadają.
Typ raczej egipski...Nie, nie, łysa to nie była! Chyba...
No i wszystkie chłopy się w niej kochali.
Ale ona miała taką słabość, że lubiła takich z kasą i władzą...Cóż...
Jak to mówią, nikt nie jest doskonały...
Miała ona konkretne plany co do władzy, dlatego zadawała się tylko z takimi kolo, co coś znaczyli w tym intratnym interesie tzn. z Cezarem i niejakim Markiem Antoniuszem.
Z jednym i drugim miała dzieci, bo kobita mocno romantyczna była. Z Cezarem - niejakiego Ptolemeusza XV  Cezariona, a z Markiem, bliźniaki - Aleksandra Heliosa i Kleopatrę Selenę oraz Ptolemeusza Filadelfiosa - co za imiona, język można połamać.



Babka była bardzo sprytna, za męża miała swoich dwóch braci, a jednego nawet - piętnastoletniego Ptolemeusza XIII - wykończyła bez mrugnięcia okiem..



Ale to było wtedy normalka, że jeden drugiego wykańczał...Tak było trzeba - wykańczać by nie zostać wykończonym, co nam pokazywał nawet znany i popularny kiedyś serial "Ja Klaudiusz". 
Owoż jak już Kleosia załatwiła braciszka, tak wsadziła niby to na tron swojego benjaminka - owoc związku z Cezarem, ale faktycznie to sama rządy sprawowała, że to synek małoletni niby, trzy latka miało pacholę...
Kleopatra była niezmiernie przebiegła, jak tylko jej się koło tyłka zaczynało palić, a w zasadzie bardziej to jej aktualnemu kochasiowi, zaraz miała LeweRacyjnego pomysła na życie, a mNiełość płomienna jakoś naturalnie...wygasała...Ano..
Gdy tylko wojska rzymskie niesympatycznego Oktawiana Augusta weszły do Aleksandrii, pięknotka myk do swojego mauzoleum, które sobie zawczasu na taką okoliczność przygotowała. A było tam wszystko, czego dusza zapragnie, żyć nie umierać, bo miała tam nie tylko szmatki drogie i świecidełka, ale nawet CYNAMON i kadzidła, ło!


Kiedy miasto się poddało, Kleopatra będąca wówczas zakochaną w Marku Antoniuszu, natychmiast się w nim odkochała. No cóż, kobieta zmienną jest.


Wysłała nawet do niego sługę z wieścią, że popełniła samobójstwo, taki żarcik to był rubaszny, mający na celu wpuszczenie lubego w maliny, by ten stracił sens życia i sam się pochlastał, a ona wtedy mogłaby spokojnie czarować zwycięskiego wodza Oktawiana.
Ale wyszła sytuacja nieprzyjemna, bo sługa co miał pomóc Markowi dokonać końca żywota swojego, sam się pchnął czym tam miał pod ręką i Marek zmuszony został pchnąć się sam, co nie było przyjemne, o nie!
Nie żeby przyjemniejszym było pchnięcie przez kogoś, ale przynajmniej może skuteczniejsze, czy ja wiem?
W każdym razie to przebicie samego siebie mieczem, Markowi Antoniuszowi nie bardzo wyszło, może krzywo "jechał"..W każdym razie, krwawił, ale żył. 
I wtedy stała się rzecz... nooo....bardzo niekomfortowa dla obu stron!
Ledwo zipiący Marek Antoniusz zażyczył sobie, by go słudzy ponieśli do mauzoleum, a na miejscu czekała go niemiła niespodzianka, jego ukochana żyła!
I po co mu było się śpieszyć tak z tym samobójstwem, jak to były tylko takie z jej strony przekomarzanki i kawały! Jak tylko biedny się o tym przekonał, zrobiło mu się głupio. Kleopatrze też było chyba trochę głupio, że ten jej kawał był trochę...hmmmm..nie zamądry, krótko mówiąc, że "zupa się wylała" i takie tam.
Co było robić, trzeba było pozory zachować i lubego przyjąc, skoro się już pofatygował. 
Rzuciła więc wspaniałomyślnie liny z okna (bo drzwi otworzyć nie chciała, co będzie ryzykować), by wciągnąć dla picu "ukochanego", choć już wtedy miała go gdzieś, bo co się będzie przegranym dziadygą przejmować! No ale, wciągnęła go przy pomocy dwóch wiernych służebnic na górę, choć krwawił mocno i dywany jej na pewno upaprał i takie inne narzuty i fidrygałki. No, ale...
Nawet przed śmiercią (bo skonał w końcu na szczęście, bo gdyby nie chciał, ani chybi by mu pomogła) rozdrapała sobie biust, niby z rozpaczy, ano moda taka była miejscowa...
No, potem jak już Oktawian na dobre się zagospodarował, to wychodziły jednak takie niezbyt praktyczne sytuacje, że ma żonę i rodzinę i w ogóle to raczej na Kleopatrę nie leci i pewnie zgnije ona gdzieś w kiciu...
W świetle takiej perspektywy, co pozostało nieszczęsnej Kleusi? Ano trzeba było uciekać do drugiego świata, tak też uczyniła , w zasadzie nie wiadomo do końca czy sama , czy z pomocą wiernych służebnic...
I tak to nieszczęśliwie zakończyła swój ziemski żywot piękna Kleo, a miało być tak pięknie!
Ślicznotka prócz intryg zajmowała się wymyślaniem trucizn i lekarstw wszelakich, do receptur używając samych świeżych i naturalnych prosduktów EKOLOGICZNYCH jak: spalonej myszy, spalonych końskich zębów, szpiku jelenia, nerki muła, moczu eunucha, ekstrementów krokodyla, mysich odchodów, jaj pająka i wiele innych...
I pomyśleć, że taka zdolna farmaceutka skończyła tak marnie!!!!!!!




