niedziela, 18 maja 2014

Jola

     Jola...Nie była ładna. A właściwie to była zdecydowanie nieładna. A nawet bardziej niż nieładna. Do tego brudna i brzydko pachniała. A miała już czternaście lat!
Widać nie lubiła się myć...
     Dziewczynka była w dodatku bardzo otyła, zwały sadła odznaczały się i uwydatniały pod opiętymi elastycznymi bluzkami.
     W dodatku Jola cały czas ruszała ustami. Coś jadła. Jej szczęki poruszały się rytmicznie i bardzo szybko. Czasem też przeżuwała albo popijała jakiś napój, najczęściej oranżadę. Nigdy nie pozostawała obojętna wobec jedzenia i picia.
- Mariolka (tak wołali na nią rodzice), idź do zielonej budki, kup wodę sodową, ser biały, jabłka, ze czterdzieści deka kapusty kwaszonej, takiej dobrej, na surówkę na obiad! - mama wręczała jej porcelanową miseczkę.
     Jola szła. Po drodze zjadała większą część kapusty, wypijała prosto z syfonu z połowę wody, serka też nie omieszkała spróbować...Taki miała apetyt niepohamowany ta Jolcia...
      Dziewczynka pochodziła z domu inteligencji pracującej - matka, piękna i wykształcona kobieta, o jasnych oczach i długich włosach. Córka była zupełnie niepodobna do niej. Ani z urody, ani tym bardziej z intelektu.
     Tata - jego troszkę córka przypominała, ale tylko z wyglądu...Niestety. Pracował w banku i zajmował tam jedno z kierowniczych stanowisk.
      Dziewczyna była jedynaczką, rodzice kochali ją szalenie i bezgranicznie. Byli ślepi na jej wyskoki i złe zachowania.  I tak była oczkiem w głowie całej rodziny.
      Zapracowani - matka i ojciec nie wiedzieli o wielu sprawkach swojej ukochanej jedynaczki, pozostawała ona sama po szkole na długie godziny w wypielęgnowanym, urządzonym drogo, mieszkaniu. Miała swój pokoik umeblowany ze smakiem, w nim szafę z tonami garderoby. Robiła co chciała i co jej podpowiadał umysł...
      W wieku lat trzynastu paliła regularnie papierosy, a namiętność ta stopniowo rozwijała się w nałóg.
Tak w ogóle, to pomimo, że chodziła do normalnej szkoły, z jej umysłem nie całkiem było wszystko w porządku. Miała wielkie trudności w zapamiętywaniu i w zrozumieniu lekcji, tak, że rodzice, a szczególnie tata, byli bardzo zaangażowani w pomoc dla niej - w różnych formach, aby swoją córkę przepychać z klasy do klasy...
     Pewnego dnia Mariolka...Ale zacznijmy od początku.
Dziewczynka bardzo wcześnie zainteresowała się seksem. Pierwsze epizody były sporadyczne, niby nieszkodliwe, ot całowała się z kolegami z klasy, dla nich to były żarty...
      Strzelali jej na lekcji z gumki od biustonosza, albo wołali za nią: Jola, chcesz polatać? Taki zgryw...Czasem któryś złapał za biust...Na ogół drugoroczny Jacek albo Julek z rodziny patologicznej...
       Ona była w siódmym niebie. Czuła zainteresowanie.
W wieku piętnastu lat zrobiła TO po raz pierwszy. Z jakimś dziesięć lat starszym facetem...Poznała go...na ulicy...
      A potem...Potem to już szukała okazji. Lubiła to, interesowało ją to...
O okazję nie było trudno, idąc ulicą w mini (nogi miała dość zgrabne, umięśnione) wielu mężczyzn zwracało na nią uwagę. Cóż, prawdę powiedziawszy nie z powodu jej urody...Była nadal otyła, ćlamkała lizaki, lody, jadła na ulicy zapiekanki, buzię miała zawsze umorusaną, ulepioną...niczym małe dziecko. Ponadto gapiła się, oglądała...No i czasem bywała podpita...
      Mirka poznała w wieku lat osiemnastu. Miała za sobą już bogatą przeszłość erotyczną.
Był w mundurze Kościuszkowców. Na pierwszej "randce" zrobiła to z nim w krzakach. Potem przespała się z jego kolegą, z którym sam ją zapoznał, też bardzo szybko, tego samego dnia...
      A później odwiedziła chłopaków w jednostce. I tam...Wóda - bo alkohol obok papierosów to było to, co Mariolka lubiła bardzo - i...jakoś tak, że z opasłego ciała dziewczyny skorzystało pięciu szeregowców plus jeden zawodowy nieco wyższej rangi...Może kapral?
     Rodzice się dowiedzieli. Wytoczyli w jej imieniu proces jednostce, tata miał znajomości...
Uzyskali niemałe odszkodowanie, kupili kolorowy telewizor, meble zmienili...Przeszło bez większego echa...Wszyscy  wiedzieli, ale zapomnieli po jakimś czasie...
     A potem Jola skończyła szkołę zawodową. Ledwo, ledwo, tata pomógł. Korepetycje, prezenty...
     Praca. Ze względu na ojca, z łatwością dostała niezłe stanowisko w banku. Tata postarał się, by nie ponosiła zbytniej odpowiedzialności, załatwił jakiś "nadzór" nad nią. Może troszkę zapłacił... Pensję miała niezbyt wygórowaną, ale przyzwoitą...
       Pewnego dnia, a miała wówczas lat 22 , poznała Romka...
Romek, dziesięć lat starszy, robotnik na budowie, był rozwiedziony, miał dwójkę dzieci...
     Ponadto...był wyjątkowo nieatrakcyjny z wyglądu. Twarz z dziobami, bardzo niski, mocno przerzedzone włosiny koloru siana...Ale Joli to wcale nie przeszkadzało! Od razu zaczęła zabiegać o jego względy, a współżyć regularnie rozpoczęli natychmiastowo. 
      Oczywiście ciąża nastąpiła dość szybko...Romek niby uważał, ale Jola...Cóż...
Rodzice urządzili wspaniałe wesele. Ślub - tylko cywilny - w Pałacu Ślubów. Mariolka miała piękną, krótką suknię koloru łososiowego i pękatą wiązankę z frezji. Romek - elegancki, stalowoszary garnitur - kupiony przez teściów. Wszystko dla ich jedynaczki, byle była szczęśliwa!
      Na świat przyszła Marzenka. Podobna do matki jak "kropla wody"...
Jola kochała córeczkę, ale...jeszcze bardziej kochała swobodę. Nie potrafiła zresztą się zajmować dzieckiem...Często pochylała się nad maleńką, kilkumiesięczną Marzenką z papierosem w ustach...
     Babcia i dziadek, w miarę możliwości, wyręczali ich jedynaczkę w opiece nad córeczką, także pomagali "młodym" finansowo...Kupili im mieszkanie dwupokojowe w pobliżu, pomagali Mariolce w prowadzeniu gospodarstwa...Robili co tylko mogli. 
      Romek pił coraz więcej. Zresztą pił od zawsze. Teraz miał za co, bo źle im się nie powodziło. Jego zarobki szły w części na pokrycie alimentów, ale Jola zarabiała całkiem, całkiem, plus pomoc hojnych teściów....
       Często wybuchały kłótnie i awantury. Romek bywał coraz mniej w domu, podobno miał "babę" na boku, a Jola...też jakoś sobie radziła...Jak kiedyś, nie stroniła od przygodnych znajomości.
       Rozwód nastąpił gdy Marzenka miała sześć lat...
Rodzice nadal córce pomagali. Biedna, porzucona...
     Marzenka rosła jak na drożdżach, otaczana miłością...głównie dziadków. Jola miała swoje sprawy, swoje życie...
        Dziecko było wybitnie zdolne. Już w podstawówce wykazywało wyjątkowe talenty. Do matki podobna z twarzy, natomiast intelektualnie "poszła"...chyba w dziadków.
     Nie była też otyła, delikatną, zgrabną figurą przypominała swoją piękną babcię Marię. Miała długie włosy i inteligentne, bystre spojrzenie.
      Jej zdolności były liczne: muzyka (grała na pianinie), pięknie rysowała i malowała, pisała ciekawe wypracowania, a nawet...wiersze. Miała też zmysł matematyczny.
     W siódmej i ósmej klasie brała udział w olimpiadach. Zajmowała dobre miejsca. Miała nawet jedno pierwsze - z matematyki.
       Prócz tego dziewczynka była: mądra, zaradna, samodzielna, miała dobre serce i wyobraźnię. I bogate życie wewnętrzne. Zawsze otwarta na potrzeby innych, koleżeńska i lubiana.
     Minęły lata. Jola posiwiała, postarzała się, zaczęła niedomagać. Jej ojciec dawno zmarł - na serce, mama była schorowana mocno...
     Marzenka zajmowała się troskliwie i matką i babcią... 

