wtorek, 19 sierpnia 2014

Bajka Grusi dla Dzieciaków: Kasi, Karolka, Marcinka, Asi i wielu, wielu innych - O dziwnej krainie Daba Bok.

       Gdzieś daleko, daleko, za dziewięcioma zakrętami, za trzema mostami, za czterystoma skrzyżowaniami ulic, była sobie czarodziejska kraina, a raczej królestwo - pod nazwą Daba Bok. 
      Dziwna nazwa prawda?
Bo i ludzie byli tam bardzo dziwni.
       Krainą rządził Król Maciej, władca - widmo.
Nikt go nigdy nie widział, ale powiadali, że jest, wszystko widzi, wszystko słyszy i o wszystkim wie.
     Miał on swoich zauszników, którzy byli mu wierni i posłuszni.
Wspólnym dobrem wszystkich obywateli królestwa było pomnażanie wspólnego, rzecz jasna, majątku, o czym przypominali poddanym przy każdej nadarzającej się okazji  najbliżsi dworzanie i radcy króla Macieja.
       Raz w miesiącu heroldowie trąbili na wszystkie cztery strony świata aby zebrać wszystkich poddanych i oznajmić im, a raczej po raz kolejny przypomnieć, jacy są szczęśliwi w królestwie i ile daje im przyjemności praca dla dobra Daba Boka. 
       Nie obywało się bez okrzyków pełnych aplauzu i aprobaty dla króla, podsycanego i inicjowanego, rzecz oczywista, przez zauszników i wiernych służących. 
       Oni to byli zresztą sowicie wynagradzani, bo pozostali poddani musieli się zadowolić czym bądź. Ale i tak cały czas uśmiechali się, byli zadowoleni  i czerpali satysfakcję z pracy dla budowy wspólnego dobra.         Tak długo już słyszeli peany na temat sprawiedliwego króla, tak wiele pieśni pochwalnych o tym, jak szczęśliwa jest ich kraina, jak cudownie się żyje obywatelom Daba Bok, że...w końcu w to uwierzyli. Tym bardziej, że dbano o to, by osłodzić im trud pracy, rzucając temu i owemu jakiś ochłapek ze stołu pańskiego. I tak trwało, trwało i trwało...
      Szarzy obywatele pracowali w pocie czoła, czesem nawet nie będąc wcale wynagradzanymi za pracę, ale i tak się cieszyli i uśmiechali, bo w końcu ufali, że pracują dla dobra ich wszystkich. 
      Ci, którzy bardziej wykazywali się zaangażowaniem i okazywali entuzjazm, byli od czasu do czasu wynagradzani i chwaleni i to już był powód dla pozostałych poddanych, by patrzeć na nich z podziwem i samemu mobilizować się do jeszcze bardziej wytężonej pracy. 
     Aż pewnego dnia zawitała w królestwie dzielna, choć skromna Gruszka.
Gruszka była pracowita i ambitna, więc szybko uzyskała tytuł honorowego obywatela państwa Daba Bok. 
     I tak zaczęło się jej życie w tym cudownym królestwie.
Jednak z upływem czasu, nowa obywatelka, zauważyła, że królestwo to wcale nie jest znów taką krainą "mlekiem i miodem płynącą". Patrzyła na szare i zmęczone twarze ludzi, którzy ciężko pracowali w pocie czoła, nie uzyskując za to godziwej zapłaty, a jedynie łaskawe spojrzenie zauszniow króla lub uścisk ich dłoni albo też odznaczenie...orderem z papieru. Niewartościowego!
     Czasem też byli oni chwaleni, klepani po plecach, a czasem nawet dostawali w nagrodę jakiś bardzo skromny i tani  przedmiot, ale cieszyli się, bo było to dla nich wyróżnienie. 
     Obywatele przyzwyczaili się już do porządku panującego w królestwie, kto przejrzał na oczy i zorientował się, że z uśmiechem na twarzy wykorzystuje się go jako tanią siłę roboczą, uciekał gdzie pieprz rośnie.
      I takich było coraz więcej, więc kraina pustoszała.
Spędzało to sen z powiek króla Macieja, ale jego zausznicy pocieszali go, że na miejsce tych, którzy się wynieśli przyjdą inni, nowi. Tak też się stawało. 
      I tak przez lata nic się nie zmieniało, zwykli poddani nadal wykonywali najcięższą pracę, uśmiechając się z przyzwyczajenia, a król i jego zausznicy zbierali krocie i żyli jak przysłowiowe pączki w maśle. 
     Czekacie zapewne na szczęśliwy finał tej bajki, moi mili Czytelnicy?
Otóż nie, zakończenia nie będzie. Bajka trwa nadal. I nic się w niej nie zmieniło.
      Nadal król i zausznicy mają się świetnie, heroldowie głoszą dalej na wszystkie strony świata wieść, jak to cudownie i szczęśliwie żyje się w krainie Daba Boka, a poddani pracują, pracują i pracują smutno się uśmiechając i nie licząc już od dawna na jakąkolwiek zmianę na lepsze. Ale w końcu nawet smutny uśmiech uśmiechem pozostaje.... 
      Tylko czasem ktoś odjeżdża zabierając ze sobą innych...Ale zaraz na ich miejsce przyjeżdżają nowi obywatele, pełni zapału do pracy, zachwyceni czystym dźwiękiem trąb heroldów, owacjami i brawami tłumu oraz wierzący w to, że kraina ta jest naprawdę wspaniała i cudowna. Bo w coś w końcu trzeba wierzyć, prawda?
     I na tym koniec tej historii bez finału i bez morału.
Kto jej nie rozumie, to trudno, wiem jednak, że Kasia, Karolek i inni będą wiedzieli o czym dziś Grusia zabajała...
I jeszcze jedno, moi mili. Takich krain na świecie jest bardzo, bardzo wiele, zastanówcie się, może i Wy jesteście obywatelami jednej z nich....