poniedziałek, 10 lutego 2014

Co tu tak śmierdzi?

Żeby nie było...
TO NIE DOTYCZY MNIE, info dla licznych fanów z naszego bratniego kraju sąsiedniego pod nazwą Deutschland!
Helmuty kochają mnie strasznie, nie powiem :)
Owoż, rzecz się miała w mieszkaniu mojej sąsiadki, nazwijmy ją panią Zuzią.
Pewnego dnia wszedł do pokoju ukochany mąż pani Zuzi, Pankracy - pierwszy zresztą i jedyny - i marszcząc się niemiłosiernie na swym sympatycznym ryjku, spytał z niesmakiem:
- Co tu tak śmierdzi?
Sąsiadka, osoba dość już leciwa, acz tuszy pokaźnej, spojrzała na niego z zażenowaniem i oburzeniem.
- Nie patrz tak na mnie! Myłam się dopiero co, wczoraj!
Pankracy, człowiek ugodowy i do kłótni nieskory, mrucząc coś z cicha pod sumiastym wąsiskiem, dyskretnie zatykając nochal, by nie prowokować losu w osobie potężnej małżonki, zasiadł za stołem, przybierając dość dziwaczną, ale charakterystyczną dla niego pozę umierającego łabędzia. I wtakiejż to pozie zastygł na czas jakiś....
Sąsiadka nerwowo pociągnęła nosem. Śmierdziało. Faktycznie.
- Może coś się pali? - zagaiła w przestrzeń, ni to pytając, ni to przypuszczając.
- Może...- mąż pociągnął nerwowo nosem - zobacz, może zostawiony toster włączony...Chałupę spalą, psiach mać! - to było o dwóch dorodnych synach w wieku mocno już nastoletnim, którzy pasjami uwielbiali tosty i pozostawiali czasem włączoną wysłużoną maszynę na "pełnych obrotach". Przez zaabsorbowanie myśli, rzecz jasna, Sprawami Wielkiej Wagi zresztą :)
Pani Zuzia poszła do kuchni. Śmierdziało. Chyba gorzej jak w pokoju...
Toster stał grzecznie, wtyczka była wyjęta z kontaktu.
Może coś się...topi - pomyślała kobiecina w popłochu. Waniało jakimś jakby plastikiem, może klejem...
Zajrzała do lodówki. Nie wiadomo po co, ale to chyba włączył się jej tzw.szósty zmysł, który posiada każda kobieta, mówiąc nawiasem.
Smród był. Skąd, nie wiadomo...
Może jakaś część w środku się topi - dumała dalej Zuzia coraz bardziej zaniepokojona.
Tylko jak to sprawdzić? Patrzyła po półkach, zaczynając od góry i patrząc coraz niżej. Co najdziwniejsze, im niżej, tym bardziej capiło. 
Co to może być, u diaska? - pomyślała. 
Teraz już na całego zamieniła się w psa tropiciela, by nie powiedzieć sukę. 
Zauważyła, że najbardziej czuć ten "plastik topiący się" tuż przy podłodze.
Dziwne, dziwne, baaaardzo dziwne - mruknęła pod wydatnym nosem.
- No jak tam, co się pali? - krzyknął z pokoju mąż.
- NIC! Wszystko W PORZĄDKU! - odkrzyknęła, udając spokój.
Źródło zapachu zostało niewykryte.
Ano...trzeba może się przyzwyczaić...Cóż...
Jednak była niespokojna, mąż też jakoś dziwnie wiercił się na krześle...
Nastał wieczór. Zaczęli małżonkowie przygotowania do snu...Tajemniczy smród towarzyszył im przez cały czas, lecz nie mówili już nic na ten temat...Zresztą...rozmowa jakoś się nie kleiła...
Ten wiercący zapach przenikał ich jestestwo, drażnił nozdrza, wwiercał się w ich dusze. 
Ano, spać trzeba, może jutro spojrzą na tę sprawę świeżym okiem.
Położyli się. Ona od brzegu łóżka, on od ściany, jak zwykle. 
Na wysokości 40 cm nad podłogą smród stawał się jakby intensywniejszy...
I NARAZ ona doznała OLŚNIENIA!!!!!!
EUREKA - jak by krzyknął Archimedes!
Urrraaaa! - jakby zawył żołnierz Armii Czerwonej ruszający z karabinem na czołgi.
Nareszcie! JEST! Zagadka rozwiązana!
Podniosła swoje kapciuszki z podłogi...To było źródło tego nieprzyjemnego zapachu!
Wyrób Made in China waniał w promieniu paru metrów! Epatował swoją azjatycką wonią otoczenie i wdzierał się agresywnie swoim, nie bójmy się tego słowa, SMRODEM, w nozdrza delikatnych Europejczyków.
A smród ten był niesamowity. 
I tak kończy się ta historia, tajemnica, godna dochodzenia Sherlock'a Holmesa została rozwikłana.
Sprawa iście sensacyjna, sfinalizowana została szczęśliwie!