     Aha, jeszcze jedno...Marzenka skończyła studia prawnicze i...filozofię.
Wyszła szczęśliwie za mąż za prawnika, ma dwoje dzieci , którym razem z mężem Markiem, stworzyli wspaniały dom.
     Prowadzą jedną z najbardziej znanych w Warszawie kancelarii.
     


piątek, 16 maja 2014

Kluski

     Kubuś uwielbiał kluchy. Lubił je od dzieciństwa.
Kluski kochał pasjami i to wszystkie, to znaczy różne ich rodzaje : kopytka, kładzione, makaron, pyzy, śląskie..
     We wczesnym dzieciństwie mały Kubuś jeździł na wioskę - do Klimentowic, niedaleko Lublina.
Tam mieszkał z matką i ojcem w domu ciotki.
      Za domem był mały ogródek kwietno-warzywny, a dalej bezkresne pola, pola, pola...
W zasadzie był ich kres - sięgały aż do odległego lasu. Dla małego Jakubka jednak były to nieskończone przestrzenie pasów zieleni.
     Rosły tam zagony truskawek, całe plantacje malin i czarnych porzeczek.
Były też uparwy chmielu, który mały chłopczyk z wielkim zaangażowaniem pomagał zbierać. Zresztą pomagał jak potrafił także w innych pracach: karmił kury, kopał ziemniaki...
     Wioska była niewielka, stały tam drewniane domy, ale także murowane. Z daleka widać było stojący na górce,  stary, zabytkowy kościółek.
Tyle pamiętał z dzieciństwa Jakub.
     No i te kluski...Nie była to potrawa ani skomplikowana, ani pracochłonna, ani droga...
Pracujący w polu nie mieli czasu na gotowanie czegoś wykwintnego...





     Ot, brało się dużą michę, wsypywało do niej mąkę, dolewało wody...Gdy masa zgęstniała odpowiednio i przybrała stosowną konsystencję, kładło się zgrabne, "wycięte" ostrym brzegiem łychy, uformowane w kształcie łezki, kluseczki na osolony wrzątek. Po ugotowaniu polewało się je skwarkami, posypując szczodrze białym serem. 



     Potrawa prosta, mało wartościowa i niezdrowa, ale pożywna i smaczna.  Na swój sposób.
     A co najważniejsze, kojarzyła się Kubusiowi, już później, w życiu dorosłym, ze szczęśliwymi latami dzieciństwa.
Gdy jadł owe kluchy kładzione, przyrządzane (!!!!!!!!) przez mamę, zapijane kefirkiem, widział oczami duszy te rozległe pola i zagony. I to było to!
      Wspominał drewniany dom babci, dom ciotki, wieczory chłodne i ciche, odległe szczekanie psa i księżyc który tak jasno świecił tylko tam, w Klimentowicach.
     Przypominał sobie zapach drewna w chałupie babci, mdlącą woń krzaków czarnych porzeczek, bajeczny i cudowny zapach maciejki,  posianej w przydomowym ogródku, którą czuło się tylko wieczorem...
     Malwy kiwały się koło płotu, słoneczniki odwracały do słońca swoje tarcze, a małe ptaszki fruwały nad polem...
Właściwie co to były za ptaki? - zastanawiał się czasem Jakub. I zaraz sam sobie odpowiadał - jaskółki i skowronki. Tak, to były czasy beztroski...
      Kubuś ożenił się w wieku trzydziestu lat. Wziął sobie za żonę pannę energiczną i zdecydowaną.
Był szczęśliwy. Wiedział, że zawsze w domu ktoś na niego czeka...
     Bardzo brakowało mu jednak smaku tych klusek....Jego mamy już wtedy nie było...
Powiecie może: nie miał poważniejszych marzeń? Nie miał czego wymyślić?
     Oczywiście, w dorosłym życiu Jakub miał już problemy i troski, ale....cały czas myślał o tych kluskach...
Urosły one w jego wyobraźni na miarę symbolu: wolności, beztroski. swobody....Stały się jak sztandar dla wojownika średniowiecznego, jak transparent w pochodzie pierwszomajowym w czasie PRL-u, jak ikona, jak...
      Kaśka, jego żona, troszkę go lubiła. Gdy zaraz po ślubie pojechali do Klimentowic, Kubuś nieśmiało poprosił swoją cioteczną siostrę, matkę trzech uroczych córeczek, o przyrządzenie mu owych klusek.
- Nie ma problemu - powiedziała ona z uśmiechem.
Nastawiła gar wody...Po kilkunastu minutach Jakub siedział za stołem z uszczęśliwioną miną. Spełniło się jego marzenie.
      Kasia była niezłą kucharką. Obserwowała jak Alicja gotuje kluchy. Potem widziała zachwyconą minę męża, gdy pałaszował potrawę z takim apetytem, jakby były to najpyszniejsze delicje, albo jakaś ambrozja na Olimpie.
      Raz postanowiła zrobić mężowi niespodziankę. a było to przed Świętami Bożego Narodzenia...
Wzięła porcelanową miskę, nasypała mąki Wrocławskiej, przygotowała serek i słoninkę do kraszenia. Był też kefirek. Wszystko przebiegało planowo, a mąż nie posiadał się z radości, gdy Katarzyna postawiła przed nim parującą michę z potrawą.
      Wdychał pachnącą parę unoszącą się z misy, a minę miał przy tym rozkoszną jakby był w "siódmym niebie". Zabrał się z entuzjazmem do jedzenia.
      Kasia stała akurat przy kuchni mieszając bigosik w wielkim garze..
Naraz z pokoju posłyszała jakiś krzyk....Nawet nie krzyk, a jęk rozpaczy i bólu! Niczym ryk zranionego łosia u Szekspira!
     Wpadła zaniepokojona do pokoju. Jej małżonek siedział przy stole trzymając się za szczękę.
- Co ci się stało? - krzyknęła Kaśka z niepokojem.
- Żąb! - wyjęczał Kuba.
- Co "ząb"? - dociekała ona.
- Żłamałem żąb! - boleściwie wystękał mąż z miną Piekarskiego na mękach. Albo jeszcze gorszą.
- Jak to? - zdziwiła się żona.
- Uuuuuuu! - odpowiedział jej on boleściwie.
- Ale na czym? - zdziwiła się kobieta.
- NA KLUSKU! - wyjęczał nieszczęśnik.
I dwa dni przed Świętami było szukanie stomatologa i niemały rachunek do zapłacenia.
     Do dziś dnia nie wiadomo, na czym tak naprawdę ząb został złamany...
Złośliwcy powiadają, że Kasia pomyliła pojemniczki i zamiast mąki nasypała do misy...GIPSU.