niedziela, 17 sierpnia 2014

Sztuka forever

Dziś na temat sztuki. W zasadzie "sztuki".

       Nasz znany i popularny aktor Andrzej Grabowski, w ostatnim czasie zbulwersował pewne środowiska swoją wypowiedzią, odnośnie gejów, jak również golizny w sztukach teatralnych. Jako sympatyk PO zaskoczył zapewne swoich  kolegów z popieranej przez siebie partii (i nie tylko) - znanych z nonszalancko i ostentacyjnie wypowiadanych poglądów - w duchu pro europejskiej kultury czyli "wolność, tolerancja ale tylko dla wybranych", swoją mocno konserwatywną wypowiedzią.




- Sensu nie mają takie przedsięwzięcia jak adaptacja Szekspira, w której to na scenie ma miejsce gwałt, gdzie jeden goły chłopiec posuwa drugiego. To skończyło się zresztą tak, że jeden z tych chłopców jakoś przez to przeszedł, ale drugi płakał jak dziecko, tak bardzo nie chciał tego robić. Ale... robił, ponieważ bał się, że jeśli odmówi, to zostanie wyrzucony. I to jest naprawdę straszne - wyznał na łamach książki.
Gwiazdor nie tylko sprzeciwia się "gejowskiemu lobby", nie popiera też zbyt dużej nagości w teatralnych sztukach. Jak twierdzi, rozbieranie się na scenie jest obrzydliwe.
- Po co 10 gołych skaczących chłopaczków albo stara aktorka, która chodzi naga przez cały akt? Genialna aktorka nie musi być naga. To wszystko jest na siłę. To jest nagość wymuszona, sztuczna, nieprawdziwa i mało artystyczna.
- Po co te stare baby i starzy faceci rozbierają się i epatują tymi zeschniętymi członkami? Dlaczego wynaturza się wrażliwość młodych aktorów? I to w dodatku za nasze podatki?
- dodał serialowy Ferdek.
Według Grabowskiego, we współczesnych przedstawieniach za bardzo epatuje się nagością, co jest krępujące nie tylko dla obnażających się na scenie aktorów, ale także obserwujących ich widzów.
http://aleseriale.pl/gid,14784,img,398012,page,5,fototemat.html