A moje kapcie wylądowały w koszu na śmieci...
Kosztowały 10 zł,  na bazarku...
HI HI HI!













wtorek, 21 stycznia 2014

Choroba

W zasadzie to jestem w miarę zdrowa jak na swój wiek. Nie powinnam narzekać.
Słuch mam jak nietoperz, słyszę ultradźwięki:)
Węch mam wspaniały, bardzo cierpię latem w miejskiej komunikacji.
Wzrok? Pan okulista powiedział do mnie ostatnio z pretensją, w trakcie badań okresowych: pani się należy +2! Pani mi tu się nie mieści w tabelach!




Smak? Oh, oh, oh, gdybym miała gorszy to pewnie by ze mnie taka grucha nie była!
Serduszko - ok. Ciśnienie - w normie, chyba, że się wkurzę...Albo zasapię. Wtedy trochę mi podskakuje.
Noooo i w różnych śmiesznych sytuacjach z panem Woreczko:)




Nery chyba okij, choć za mało piję! Taki nawyk niepicia mam wyrobiony, muszę to zmienić..
Cholesterol mam podwyższony trochę, pewnie od golonki i boczusiu...Cóż...Taka moja słabostka. Kocham goloneczkę z trzęsącą się skórką. Bez włosków, ale za to z chrzanikiem!
Wątroba nigdy mnie nie bolała, głowa - rzadko..
Niektórzy "życzliwi" wmawiają mi słoniowaciznę hahahahaha
W moim wieku warto jednak coś znaleźć u siebie, w końcu wszyscy naokoło się na coś leczą w mojej grupie wiekowej...Trochę głupio tak na nic nie cierpieć...Nie można sobie postękać jak inni...Powymieniać doświadczenia, ponarzekać na służbę zdrowia z innymi staruszkami...
O! Mam! Czasem mnie łokcie bolą...Pewnie od targania zakupów...Może to zwyrodnienia stawów?..Może...
Tak, tak, jakby mnie tak lekarze dobrze "przejrzeli" na pewno niejedną chorobę by u mnie znaleźli...
Tak, że za różowo nie jest...