sobota, 10 maja 2014

Kluczyk

     W zasadzie to będzie takie sobie krótkie opowiadanie o...niczym ważnym...
No bo w końcu co to takiego jest kluczyk? Ot, zwykły kawałek metalu...
    Otwiera różne drzwiczki, a nawet drzwi. I nie tylko.
Otwiera biurka, szuflady, szafy, bieliźniarki kasetki, puzderka, pudełka, a nawet....samochody!
     Może być klucz do kajdanek, mogą być klucze do roweru i klucz francuski...
Jest też klucz wiolinowy!
     No i jaki tam jeszcze komu przyjdzie do głowy....





     Bez kluczyka nie możemy otworzyć tego, co jest na ów kluczyk zamknięte, a więc, można powiedzieć, iż kluczyk ma znaczenie wręcz...kluczowe!
     No, chyba, że się włamiemy. Ale, jak nam wiadomo, włamanie jest aktem typu wykroczenie, a nawet może i przestępstwem, zależy to od tego, kto się włamuje i gdzie!
     Klucz może być też do serduszka. Wówczas ma znaczenie symboliczne.




     Czasem to wręcz nie o taki kluczyk chodzi w tych relacjach męsko - damskich, tylko o całkiem inny kluczyk. Ten od kłódki! Wiadomo jakiej!
     Ucz się ucz, bo nauka to potęgi klucz - powiadają.
A bo ja wiem, czy tak to obecnie działa...Zależy co rozumieć pod określeniem "potęga". Jak potęga umysłu to może...Ale jak potęga materialna to...
     Potęga materialna jest w proporcji odwrotnej do potęgi umysłu bardzo często i w zasadzie ma się jedno do drugiego nijak.
Co tam jeszcze? 
      Aha. Święty Piotr. Bardzo kluczowa postać! Niebieski klucznik! Dzierży klucz do raju bram i od niego zależy bardzo wiele! Może nas nie wpuścić!



   

     I to by było na tyle - o kluczach.
Owoż rzecz działa się w korytarzu jednej bardzo funkcjonalnej instytucji. Nieważne jakiej.
     Kolejka złożona z osób czterech, ale trzeba było poczekać. Jedno krzesło. No, ale nie o to...
Starsze kobiety w kolejce, a wiadomo, osoba starsza na ogół musi częściej załatwiać fizjologiczne potrzeby. Szczególnie kobieta. Bo to i czasem bierze leki odwadniające... Albo z innych przyczyn.
     Facetom trochę łatwiej. Chyba. Powiem wam w sekrecie: nigdy nie byłam facetem to nie wiem tak na 100% jak to jest!
     Podobnież ci starsi w dużym procencie mają przerost prostaty. Ale czy wtedy częściej MUSZĄ, oto jest pytanie!
     Starsza pani rozglądała się nerwowo. Jakoś dziwnie drobiła nóżkami.
Przyszła ze znajomą załatwić sprawę. Minuty leciały i składały się w kwadranse. Czas uciekał...
     No i kobicinę przyparło!
- Ja potrzebuję do toalety - wyszeptała i pobladła.
- Tu jest - wskazałam odrapane drzwi z sylwetkami koloru...no nieważne jakiego, ale przedstawiające mężczyznę i kobietę w sposób symboliczny, co miało wskazywać iż tam właśnie jest ten przybytek tak przez niektórych pożądany.
     Pani szarpnęła klamkę. 
- Zamknięte - wystękała.
- To trzeba się spytać, gdzie jest klucz! - doradziła jej znajoma w berecinie przekrzywionym na oko, z postawioną przy nodze torbą z napisem EKO GREEN.
    Nieszczęśnica bezradnie się rozejrzała w okół. Nerwowo zamrugała małymi oczkami okalanymi siateczką zmarszczek niczym pajęczyną.
- E tam! - machnęła ręką z rezygnacją.
- My starsze to musimy częściej! - rzuciła znajoma w moim kierunku. Że niby ja TEŻ.
- Tak, bo to po tych lekach na krążenie! - dorzuciła ta cierpiąca.
- No idź weź ten kluczyk! To chyba w tamtym pokoju trzeba się spytać! - doradziła znajoma.
- Kiedy się wstydzę...- zarumieniła się jak dziewica kobieta w potrzebie.
- To ja pójdę! - skoczyłam rączo jak jaka sarna albo gazela.
      Prędko i energicznie zapukałam do najbliższych drzwi z napisem "Dział Kadr".
Weszłam. W pokoju siedział młody człowiek oraz bardzo tęga kobieta. Kobieta była tęga chorobliwie. Spuchnięte mocno stopy nie mieściły się w wąskich, eleganckich czółenkach. Ubrana była imprezowo - czarna spódnica z niby aksamitu i koronkowa bluzka. W końcu kadry, trzeba wyglądać jakoś przy interesantach. Niech wiedzą KTO tu najważniejszy!
     Państwo jedli jakąś zupę z miseczek. Oboje. W pokoju pachniało warzywami gotowanymi na kościach. Poczułam ssanie w żołądku.
- Czy mogę prosić klucz od toalety dla jednej pani? - spytałam, wyraźnie podkreślając, że nie dla siebie, by nie wzbudzać podejrzeń o jakieś machlojki czy próby kumoterstwa.
    Gruba pani wskazała mi bez słowa miejsce na ścianie. Usta miała zajęte. Chyba miażdżyła ziemniaka.
     Na ścianie, na gwózdku wisiał obiekt marzeń i westchnień interesantów - KLUCZYK.
     Pochwyciłam go z tryumfem i satysfakcją i poniosłam ze sobą niczym zawodnik w sztafecie pałeczkę.
     Za drzwiami czekała już kobiecina. Jej twarz wyrażała cierpienie.
Bez słowa otworzyłam wucet.
     Starsza pani dostała skrzydeł. Siedziała długo. Pewnie myła ręce. Albo też podziwiała piękno "krajobrazu" pomieszczenia.
Po niej skorzystała znajoma. Także długo blokowała "pokoik zwierzeń".
     W tym momencie drzwi otworzyły się i z Działu Kadr wytoczyła się bardzo tęga, ale bardzo ważna widać, osoba.
- NO I CO Z TYM KLUCZYKIEM? - ryknęła ze złością i irytacją.
- Teraz jest tam druga pani - poinformowałam potulnie.
      Tęga pani wzruszyła ramionami, mrucząc gniewnie coś pod nosem.
Jej własność została pokalana przez "dłonie nieczyste" i obce....
     Minę miała taką, że...poczułam do niej szczere współczucie...
Grunt to EMPATIA!
     Znajoma wyszła.
- A PANI NIE POTRZEBUJE? - spytała patrząc na mnie z sympatią, jednocześnie dając mi do zrozumienia, że obowiązuje mnie SOLIDARNOŚĆ z GRUPĄ.
- NIE! - rzuciłam lakonicznie.