       Ostatnio opinię publiczną zbulwersowała "sztuka" pod tytułem Golgota picnic..Były protesty, byli też obrońcy. Że niby jak się nie podoba - nie oglądać. Dla mnie to żaden argument za tworzeniem takiej ohydy.
W dodatku za nasze czyli społeczeństwa, pieniądze. Nie będę komentować tego spektaklu, szkoda mi paluszków na to...coś co ze sztuką ma niewiele wspólnego, za to wiele z prowokacją katolików, intencją ich obrażenia oraz ze zwyczajnym brakiem wszelkiej przyzwoitości.
        Nie wiem, czemu ma służyć wystawienie podobnego łajna, chyba tylko ma za zadanie zrobienie szumu medialnego wśród jego , pożal się Boże , twórców.
       Mieliśmy już wiele przykładów na to, jakich środków używa się by zaistnieć, jak np. obraz "Adoracja" (Jacek Markiewicz 1992 r.) prezentowany w ramach wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej. Na szczęście dwa zawiadomienia trafiły do prokuratury. I bardzo dobrze. Katolicy mają prawo i obowiązek protestu przeciwko obrażaniu i urąganiu temu, co dla nich ważne.
       W  islamie by takiemu autorowi odrąbali łeb, tu i tak ma szczęście, ludzie załatwiają sprawę pokojowo i na drodze prawnej. Nie będę już wspominać CO obraz przedstawia, napawa mnie to niesmakiem, kto jest ciekawy, a nie wie, niech sobie wygoogluje.
       Ale do czego zmierzam? Ano do tego, że ci pożałowania godni "artyści" prześcigają się w pędzie do zszokowania odbiorców i do tego, by zostać zauważonym. Bo niczym innym nie potrafię sobie wytłumaczyć tworzenia podobnego....wiadomo czego. 
       Poruszony przeze mnie temat nie dotyczy tylko symboli religijnych i sfery religii w ogóle. Dotyczy także wszelkiej, nazwijmy to, OBYCZAJOWOŚCI.
       Pokazuje się przemoc i perwersję nie tylko w teatrze, kinie, ale także w utworach młodzieżowej muzyki. I najgorsze jest dla mnie to , że takie plugastwo trafia do młodych ludzi i czyni spustoszenie w ich umysłach i sercach.
      Przesadzam? Nie sądzę.
Że oni się nie przejmują, że się z tego śmieją? Być może, ale to jeszcze gorzej, znaczy, że zatracili wrażliwość...Czy o to chodzi by wychować ludzi bez zasad, bez uczuć, bez wrażliwości? 
Aaaaa...prawda, wszak to nas czyni niewolnikami, te konwenanse, ramy...Ta przestarzała przyzwoitość....
A my mamy być WOLNI od tych wszystkich obciążających nas czynników...Taki teraz trend, to ma nam dać szczęście!
       Jeśli ja, osoba wiekowo dojrzała, przeżywam przeczytany tekst piosenki przez trzy dni, nie mogąc się pogodzić z tym, że ktoś tworzy podobne bezwartościowe, działające destrukcyjnie i niszcząco na młodzież, gówno (przepraszam, ale nie umiem inaczej nazwać tego na co natrafiłam, zresztą przy pomocy młodych ludzi - moich znajomych dzieciaków, również zbulwersowanych tekstem).
      Może pokrótce przedstawię treść.
Czytałam go z obrzydzeniem , tekst jest w odbiorze POTWORNY i ODRAŻAJĄCY więc nie chcę już drugi raz wracać do niego i sprawdzać, czy dobrze go zapamiętałam, zresztą szczegóły nie mają tu znaczenia.
      Otóż treść. Chłopak poznaje w jakimś klubie dziewczynę. Szybko się dogadują i razem lądują u niego w mieszkaniu. Dziewczyna jest bardzo zdecydowana i wie czego chce, więc nim on "wyskakuje z butów", ona już stoi naga. Jak się domyślam, dziewczyna jest dość wyzwolona. Ma na łopatkach tatuaże kruków i w ogóle jest trendy i cool. W trakcie igraszek miłosnych proponuje chłopakowi "zabawę" dla wzmocnienia efektu doznań. Podduszanie oraz bicie. Chłopak wczuł się w rolę tak bardzo, że tłukł "ukochaną" aż ją zabił.        Trudno było jednak mu się z tym pogodzić, że przesadził, nawet ją przepraszał, ale cóż. Wypadek przy pracy.
       No i tu było najpotworniejsze. Użył jeszcze ciała dziewczyny (nekrofilia) po czym przebrał je w suknię ślubną swojej matki i się jej oświadczył. Byłoby nawet miło, gdyby nie to, że ciało się zaczęło psuć, ale wytłumaczył sąsiadce, która się skarżyła na smród, iż to kuchnia arabska (czy jakaś inna, nieważne). Potem to już tę pannę nadpsutą zjadł częściowo, a częściowo se zachował na pamiątkę, częściowo zdaje się spalił w piecu. Kruki z łopatek chyba powycinał, bo był sentymentalny.
      Fajne co? To jest sztuka, nie zapominajcie! Tego słuchają wasze dzieci! To jest licentia artistica!
No i taka to była właśnie miłość wielka , do grobowej deski, nie czytałam tekstu od połowy bardzo dokładnie, gdyż mnie zemdliło. I jak sobie przypomnę to jeszcze mnie mdli.
       Po co takie świństwo tworzyć i propagować to nie wiem...
Co to ma na celu, chyba tylko podsuwanie pomysłów i pobudzanie wyobraźni młodych ludzi, bo jeden ze wstrętem zareaguje jak ja, a inny będzie może chciał spróbować...Ohyda. "Sztuka" dla zboczeńców.
      Jeśli mi nie wierzycie to polecam grupę Słoń. Tytuł: Love forever czy jakoś. Ta grupa ma jeszcze "lepsze" teksty podobno, ale nie patrzyłam. Nie wiem nawet czy to grupa czy jakiś zboczony wykonawca lub wykonawczyni tfu! Ale na pewno ma fanów i to rzesze...Bo to takie...oryginalne!
      To by było na tyle o "sztuce" bez granic, bez zahamowań, bez cenzury.
O TAKE WOLNOŚĆ WALCZYLIŚMY, prawda?