Pamiętacie taki film Kurosawy "Fudżijama"? Treścią była tradycja japońska sprzed wieków wysyłania starych rodziców na Fudżijamę by tam  zakończyli swój żywot. Wskaźnikiem, że już ten czas nadszedł i taki rodzic jest wystarczająco stary, był brak uzębienia. Bohaterka filmu, mocno już w podeszłym wieku babcia, jak na złość, miała wszystkie zęby i syn nie mógł wysłać jej w drogę. Co za wstyd dla niej i kłopot dla rodziny! Babcia w końcu honorowo wybiła sobie zęby - znak jej hańby, że się ZŁOŚLIWIE sprzeniewierza świętej tradycji - kamieniem. I spokojnie, z czystym sumieniem, mogła się udać w drogę...
Tak i ja. Być zdrowym w moim wieku to...Hmmmm...
Wyszukałam sobie taką jedną chorobę...Trochę marnawa, ale jak się nie ma co się lubi...
Uzyskałam skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu, choć patrzył na mnie podejrzliwie...
Zapisałam się na wizytę i już po minięciu marnych czterech miesięcy wybiła godzina "O"!
To właśnie dziś specjalista orzeknie co mi jest naprawdę! 
Nie, nie myślcie sobie, że mam z tego powodu satysfakcję lub się cieszę, to nie to! Po prostu wydaje mi się to niemożliwym by nic...
Piękna przychodnia w dzielnicy na obrzeżasz miasta..To jeszcze Warszawa, ale już tak trochę...małomiasteczkowo...Wąskie, metrowe chodniczki, nie ma mowy by w grubej kapocie się wyminąć z innym przechodniem, szczególnie że przed willami pojemniki na śmieci i kupki ze śniegu...Słabo odśnieżone miejsca przed posesjami, za to nieźle wyjazdy z garaży...Tu ludzie jak widać nie chodzą "z buta":)
Przychodnia w pięknie ogrodzonym ogrodzie..Nowoczesny budynek czteropiętrowy podzielony na pawilony. Po zaledwie kwadransie stania w rejestracji, uzyskuję kartę i informację zapisaną na karteczce - I piętro, pokój 112. 
Wjeżdżam sobie windą - z ciekawości jaka ta winda:) Czy gada, czy nie gada:))))
Powiecie, że jestem dziecinna? Być może...
W poczekalni zakonnica i młoda dziewczyna. 
- Mam na godzinę 16.00, która godzina teraz weszła? - pytam grzecznie.
Zakonnica odezwała się zaciągając mocno. Nawet nie zrozumiałam co powiedziała. Posłusznie jednak kiwnęłam głową. Na wszelki wypadek...Chyba z Ukrainy - pomyślałam w popłochu...
Młoda dziewczyna zerknęła na moją karteczkę.
- Proszę pani, tu jest pawilon "B", a pani ma "A"!
Uffff, zwariować można. Dobrze, że zauważyła...
Przemieszczam się do pawilonu "A" z tym samym numerem pokoju. 
Sprawdzam, wszystko się zgadza, nawet jest moje nazwisko na drzwiach na liście zapisanych pacjentów. Nie ma szatni, tylko sprytne wieszaczki na metalowych drążkach ukryte za mlecznymi przegródkami z szybek...
Czekam. Wychodzi pan doktor. Wygląda jak postać z "Rewizora" Gogola. Na sobie ma czarną pikowną kurtę do kolan:) Pewnie zimno w gabinecie - pomyślałam. 
Doktorek zaprasza mnie do gabinetu.
- Co pani dolega? - pyta.
Opowiadam...Opowiadam też o zabiegu jakiś czas temu...
- I po co to pani było? Ja tu NIC nie widzę. Pewnie pani prywatnie robiła?
Pani robiła prywatnie bo tamten pan doCHtor tak kazali...
Dostaje skierowanie na badanie specjalistyczne (coś musi mi dać) i na RTG klatki piersowej (bo dawno nie miałam).
No i znów. Korytarz. Galop  i szukanie pracowni rentgenowskiej..Znalazłam. Udało się!
Szukam rejestracji. Nie ma...Dwoje drzwi opisanych "RTG"..Pukam, wsadzam głowę...
- Można wejść, bo nie wiem, CZY JEST PROMIENIOWANIE?
- A jak jest to co? Ja tu pracuję i co, ja jestem inna jak pani? - z humorem odpowiada pani od rentgena.
Potem tylko wydaje krotkie komunikaty: założyć fartuch na biodra, rozebrać się do golasa, stanik też!
Z niepokojem zerkam na uchylone drzwi...
- Tu nikt nie wejdzie - uspokaja pani..
Stoję niczym Ewa w raju..Od góry tylko, ale za to...bez listków figowych. Radzę sobie jakoś krzyżując ramionka, takam wstydliwa:)
- Złapać piersi w dłonie! - rozkazuje pani.
Łapię, bo co mi innego zostało..Potem jeszcze każe je rozchylać! 
To nie na moje nerwy!
- Oprzeć brodę, nabrać powietrza, nie oddychać! - dyryguje pani głosem dowódcy plutonu.
Posłusznie spełniam polecenia, już mi wszystko jedno. Oczy wychodzą mi z orbit bo nie było rozkazu "oddychać". Chyba jestem czerwona na twarzy albo zielona.
- Już dobrze, już po wszystkim, nie bolało bardzo, prawda? - troskliwie dopytuje się "zboczona sadystka".
Ubieram się i w nogi. Wynik za tydzień do odbioru w rejestracji na parterze! - słyszę jeszcze za sobą głos pani od rentgena..
Cała jestem zgrzana z nerw! Mam dość!
Jeszcze rejestracja na dole, te same twarze wymęczonych pacjentów..
Trzeba mieć zdrowie żeby chorować!!!!!

niedziela, 19 stycznia 2014

Miłość...po raz enty...