piątek, 2 maja 2014

Takie sobie bajdurzenie Gruszki...

     Dziś chciałam trochę pobajdurzyć...
Ponieważ mój świat ostatnio oscyluje wokół  malusieńkich, przeuroczych ludzików różowiutkich i pulchniutkich,  które są wpatrzone z taką ufnością w nas - dużych ludzi, to będzie coś a propos. 
    Szłam sobie wczoraj rano do piekarni.
Dróżka koło ogrodzenia wiedzie, słoneczko poranne przeświecało przez zieloniuchne listeczki drzew, rzucając promyki przez nie niczym przez drobniutkie szybki witraży...
      Mijałam właśnie starszą kobiecinę z psem.
Ubrana bardziej niż skromnie. Stare, niemodne spodnie, jakiś wytarty płaszczyna...Ot, bieda taka emerycka, jakiej sporo tu, na moim Grochowie.
Wołała swojego psinkę, może jedynego przyjaciela. Spojrzała na mnie szarymi oczami w pajęczynie zmarszczek. 
- Taki maleńki ptaszek, a jak pięknie śpiewa - odezwała się, wskazując ręką na koronę drzewa, a oczy jej pojaśniały zachwytem.
      Popatrzyłam , ale ptaszka nie zobaczyłam. Natomiast usłyszałam rzeczywiście wesołe świergolenie z innego drzewka, widać mały skrzydlaty śpiewak zdążył przelecieć w nowe miejsce i wznowił swoje trele z innej zielonej "estrady".
Czy wiecie dlaczego o tym piszę?
     Ano dlatego, że pomyślałam sobie, że w tym codziennym kieracie, człowiek nie dostrzega wielu rzeczy, na które może patrzeć, których może słuchać tak zupełnie za darmo, mimochodem, wystarczy tylko czasem chcieć spojrzeć gdzieś wysoko...Albo nisko.
     I ta starsza, uboga kobiecina, pewnie żyjąca w niedostatku, potrafiła jednak popatrzeć na świat w taki sposób, w jaki powinien spojrzeć czasem każdy człowiek: bogaty biznesmen w nowym BMW, student Ekonomii, sekretarka dyrektora, hydraulik, minister...
     Popatrzeć w chmury nie tylko po to, by ocenić stan pogody i praktycznie podjąć decyzję co na siebie włożyć, czy wziąć parasol, ale po to, by podziwiać ich fantastyczne kształty...
Kiedyś, dawno, dawno temu w dzieciństwie czytałam taki wierszyk:

Słonko majowe
Ze snu już wstaje,
We mgłach różowe 
Wyzłaca gaje,
Przez chmur koronkę
Patrzy ciekawie,
Biegnie przez łąkę
Kąpać się w stawie,
Promyki drżące 
Po drzewach wiesza
I budzić drżące
Kwiatki pospiesza;
Ukradkiem, z cicha
Pączki rozwija
I w lot z kielicha
Rosę wypija(...)

Prawda, że piękne? To fragment wiersza Asnyka pt. "Przebudzona".
     I ten wiersz właśnie sobie przypomniałam gdy tak to kwietniowe słońce przeświecało przez "chmur koronkę" i przez zieloniuchne listeczki drzew... 
     Ile razy patrzycie na źdźbła trawy, krzątające się mrówki czy nawet bąki albo pszczoły krzątające się na ukwieconej łące?
Czy zdarza Wam się podziwiać kształty kielichów czy koron kwiatów, których misterności "wykonania" nie powstydziłby się najznamienitszy mistrz złotnictwa?
    Przepięknie pisał o tym cudownym świecie w spojrzeniu makro  Leśmian w wierszu "W malinowym chruśniaku":

(...)Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory
I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty
(...)

Prawda, że prześliczne?