Kochani,
Dziś temat, który mi się nasunął, gdy przestępowałam wraz z moim mężem progi świątyni...Jak w każdą niedzielę, byliśmy razem.
Pomyślałam: Panie, dzięki Ci, że na mojej drodze postawiłeś tego człowieka...
Teraz to sobię uzupełniam w duchu: bo inny by ze mną NIE WYTRZYMAŁ hahahaha




A więc temat małżeństwa...
W roku mniej więcej 85-ym byłam na oddziale w szpitalu zakaźnym na Woli.
Chorowałam na żółtaczkę pokarmową, złapałam ją na wczasach.
Razem ze mną leżała, może dwudziesto trzy letnia, piękna dziewczyna. Włosy kręcone, zgrabna figura, śniada, ładna twarz. Przychodził do niej chłopak...
Była już..po rozwodzie.
- Dlaczego się rozwiodłaś? - spytałam zdziwiona...Zawsze miałam skłonność do refleksji i szokowało mnie, że taka młoda, już po rozwodzie. Co usłyszałam?
- Mąż przestał mi imponować!
Hmmm...Dziwne...Jaka to miłość w takim razie? Co tych młodych ludzi pchnęło by się pobrali , a po roku stwierdzili (lub jedno stwierdziło): tak się nie bawimy, nie chcę cię, nie imponujesz mi, nie jesteś taki jak myślałam! 
Małżeństwo jest związkiem dwojga kochających się ludzi. Miłość jest tu wspaniałym fundamentem, ale nie ona sama. Ważna jest odpowiedzialność. 
Młodzi ludzie często myślą, że całe życie będzie "po różach", a to tak nie ma!




Gdy wypowiadają słowa przysięgi: "i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską i że cię nie opuszczę aż do śmierci", często nie zdają sobie sprawy z głębszego sensu treści tej formułki.
Dlaczego? Ano zwyczajnie, są młodzi, beztroscy, bez doświadczenia i wyobraźni! Nie wiedzą jeszcze co ich czeka i z jakimi problemami będą się borykać...Nie myślą, że przyjdą kryzysy, choroby, cierpienia, niedostatki, niewygody...Myślą, że cały czas będzie wesoło i radośnie, bo są optymistami i wiele rzeczy, które następuje potem zwyczajnie nie mieści się w ich planach...





A potem...Zwyczajnie, jak to w życiu...Ona - przy dziecku, czasem chorym, z podkrążonymi oczami po nieprzespanych nocach, na darmo szukać w niej uśmiechniętej i wymalowanej nastolatki...On - często nieobecny, zapracowany, zmęczony...I wtedy łatwo o kryzys, bo nastąpiło zderzenie rzeczywistości z naszym idyllicznym wyobrażeniem życia...
Później przychodzą inne problemy, bo życie nierzadko rzuca nam "kłody pod nogi": utrata zdrowia, pracy, problemy wychowawcze z dziećmi, opieka nad starymi i chorymi rodzicami...
I wszystko już jest coraz mniej różowe...Rzeczywistość coraz bardziej nabiera czarnych barw..Właściwie szarych...
Ale małżonkowie po to decydują się na wspólne życie, by razem pokonywać te trudności.
Nie, nikt nie mówi, że to łatwe, nikt też nie obiecuje, że będzie lekko, ale wspolna więź , która z każdym rokiem jest coraz silniejsza, jest czymś, co scala związek...
I naprawdę, ludzie nie powinni podejmować pochopnych decyzji o rozstaniu, bo: przestał imponować albo rzuca brudne skarpetki albo nie myje po sobie wanny albo nie zakręca tubki od pasty do zębów.
Moja koleżanka rozwiodła się po 30 latach małżeństwa...Co było powodem? Rodzina stabilna, jeden dorosły syn, dobre warunki życiowe, brak awantur...Ano...No to może się rozwiedziemy? - spytała ona. No to możemy...I koniec. Przekreślone 30 lat wspólnego życia w umiarkowanej zgodzie, bo to ani tam picia nie było, ani zdrad...Dziwne...
Czym jest miłość? - zastanawiam się...
Młodzi, wiadomo, "skrzypce zagrają", jak to się teraz mówi "zaiskrzy", wpadają jak śliwki w kompot, zakochują się po uszy...Prowadzają się za rączkę, mój chłopak, moja dziewczyna itede...
A starsi? Tacy co to dziesiąt już lat patrzą na tę samą facjatę, na te znajome i coraz wieksze zmarszczki, na ciało mniej sprężyste ale za to bardziej przerośnięte...
Patrzę na mojego męża jak śpi...Z czułością. Niech sobie śpi...Przykrywam go szczelniej kocem, myślę, że wygląda na zmęczonego..Zapracowany, buedaczek...O, znów mu zmarszczka przybyła i siwe włosy...I co z tego? Z tkliwością głaszczę go po mocno łysiejącym łebku...Kochany mój...
Nigdy nie chodził ze mną "pod rękę" ani za rękę. Nie lubił...Tak śmiesznie chodzimy - razem ale osobno. On przodem, ja krok za nim...Na początku małżeństwa mnie to wkurzało, pchałam mu łapę pod pachę. Wtedy robił nieszczęśliwą minę spaniela. NIE LUBIĘ - mówiło jego wymowne spojrzenie. Próbowałam za rękę - nic z tego. Nie lubi...No i co z tego? Zaakceptowałam. Zresztą...w zimie to nawet lepiej równowagę złapać, bo łapy rozpostarte na dwie strony jak u linoskoczka hihi