     Piszę o tym z kilku powodów...
W dzisiejszym, zwariowanym świecie zapominamy o romantyczności, która tkwi w każdym z nas, w jednych może więcej, w innych - mniej, ale jednak...
I warto czasem popatrzeć na świat oczami dziecka.
      Bo tylko małe dziecko pojmuje świat tak naturalnie, patrzy z zadziwieniem, z zaciekawieniem na najprostsze zjawiska i rzeczy codzienne, których my, dorośli w zasadzie nie dostrzegamy...A szkoda!
     Dziecko patrzy na kotka i widzi puszyste zwierzątko, które jest miłe, miałczy, ma wąsiki, nosek, oczki...My natomiast często myślimy o tym, że drapie, a jego sierść wywołuje alergię. 
     Trzyletni dzieciak widzi gołąbki i zachwyca się nimi, my natomiast myślimy ze złością, że zanieczyszczają balkony, są plagą, roznoszą choróbska...
      I dlatego uważam, że czasem jednak przydałoby się nam popatrzeć na otaczający nas świat jak ten maleńki człowieczek...
     Spojrzeć na księżyc i gwiazdy, popatrzeć jak wiatr gna chmury po niebie, przyjrzeć się gałązce bzu i powąchać jak pachnie kwiecie...
I to by było an tyle...
Korzystajcie z uroków miesiąca maja, moi Mili!



sobota, 19 kwietnia 2014

Grusia baja - Bajeczka przedświąteczna. O tym jak mały zajączek Bartek szukał wiosny.

- Mamusiu, kiedy przyjdzie w końcu ta wiosna? - zajączek Bartek w swym króciutkim życiu jeszcze nigdy nie widział wiosny, a bardzo był jej ciekaw. Wiedział, że wiosna jest gdzieś w jakimś miejscu i z tego miejsca miała przyjść tutaj. Ale już nie mógł się tej chwili doczekać!
     Jak każdy maluch, zasypywał swoich rodziców pytaniami: a po co?, a dlaczego?, kiedy?, jak?, gdzie? Takie już są małe dzieci i małe zajączki też!
- Mamusiu, a jak ta wiosna wygląda? - pytał dalej Bartek.
- Wiosna, syneczku, jest piękna! Jest pachnąca, jest jasna, jest ciepła, jest zielona! - odpowiedziała mamusia zajęczyca.
     Bartek zamyślił się. Och, jaki był ciekaw tej wiosny!
Myślał, myślał, aż wymyślił. Pójdzie poszukać tej wiosny!
     Bartek dobrze wiedział, że nie wolno mu oddalać się od domu, ale jego ciekawość była taka silna, a cierpliwość...malutka!
     Jak postanowił tak zrobił.
Gdy tylko mamusia zajęła się swoją pracą, a akurat zbliżały się Święta Wielkanocne i jak to przed Świętami każda mama i ona miała wiele zajęć, zajączek otworzył drzwi i już go nie było.
I tak zaczął podążać w kierunku pobliskiego lasku.
Koło lasu płynęła leniwie niewielka rzeczka - Leniwka. Na wielkim liściu koło wody siedziała sobie duża zielona żabka i wygrzewała się na słońcu.
- Dzień dobry pani Żabo! - przywitał się zajączek.
- Kum kum! - odpowiedziała żaba.
- Szukam wiosny! Czy pani przypadkiem jej nie widziała? - spytał Bartek.
- Kum! - odpowiedziała żabka i wskoczyła do wody.
A więc znów nic nie wiem...Nie wiem ani jak wygląda ta wiosna, ani skąd przyjdzie! - pomyślał naburmuszony zajączek. Potem pokicał dalej.
     Patrzy, a tu na łące pod lasem rośnie piękna młoda brzózka. Ma białą korę i zielonuchne listeczki szeleszczące na wietrze.
- Dzień dobry pani Brzózko! Czy nie widziała pani wiosny? Czy nie przechodziła tędy?
- Szuuuu szuuuu szuuuu! - zaszumiała Brzózka w odpowiedzi.
Od niej też chyba nic się nie dowiem - pomyślał zajączek z zawodem i poszedł dalej.
     Idzie, idzie, aż tu słyszy ćwierkanie ptaszków gdzieś w górze. Podnosi głowę ciekawie, a to gniazdko na gałązce drzewa, a w nim maleńkie ptaszki. Mama karmi je troskliwie, tata zaś rozgląda się dookoła, czy nie zbliża się niebezpieczeństwo. 
- Ptaszki, ptaszki, czy nie przechodziła tędy wiosna? - krzyknął do nich zajączek.
- Tirli tirli lilili! - odpowiedziały ptaszki, a zajączek doszedł do wniosku, że chyba już nigdy nie dowie się jak wiosna wygląda i zrobiło mu się przykro.
     Kicał sobie dalej markotno, słoneczko pięknie i mocno przygrzewało, ptaszki śpiewały na drzewach, w okół było zielono i wesoło. Kwitły piękne kolorowe kwiatki, ciepły wietrzyk miło dmuchał Bartkowi w uszka i futerko...Naraz chmurka przykryła słońce i pierwsze krople ciepłego deszczu spadły małemu podróżnikowi na nosek.
- Trzeba wracać - westchnął zajączek - deszczyk jest nawet przyjemny, ale troszkę już zgłodniałem...Pewnie będzie bura od mamy - pomyślał i zrobiło mu się nieswojo...
     Wrócił więc do swojego domku, a tam już mamusia z niepokojem wyglądała przez okno, a tata Zając szybko poruszał wąsikami paląc fajeczkę .
- Bartek, gdzieś ty był? - wykrzyknęła pani Zajęczyca na widok synka. Tatuś już się o ciebie zamartwia i jest bardzo zdenerwowany!
Mama Zajęczyca, choć wyglądała na złą i niespokojną, widać było, że odetchnęła z ulgą, że jej niesforne dziecko się odnalazło.
- Mamusiu, ja ciebie bardzo, bardzo przepraszam! - powiedział zajączek - już nigdy sam nie oddalę się od domu, już nigdy! - Bartek mówił to z wielkim przekonaniem i skruchą.
- Synku, jak mogłeś! - powiedział mama ze smutkiem i wyrzutem - bardzo martwiłam się o ciebie! I tatuś też!
- Mamusiu, ja tak chciałem wiosnę zobaczyć - wyszeptał zajączek - tak bardzo chciałem!
- No i co? Spotkałeś wiosnę? - spytała mama.
- Nie, nie spotkałem, widziałem tylko inne rzeczy!
I tu zajączek opowiedział mamusi o grzejącym mocno słoneczku, zielonej łączce, kwitnących kwiatach, zielonych drzewach w lesie, brzózce, ptaszkach w gniazdku i o ciepłym deszczyku.
Ale wiosny nie było! Nie było jej, mamusiu! Ani kawałka wiosny! - wykrzyknął na koniec Bartek.
- Głuptasku mój, to co widziałeś to była wiosna właśnie! I słoneczko i ciepły deszczyk i kwiatki i zielone listki i ptaszki w gniazdku! Oj ty moje małe "nicdobrego" - zakończyła mamusia i czule popatrzyła na swojego głuptaska, tak jak czasem patrzą wszystkie mamusie na świecie na swoje ukochane dzieci.
     I tak zakończyła się ta historia.

     A potem zaraz były Święta Wielkiej Nocy i wszyscy je spędzili razem: Bartek, jego rodzice i dziadkowie.
Wszyscy się śmieli i żartowali z tego, jak to ich Bartuś poszukiwał wiosny. I było bardzo wesoło!

     Z okazji Świąt Wielkiej Nocy, wszystkim Czytelnikom mojego bloga składam życzenia: spokojnych i radosnych Świąt, smacznego wielkanocnego jajeczka i umiarkowanie mokrego Dyngusa.




A tu kartka od Julki, którą dziś otrzymałam...
Będzie doskonałą ilustracją do tej bajeczki:)
Dziękuję Juleczko!
Pozdrawiam małego Szymonka i Jego Rodziców.





Ho , ho, ho! Czego tu nie ma? I malinki (mniam mniam) i motylki i biedronki i rybki i słoneczko!
Życzę wszystkim miłej , ciepłej i słonecznej wiosny!

niedziela, 13 kwietnia 2014

Bajka Grusi dla Julki - O Kolorowej Krainie i dwóch dzielnych malarzach

Idą dwaj malarze drogą
pomalować wszystko mogą
na zielono na niebiesko
księżycowo albo z łezką

Jak kto chce!
Jak kto chce!

Malarski fach, malarski fach
domalowuje czego brak!
I jeszcze raz,
i jeszcze tak!
Oddajcie do remontu cały świat!

Była sobie kiedyś taka mniej więcej piosenka...

Nie wiem, czy wiecie, kochane Maluszki, dlaczego powstała i o kim?
Nie?
To posłuchajcie.

      Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za siedmioma morzami, była sobie bardzo szczęśliwa kraina. Nazywała się ona Kolorową Krainą.
Piękne to było królestwo, jak z kolorowego obrazka.
     Rzadko tam padał deszcz, a jeśli już to tylko wtedy, gdy potrzebowały tego kwiatki i drzewa.
Zaraz po deszczu na niebie rozpościerała się wielobarwna tęcza i znów świeciło słońce.
A słońce to ciepło i radość, to światło i śmiech!
Bo słoneczko lubią wszyscy!
     Drzewa tam miały soczyście zielone listki, rosły na nich czerwone jabłuszka, fioletowe śliweczki, żółciutkie, pyszne gruszki, ciemnoczerwone wiśnie.
Wiosną natomiast, aż biało było od kwitnącego kwiecia na drzewach, a łąki  kipiały przepysznymi barwami kwiecia! 
     Wzgórza były zielone, rzeczka - jak błękitna wstęga, niebo - lazurowe po którym płynęły białe obłoczki podobne do baranków.
     Domy miały czerwone dachy pokryte dachówką. Pomalowano je na różne kolory: żółty, różowy, liliowy, zielony, kremowy i niebieski.
     W środku miasta mieścił się ryneczek, a przy nim stał ratusz. Był to najładniejszy budynek w mieście. Miał kolor lodów malinowych i strzelistą wieżę z zegarem.
     W ratuszu urzędował pan burmistrz. Człowiek dobry i mądry i uczciwy.
Sprawował on władzę w mieście i decydował o wielu ważnych rzeczach. A że miał charakter jak kryształ, wszyscy go kochali, szanowali i chętnie przychodzili do niego po radę.
     Pan burmistrz miał żonę Katarzynę i dwie miłe córeczki - Anię i Hanię.
Dziewczątka były już panienkami na wydaniu, ale specjalnie im się do zamęścia nie spieszyło, bo nie ma jak u mamy i taty. Rodzice kochali swoje bliźniaczki bardzo i radzi byli im nieba przychylić!
I tak toczyło się życie w tej szczęśliwej Kolorowej Krainie, gdzie wszyscy się sobie kłaniali, byli życzliwi dla siebie, pomagali sobie wzajemnie i uśmiechali się jeden do drugiego.
     Pewnego dnia w miasteczku pojawiła się zła czarownica Złoślicha.
Zjawiła się nie wiadomo skąd i nie wiadomo jak!
     Gdy stanęła tylko na kolorowym, wesołym ryneczku, słońce ze strachu aż schowało się za chmurkę! Rosnące na klombach kolorowe kwiaty aż pobladły z lęku, a ptaszki zamilkły naraz i skryły się w listkach drzew.
     Czarownica była brzydka i zła. Towarzyszyli jej synowie - Zławoj i Szpetol. Byli oni równie źli i złośliwi jak ich matka.
Złoślicha zatrzymała się przed ratuszem, a potem śmiało przekroczyła próg drzwi.
Stanęła przed obliczem dobrego pana burmistrza.
- Witam panią - odezwał się burmistrz uprzejmie, choć nogi mu lekko zadrżały, widząc tę szpetną personę. Ale zę zawsze starał się zachowywać kulturalnie, wysilił się na grzeczny ton. Czym mogę pani służyć? - spytał czarownicę.
- Panią? Hahahahahaha - zaśmiała się wiedźma złośliwie - ślepy jesteś? Nie widzisz, kim jestem?
- Widzę panią, ale nie wiem z kim mam przyjemność - dalej grzecznie powiedział burmistrz z lekkim wahaniem w głosie.
- Przyjemność? Nie jestem tu dla twojej przyjemności, człowieku! Jestem czarownica Złoślicha, a to moi synkowie: Zławoj i Szpetol! Piękni i zacni kawalerowie! Przybyłam tu z nimi, bo słyszałam, że masz dwie córki, bardzo urodziwe, pracowite i co najważniejsze, bogate! Takich właśnie trzeba mi synowych! Moi synowie swoje lata mają, potrzebują żon!
- Dziwne są słowa twoje - zdziwił się pan burmistrz - mam, rzeczywiście dwie córki, ale....Przecież ja was w ogóle nie znam! Nie wiem też, czy moje dziewczynki będą zainteresowane wyjściem za mąż za twoich synów.
- Mamo, co on gada? Mamo, co to znaczy? Przecież nam obiecałaś te bogate dziewuchy! - zaskrzeczał Zławoj jak żaba.