Gdy nas widzi ktoś obcy, może sądzić, że jesteśmy pogniewani..Ale ja przestałam się tym przejmować, nic nie mam zamiaru robić "dla oka", ważne to, co nas łączy...
- Mam coś dla Misia (to o mnie)! Fajny film! - mówi mój mąż...Robi mi się ciepło koło serca. 
Gdy wracam z pracy, albo z zakupów, cieszy się jak młody psiak, gdyby miał ogon, to by nim machał:))))))
Razem chodzimy do moich rodziców, teściowie już nie żyją...
W zeszłym roku źle się czuł i nie poszedł na cmentarz 1 listopada..Sprzątnęłam dokładnie grób jego rodziców, położyłam kwiaty, postawiłam znicze, porobiłam zdjęcia. Niech wie...



Nie potrzeba mi dowodów w postaci złotej biżuterii, kolacji w dobrej restauracji, zafundowanej wycieczki zagranicznej...Żyjemy skromnie i nie stać nas...Ale powiem szczerze, nie oddałabym za te luksusy, tego co jest teraz..A na to trzeba było pracować wiele lat...I nie było lekko, bo życie nie szczędziło nam problemów, a nawet tragedii...I bywały kryzysy, nie powiem, że nie...
A piszę to wszystko szczególnie młodym pod rozwagę...
Nie sztuka być z kimś, gdy zdrowie dopisuje, gdy szampan się leje strugami, orkiestra gra, frutti di mare w Grecji, Hiszpanii czy jeszcze gdzieś indziej...Piękni, bogaci, beztroscy...



Sztuka jest dzielić radości i troski i być ze sobą na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie, w niedostatku, czasem przy łóżku chorego dziecka albo rodzica...

niedziela, 5 stycznia 2014

Moda i czapka z pomponem

Kochani...
Tak sobie dziś rozmyślałam o modzie...
Bo ja zawsze o czymś rozmyślam, wbrew pozorom:))))
Moda była zawsze.
Modne były raz długie suknie, raz krótkie, to znów taki fason płaszcza lub spodni, to inny...
Moda rodziła się w wyobraźni kreatorów, czasem po prostu kształtowała ją...ulica:)
Moda zabezpieczała potrzeby jednostki lub...grup społecznych.
Niejaka pani Katarzyna Medycejska była mała i...niezbyt urodziwa, za to szalenie ambitna. Chciała za wszelką cenę zdobyć serce przyszłego króla Francji Henryka II, ale nie bardzo miała "z czym do gości" hihi
Poszła więc po radę do rzemieślników florenckich i tak to za ich sprawą zapoczątkowała modę na wysokie obcasy. |Wzbudziła sensację na dworze królewskim podczas balu, a w efekcie został królową Francji. Szewca zaś, autora owych buciczków, ozwano geniuszem i obsypano zaszczytami...Ale to już całkiem inna historia.



Podobnie było z wysokimi fryzurami. Niskie faworyty królewskie i metresy dodawały sobie wzrostu poprzez te prawdziwe piramidy na głowach.



Spodnie jeansy powstały na potrzeby poszukiwaczy ogarniętych gorączką złota. Wymyślił je Oskar Levi Strauss i tak zrobił świetny interes na tych galotach szytych z płótna namiotowego. Mocne i wygodne. I tak jest do dziś, choć ich fasony się zmieniają.






Były mody na Beatlesów, na bananówki, spodnie "szwedy", "dzwony", golfy, mini, bikini i co tam jeszcze sobie przypomnicie.