- Właśnie! - odezwał się Szpetol głosem zgrzytającym i niemiłym - obiecałaś i co z tego? Słyszysz co on gada? - synowie zachowywali się bez żadnej grzeczności i kultury, wcale nie krępowała ich obecność pana burmistrza.
- Cicho! - zgromiła ich wiedźma - Ja nie przyjechałam tu na czcze rozmowy, ja tu przybyłam w konkretnym celu, dawaj dziewuchy albo... - zagroziła skrzekliwie.
- Nie strasz mnie, czarownico! - odezwał się stanowczo burmistrz - moje córki to nie przedmioty i dawać ci ich ani myślę! Wracaj skąd przybyłaś i dobrze zamknij za sobą drzwi! 
- Takiś ty! No to mnie zapamiętasz! Jeszcze zobaczymy, czyje będzie na wierzchu! - już całkiem wściekłym głosem wrzasnęła Złoślicha - chodźcie synkowie, nic tu po nas!
Jak szybko się pojawiła , tak zniknęła. Jej synowie też.
Ale zanim wyszła, wymamrotała coś pod nosem i zarechotała obrzydliwie.
A potem już jej nie było!
     A kraina zmieniła się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w ciągu jednej chwili nie do poznania!
Niebo wyblakło i przybrało szarą barwę. Słońce schowało się za czarną, złowrogą chmurą. Drzewa smutno opuściły gałązki na których nie było już zielonych listków tylko szare...Wszystko straciło kolory!
     A ludzie? Stali się w jednej chwili zupełnie innymi istotami! Miasto przypominało czarno-białą fotografię, a mieszkańcy byli smutni, zgryźliwi i źli. Już nie uśmiechali się do siebie i zaczęli się kłócić! Każdy zamknął się w swoim szarym domu i nie miał ochoty na żadne kontakty z lubianymi, jeszcze niedawno, sąsiadami!
     I tak kraina szczęśliwa zmieniła się w smutną i nieszczęśliwą! 
A z jej słynnej urody i wielobarwności nie pozostało nic! 
     I tak od tej pory, toczyło się życie w Kolorowej Krainie, która kolorowa była już tylko z nazwy...
W miasteczku zapanował smutek, deszcze padały tam coraz częściej, a słonko już tylko czasem wyglądało nieśmiało zza chmurki i rzucało blady promyk w stronę rynku...
      Aż pewnego dnia....
A dzień był wtedy wyjątkowo smutny i deszczowy...
W mieście pojawiło się dwóch przybyszów.
     Jeden z nich miał na imię Franio, drugi Antoś. Byli to młodzi, weseli ludzie. Ubrani byli w malarskie kombinezony, a w rękach dzierżyli walizki. W walizkach mieli farby, pędzle i wszystko co jest potrzebne do malowania, bo byli to malarze i to wyjątkowo zdolni artyści.
     Malarze rozglądali się ciekawie po smutnym mieście, aż trafili na ryneczek...
Tam, przed budynkiem ratusza , niegdyś pięknego i kolorowego, teraz koloru szarego, stał smutny pan burmistrz. Obok niego stały dwie prześliczne, lecz bardzo smutne panienki...Łezki miały w pięknych szarych oczach i prawdziwy głęboki smutek bił z ich mizernych twarzyczek.
- Mamy na imię Franciszek i Antoni i szukamy pracy. Jesteśmy malarzami - przedstawili się chłopcy grzecznie. Co tu się dzieje? - nie mogli powstrzymać się od pytania.
- Jestem burmistrzem tego miasta, a to moje córeczki - Ania i Hania. Kiedyś była to bardzo szczęśliwa kraina, a teraz - i tu burmistrz opowiedział wesołym chłopakom smutną historię miasteczka. Gdy wspomniał o złej czarownicy i jej synach, łzy zaszkliły mu się w zmęczonych oczach. I tak zaklęcie trwa do dziś - zakończył ze smutkiem.
- Nie ma się co martwić! - zuchowato krzyknął Antoś.
- Jak to? - spytał smutny pan burmistrz.
- My to załatwimy w mig! - zaśmiał się Franek.
- W końcu to nasz fach! - zakrzyknęli pewnie malarze.
     I tak wzięli się do roboty.
Wyciągnęli z walizek farby, pędzle i pracowali zawzięcie!
W dwa dni wszystko wyglądało jak dawniej!
Niebo było błękitne, trawa - zielona, kwiaty - kolorowe, domy - żóte, niebieskie, liliowe, czerwone dachówki zdobiły spadziste dachy. Rzeczka znów nabrała swojej dawnej barwy, a słoneczko  zaświeciło wesoło. Deszcz przestał padać, a nad miastem ludzie zobaczyli siedmiobarwną tęczę!
     Zadzierali głowy w zachwycie i śmieli się w głos. Znów zapanowało szczęście, zgoda  i dobro!
Pan burmistrz nie posiadał się ze szczęścia.
     Jego córeczki znów miały kolorowe sukienki, rumieńce zdrowia na buziach, czerwone usteczka i oczy koloru chabrów polnych! Uroda ich aż oczy rwała!
     Nie uszła ona uwagi Frania i Antosia, wodzili za dziewczętami zakochanymi oczami!
Frankowi "wpadła w oko" Ania, Antkowi - Hania. 
     Dziewczynom także spodobali się weseli i pracowici chłopcy! 
Burmistrz widział co się "święci" i uśmiechał się tylko pod sumiastym wąsiskiem koloru rudego!
     I chyba domyślacie się jak zakończyła się bajka?
Malarze zostali w Kolorowej Krainie. 
Burmistrz wraz z żoną oddali im ręce swoich córek. Franek poślubił Anię, Antek - Hanię i żyli długo i bardzo szczęśliwie w tej wyjątkowej krainie.
     A gdy tylko zblakła jakaś chmurka lub bodaj najmniejszy kwiatek, natychmiast zjawiał się Franio albo Antoś z farbami i pędzlami i szybko poprawiali to, co było do poprawienia!