Kreatorzy mody prześcigają się w pomysłach, czasem wręcz zwariowanych...Ale to wszystko jest nie dla przeciętnego zjadacza chleba, ale dla gwiazd.
Nam pozostają namiastki, kierunki czy trendy.
Jedni ubierają się w salonach i galeriach, w sklepach znanych firm, inni, na bazarkach, albo nawet w Second Handach.
Jak już nadmieniałam, ja na ogół nie robię zakupów w drogich sklepach firmowych. Nie stać mnie i tyle.
No i ostatnio właśnie jak nawiedziłam taką galerię, o czym pisałam, to w związku z tym moim poszukiwaniem normalnych kapci taka ogarnęła mnie refleksja, że: DZIŚ NORMALNYCH KAPCIUCHÓW JUZ NIEEE MAAAA! - że sobie smętnię zanucę...
Kiedyś kapeć to był kapeć. Tzw. wywrotki - do szkoły. Podobne trochę jak obecne balerinki, ale na cieńszym kapciowym spodzie. Były też zwyczajne klapki. Na płaskiej podeszwie, wykonane ze skórki - mógł być to skaj. Albo na wyższej koturence. Do szkoły - juniorki z wkładką zdrowotną. Koniec, kropka. 
A dziś? Szkoda gadać...
Czy zwróciliście uwagę, ile w obecnym sezonie zimowym kobiet nosi czapki z pomponami?
Bardzo dużo. Pomponki noszą już nie tylko małe dzieci, także nastolatki, młode panie i...staruszki w moim wieku:))) Śmiesznie to troszkę wygląda...
Zastanawiałam się nawet nad fenomenem pompona tej zimy i stwierdzam , że może to jest jakaś tęsknota za utraconym dzieciństwem? Taki powrót do tamtych szczęśliwych i beztroskich lat....
Ja też mam taką czapę z pomponem co to ją sama sobie wybrałam, a dostałam od Św. Mikołaja i wyglądam w niej zadżebiszczo, jak to mówią!
Przed Świętami, ubrana właśnie w tę moją czapeczkę, pasujący szaliczek i rękawiczki do kompletu, wparowałam do Biedronki.
Idę ja sobie pomiędzy lodówkami, patrzę, a tu mój były "narzeczony" Zbysio.
Oj, nie widzieliśmy się chyba z 20 lat!
- Cześć Zbysiu! - ryknęłam odruchowo do obecnie starszego już pana.
Pan drgnął i spojrzał na mnie zza modnych okularków. Jego wzrok zatrzymał się na mojej...czapce. Chyba mnie nie poznawał. Zamrugał nieprzytomnie rybimi oczkami.
- Ooooo cześć...- wystękał jakoś niepewnie - to ty?
W mordę - pomyślałam w popłochu - ani chybi, mocno się posunęłam w latkach.
- Nie poznałem cię - Zbysio powoli wracał w swoją skórę - A SKĄD ŻEŚ TAKĄ CZAPĘ WZIĘŁA, DZIECKU ZAKOSIŁAŚ?
Więcej tej czapki nie założę!!!!

czwartek, 2 stycznia 2014

Święta, Święta i po Świętach...

Święta, Święta i po Świętach.
Zostały puste portfele i długi miesiąc do przetrwania.
Jedni mają problem bo się "wyprztykali" z kasy na prezenty, inni nie muszą się martwić o to, że im zabraknie środków do następnej wypłaty. Mają bo mają.
W zasadzie posezonowe wyprzedaże zaczęły się już po Bożym Narodzeniu.
W Stanach tradycją jest spędzanie okresu świątecznego i okołoświątecznego na polowaniach na wielkie wyprzedaże. I do nas dociera ta "nowa, świecka tradycja".
Dziś wybrałam się do jednego firmowego sklepu w celu zakupu...kapci.
Długo szukałam, Grusia "lubi" błądzić hahahaha 
Na szczęście miłosierna pani, którą spytałam o ulicę, sprawdziła mi określone miejsce na gps-ie w komórce. 
Czego to tera ludzie nie mają? Podziękowałam jej pięknie, niektórzy mają serca otwarte dla innych.
Niestety, sklep był zamknięty na patyk, wiadomo, inwentaryzacje albo błogie poświąteczne "nicnierobienie".
Poszłam sobie więc do centrum handlowego, zresztą nieopodal.
Rzadko nawiedzam te "przybytki". Nie mam takiej potrzeby. Zakupy robię w najbliższych sklepach, Biedronce, na bazarku. 
Nie kupuję firmowych ciuchów ani obuwia w galeriach handlowych. Dla mnie to za drogi gips. Ponadto denerwują mnie tam zakupy.
No, ale dziś zrobiłam wyjątek. Myślę, kupię sobie porządne kapcie, nie takie ot Chińczyka. A co!
Weszłam nieśmiało do centrum.
Od razu od wejścia uderzyła mnie taka specyficzna atmosfera do której nie jestem przyzwyczajona.
Wszędzie wielkie napisy w witrynach sklepowych: OBNIŻKA 50 %, OBNIŻKA 70%! WYPRZEDAŻ!




W środku kłębią się klienci. Weszłam. Niesprzedany chłam, teraz usiłuje się wcisnąć często za te same pieniądze, ale za to pod dobrym transparentem o obniżce - lep dla naiwnych.
Czasem rzeczywiście można coś atrakcyjnego wyczaić, ale...gra niewarta świeczki. W następnym sezonie będą całkiem inne modele i wzory.
Idę korytarzem wśród przeszklonych wystaw. Zewsząd gra, miga, buczy, huczy...Palą się kolorowe światełka. Na jednej z witryn wielki fioletowy słoń, widać go z daleka, jaśnieje wszystkimi kolorami tęczy...
Wokół opary dobrych perfum, bijące ze sklepów z kosmetykami i ...od eleganckich, zamożnych pań.
Gra głośna muzyka. Monotonny szum rozmów, odgłosy tętniącego życia. 
Czuję że boli mnie głowa od tego wszystkiego i od tego blasku migających światełek. Kota można dostać!
Gdzie ten sklep z butami? - myślę - znajdę i idę stąd bo nie wyrobię!
Tablica informacyjna. Działa na dotyk. 
Jeszczem takiej nie widziała! Ale jakoś sobie radzę. Starsza osoba sobie nie poradzi. ale co tam! Teraz trzeba być młodym i pięknym! I znać te wszystkie bajery nowoczesne, bo inaczej się zginie!
Muszę dostać się na I piętro. Tam mam dwa sklepy obuwnicze, może coś tam znajdę. Jadę ruchomymi schodami.
Długi pasaż, z obu stron zapraszają i nęcą kawiarnie, bary greckie, tureckie i ciort wie jeszcze jakie...Przy stolikach siedzą młodzi ludzie. Dziewczyny jak maliny,  z mocno umalowanymi oczami i lekko rozchylonymi ustami.  To taki styl. Ma być seksi:) Japa niedomknięta jak u Beaty Tyszkiewicz w "Stawce większej niż życie". Widoczne nierzadko aparaty na zębach:)))  Podobne do siebie jak krople wody. Trzepią długimi włosami, śmieją się strzelając oczami.
Śmieszy mnie to wszystko. Tacy młodzi, atrakcyjni, wypielęgnowani i pachnący, a wzrok taki pusty...
Jakie będzie to pokolenie? Często się nad tym zastanawiam, czy dorosną...Do odpowiedzialności, do poświęcenia...Czy porzucą swój egoizm, swój egocentryzm, wygodnictwo?
Chłopcy w słuchawkach na uszach szybko przebierają palcami po ekranikach tabletów i po klawiaturach komórek...Słyszę jak przechodzący obok młodzian prowadzi głośną rozmowę do ukrytego mikrofonu. Hahaha, wygląda jakby gadał sam ze sobą. Słyszę słowa.."Słuchaj, przywieź mi ten laptop, dziś muszę jeszcze popracować nad reklamą dla tego mechanika , muszę mu zrobić ten deal"...NIC NIE ROZUMIEM z tej nowomowy...To nie dla mnie, jestem taki sobie człowiek niedzisiejszy i minimalista...
No i nie znam języka angielskiego:))))
Ano dotarłam. Na tej tablicy wszystko było pokazane - strzałka gdzie jestem i gdzie mam podążać...
Buty. Obniżka. Same "beleco".




Idę do kapci. Same trupy. Ja potrzebuje normalne kapciuchy klapki, wygodne z dobrą podeszwą. A tu są tylko kapcie miśki, świnki, żabki, puchate, z pomponikami z futerka, panterki, z laleczkami Barbi...Normalnych nie ma! Za dużo wymagam widać! A ceny!!!
Idę do drugiego sklepu...To samo. Czuję się jak Kopciuszek, któremu żaden kapciuch nie pasuje na nóżkę, choć w bajce było w zasadzie odwrotnie - pantofelek był , a Kopciuszka szukali!
Ja szukam papucia, klapeczka, bamboszka...Nie ma! Krówek na nóżki nie założę! Są jakieś takie klapy, ale nie ma rozmiaru. Rozmair jest ale to okropny wyrób z szarego filcu...Przypomniał mi się PRL...
Miałam takie filcaki na zimę buraczkowe i do tego rajtuzy chabrowe z paskami pod stopę...Ciepło mi było, dziecięciem będąc....A zimy były, że hu hu, mróz malował paprocie na szybach, a śnieg iskrzył w świetle latarń wieczorami...Teraz 13 stopni, 10 stopni...na plusie. Ehhhhh...
Ano nie kupiłam...Po drodze wstąpiłam do Biedronki. Kupiłam sobie jakieś takie...Jakieś mieć muszę...Te co mam są za ciepłe...