I tak się kończy ta bajeczka, a może wcale nie bajeczka, kto to wie?




środa, 9 kwietnia 2014

Lusia cz. II

     Studniówka była dla niej totalną klapą. Nie dość, że nie tańczyła ani razu ze Zbyszkiem, to jeszcze doczepił się do niej ten krasnal klasowy Sławcio...Snuł się za nią jak cień. Deptał jej po piętach. Dosłownie i w przenośni.
     Już dawno zwróciła uwagę, że gapi się na nią...Siedział w pierwszej ławce i praktycznie przez cały czas, kiedy to było możliwe, przodem do niej, a tyłem do tablicy. Głupek!
     Zresztą...może na nią, może nie na nią...I tak było jej wszystko jedno. Sławek był pół głowy niższy od niej, miał okulary i w ogóle nic ciekawego! Nawet nie pomagało to, że doskonale znał matematykę. Pajac i tyle!
     No, ale nie wypadało nie zatańczyć jak ją prosił...A prosił ją stanowczo zbyt często!
I jeszcze potem te pamiątkowe zdjęcia, na których dziwnym trafem, zawsze gdzieś w tle się znalazł! Jego twarz jak jakaś rozmazana zjawa a to z prawej, a to z lewej jej strony, straszyła z fotek! Pfe!
      Mijały dni...Niedługo matura. Lusia język polski miała opanowany znakomicie. W zasadzie nawet nie musiała się uczyć, lubiła literaturę w każdym wydaniu, wiersze, prozę, Pozytywizm, Romantyzm, międzywojenną...Nawet tę odrodzeniową...I wszystko jakoś tak samo wchodziło jej w głowę...
       Choć nigdy nie uczyła się wierszy ani cytatów, potrafiła nimi sypać jak z rękawa, czy to Kochanowski, czy Pasek, czy Mickiewicz czy Wyspiański...
Za to matematyka...Tragedia!
Mało, że tragedia, pełna porażka, horror, kamieniołomy, syzyfowa praca....
      Nie zdam, nie ma najmniejszych szans! - myślała Luśka z przerażeniem...Z tego wszystkiego nie mogła jeść i zrobiła się jeszcze bardziej podobna do patyczaka, jednego z tych hodowanych w biologicznej pracowni, w akwarium...Patyczak albo pająk!
     Matematyka ma to do siebie, że nie można się jej specjalnie nauczyć! Wyryć regułki, formułki, wzory, owszem, ale logiki i konstrukcji, to już nie za bardzo...Można ostatecznie ćwiczyć, przerabiać setki zadań, ale...
      Jednym słowem Luśka miała wstręt do matemartyki i ani myślała ślęczeć nad nią , tym bardziej, że była święcie przekonana o bezcelowości tego zajęcia, nawet gdyby...
     Jak ktoś głąb, to głąb - wymyślała sobie w duchu rozgrzeszając się z wszelkich prób wysiłku i załamywała się coraz bardziej....
      Do głowy przychodziły jej różne, czasem głupie pomysły...
Może by tak zachorować na maturę z matmy - myślała w panice...Tylko...co to da? Może i da - odpowiadała sobie od razu - podobno ci, co piszą w dodatkowym terminie mają łatwiejsze...
Gdzieś cztery tygodnie przed maturą zachorowała naprawdę. Zapalenie oskrzeli...
Fatalnie. 
      Jakoś po kilku dniach jej choroby zadzwonił telefon...
- Do ciebie - powiedziała lakonicznie mama.
- Kto? - spytała Lusia z przestrachem. Nieczęsto zaszczycano ją telefonami. Nie była bardzo towarzyska.
- Chyba jakiś kolega z klasy, przedstawił się Sławek jakiśtam - mama nie była ciekawska, dyskretnie wyszła z pokoju...
- Słucham - zaczęła niepewnie Lusia.
- Cześć. Mówi Sławek. Wiesz, dzwonię do ciebie bo...ciebie nie ma...
- Jak to nie ma, jak jestem? - burknęła niezbyt przyjemnie Lusia. 
- W szkole cię nie ma...Powtórki są organizowane z matematyki, a ty... - Sławek był trochę zbity z tropu.
- Chora jestem, nie wychodzę - wykrztusiła dziewczyna nosowym głosem.
- No tak...Ale dobrze by było...To znaczy...Wiem, że..nie lubisz się z matematyką za bardzo, a matura zaraz - wykrztusił Sławek.
- Nie lubię i zdać nie mam zamiaru - Lusia jakby chlipnęła przez słuchawkę.
- Nie mów tak. Musisz zdać. Musisz! - chłopak ton miał zdecydowany jak nigdy.
- Nic nie muszę! Daj mi spokój, chora jestem - rozpłakała się Lusia.
- Dobra. Jestem u ciebie za dwadzieścia minut. Pouczymy się razem - raczej stwierdził niż zaproponował kolega.
- Taaaaa????
- Tak. Podaj adres!
- Teatralna 7 m. 43 - Lusia sama nie wiedziała, jak to się stało, że zgodziła się na taki układ. Chyba było jej już wszystko jedno...A może trzeba jej było właśnie tego kategorycznego postawienia jej przed faktem?
     Sławek był po 20 minutach obładowany dwoma zeszytami, książką i zbiorem zadań...
Luśka nie czuła się zbyt dobrze, kasłała, ale nie miała gorączki. 
I tak rozpoczęła się nauka. Wspólna, na początku mało efektywna, później było coraz jaśniej w głowie lusinej...
      Sławek okazał się wspaniałym wykładowcą i nauczycielem. Miał do niej tyle cierpliwości. No i potrafił ją zachęcić do wysiłku. Gdy tylko coś jej się udało, wychwalał ją pod niebiosa!
I Luśka powoli "wychodziła na prostą", ze zdrowiem także.
Okazało się, że wcale nie jest takim znów "głąbem" tylko po prostu typowym matematycznym leniem. 
      Trzeba też przyznać, że niespodziewanie zmienił się jej stosunek do kolegi...Zauważyła, że wcale nie jest taki nieciekawy i...ma bardzo ładne oczy, które czasem odsłaniał przecierając szkła okularów...
     Nigdy przedtem nie widziała tych jego granatowych oczu tak z bliska...
Miał też piękne ciemne brwi, które...dodawały mu męskości - to stwierdziła z zaskoczeniem pewnego dnia. Słyszane rzeczy! Taki krasnal!
     Potem to już była matura.
No, bez cudów i rewelacji, ale Lusia miała przynajmniej komfort czystego sumienia. Starała się.
Na wyniki czekali z drżeniem serca.
Oczywiście Sławkowi poszło znakomicie. Geniusz matematyczny!
     Ale widać było, że bardzo martwił się o swoją "uczennicę". Zdawał sobie sprawę, że choć włożył tyle wysiłku, poświęcił jej tyle swojego czasu, pewnych rzeczy nie dało się odrobić...Stąd był niespokojny, czekał przygryzając dolną wargę na wyniki...
W końcu wywiesili!
       Sławek - piątka, Lusia - trójka! 
Ufffff!!!!!
Powietrze z nich zeszło...
     Lusia miała w oczach łzy szczęścia...Już po wszystkim...
Nawet nie wiedziała kiedy, znalazła się w ramionach Sławka...
Nawet nie wiedziała kiedy, jej usta znalazły się na jego policzku...
- Dziękuję ci, to dzięki tobie - wyszeptała z wdzięcznością.
- Eeeee tam - Sławek był wzruszony i jakiś taki...speszony...
- Zapraszam cię pod kaktusy na...lody, ciacha, co chcesz! - Lusia kipiała w euforii..
- Ale nie musisz...Nie musisz mi się odwdzięczać...Przecież wiesz...Ja bym wszystko dla ciebie...- wykrztusił Sławek.
- Nie muszę, ale chcę! - Lusia nieśmiało wzięła go za rękę...
      I co nabardziej zaskakujące dla niej samej, poczuła jak mocniej bije jej serce...
Poczuła też jakąś taką serdeczność do tego krasnala, jakąś tkliwość, wzruszenie i... sama nie wiedziała kiedy, pocałowała go mocno w usta, a on odwazjemnił jej pocałunek.
A zrobił to tak czule, jakby na ten moment czekał całe życie...