sobota, 16 sierpnia 2014

Retrospekcja

Kochani moi Czytelnicy,

       Na wstępie chcę zaznaczyć, a propos poprzedniego mojego wpisu, iż sklerozy nie mam, bo o swoim dzieciństwie pisałam już nie raz, ale....
      Cóż, musicie mi wybaczyć. Nie macie innego wyjścia. 
Ta retrospekcja co i raz do mnie wraca...Prześladuje mnie, no!
     To były bardzo szczęśliwe chwile, choć nie było ani luksusowo, ani bogato...
Nie wirowała w łazience czy kuchni (u niektórych) pralka automatyczna, tylko prało się na starej Frani czy jak u mnie - Światowidzie z Myszkowa...
Pranie to był rytuał, to było MISTERIUM!
      Moczenie, pranie, gotowanie, płukanie farbkowanie i krochmalenie...Tyle było czynności. 
A jak fajnie kręciło się korbą wyżymaczki! Te duże sztuki były najgorsze! I woda brudna wylewana przez gumowego węża! Trzeba było pilnować, by nie przelało wiaderka!
Potem magiel.
A teraz co? Baba wrzuca do pralki, pierze, czasem suszy...Jaka robota?
      Przepraszam wszystkie "baby", ale ja jestem konserwatystka, nie feministka wyzwolona i baba to baba, chłop to chłop, a nie jakieś dżendery nie wiadomo co!
      Wtedy był czas, teraz nie ma...
I niektóre gospodynie nawet prasowanie ograniczają do minimum (ja-nie!).
      Dziś - płyta grzewcza, kuchnia gazowa, piekarniki, rożna, grille elektryczne...No i ku ogrzewaniu mieszkań kaloryfery lub ogrzewanie podłogowe. Wtedy - kuchnia węglowa i piec. Wiecie ile to roboty?
      Wstać o czwartej, napalić w piecu, potem rozpalić pod kuchnią, zagrzać wodę do mycia...
Przecież nie wszędzie była ciepła!
      No i nierzadko łazienki nie było tylko zlew, micha...
Teraz - kabiny, wanny, duperelki, kafelki, bąbelki, hydromasaże, śmaże...A ludzie chore!
      Wtedy dzieciaki - glut do pasa, chleb pod kran i cukrem posypane(ja tak nie jadłam nigdy, ale byli smakosze) i hajda na podwórko!
     Teraz dzieciaki wydeligacone, wymiętoszone alergiami, astmami, chorobami starczymi...To jest nie do uwierzenia, żeby młody dzieciak miał stwardnienie rozsiane czy jaskrę!
      No, oczywiście, dzieciaki były w ruchu - wrotki, rower, zbijak, dwa ognie, klasy, chłopek, guma (mam na myśli nie tę popularną teraz u młodzieży, a nawet DZIECI, tylko całkiem inną).
      Dziś siedzą takie szczurki zabiedzone, odchudzone, zgarbione, w okularach i klik klik...
Wyścig szczurów wszak! Nie ma czasu na głupie skoki, biegi, śmiech, wściekanie się, pomysły jak z księżyca! Nie ma czasu na robienie widoczków ze szkiełek! Po pierwsze - bo się ubrudzą, po drugie - coraz mniej opakowań szklanych, po trzecie - nie będą tu samopas latać bo złapie ich pedofil, po czwarte - nie będą kwiatków czy zielska dotykać, bo ciort wie czy nie trujące i czy pies nie nasikał! 
Co zamiast? Nauka siedmiu języków obcych od kołyski, balet, może jaieś sporty ekstremalne, może rzeźba, florystyka...
      Ptaszków karmić nie wolno! Ptaszkom nie wolno dawać chleba i resztek(kiedyś było wolno).
Ptaszki będzie bolał brzuch, a w ogóle to nie można śmiecić chlebem na osiedlu! Niech no tylko gospodarz domu (kiedyś dozorca lub cieć) takiego dokarmiającego zobaczy!
     A propos dozorcy....Muszę od razu to napisać bo potem zapomnę!
Byłam ostatnio w pewnym miejscu w Warszawie, dzielnica Ochota. Umówiłam się tam z kimś, miałam podany adres...Patrzę - brama zamknięta, domofon. Ale wjeżdżał akurat samochód do środka, to ja myk!
Podwórko studnia prawie...Klatki naookoło. Numery mieszkań od - do...
      Stanęłam zdezorientowana...Co widzę? To jest nie do uwierzenia! PRAWDZIWY DOZORCA! Taki jakiego zdzieciństwa pamiętam! Cały w drelichach, maciejówka na łbie! UNIKAT! A wiecie co miał w ręku? Miotłę!!!! Prawdziwą miEtłę z witek! Cudny!
- A pani do kogo? - odezwał się do mnie podejrzliwie.
Myślałam , że go ucałuję! Zainteresował się! Order bym mu złoty dała!
     Oczywiście powiedziałam o jaki chodzi mi adres i wskazał mi drogę. Ale było to dla mnie fascynujące przeżycie...Taka właśnie retrospekcja...
No, ale powracając do naszych ptaszków.
     Kiedyś to dzieci się uczyło:

Jaś je śniadanie
a na gałązce ptaszek ćwierka
chętnie by skubnął sobie serka
w mleko nóżkami wszedł obiema
i pił i jadł!
Ale...nic nie ma...

       I dziecko zaraz biegło do mamy po okruszyny, sypało na parapet...Bo serduszko miało dobre i szkoda było ptaszka głodnego...
Wysyp dziś na parapet, zaraz ci przyjdą i nawymyślają, że ptak im obsrywa! Nie wolno dokarmiać!
     Dzieci po podwórku nie latają bo...hałasują! Nie ma gry w piłkę, jazda na rowerze i wrotkach surowo wzbroniona! Nie wolno zakłócać spokoju!!!!!
Wszystko stoi na głowie!
     Ekologia, zdrowe żywienie, wspomagacze witaminowe, mikroelementy, a ludzie coraz bardziej słabi i nieodporni!
     Firmy prześcigają się w atrakcyjnych ofertach urządzeń, łóżek zdrowotnych, materacy, kliniki oferują zabiegi (płatne), baby latają na masaże, odmładzanie, liftingi, botoksy...Potem mają usta jak dwie parówki, ale co tam, noszą je dumnie! Fakt, że czasem rok po przefasonowaniu i podciągnięciu, pępek mają w okolicach ust, ale ważne że są piENkne i młode jak... jagoda po Świętym Morcinie!
Gonitwa, stres, zadyszka, serducho siada, nie wytrzymuje się tępa...
     No bo to nie można przecie jechać na wakacje do Urli, na Mazury czy w Bieszczady! Trzeba na Kretę, do Maroka czy Chin! A na to trzeba zarobić latając z ozorem do pasa!
Tak, inne teraz czasy...
Nie żal mi PRL-u, to nie to...Tylko jakaś tęsnota czasem mnie ogarnia za normalnością...Za tym, by iść do sąsiada ze szklanką, cukru pożyczyć...Za tymi matami obrzydliwymi wiszącymi prawie w każdym mieszkaniu...Za tapczanem z aksamitu z wałkami, z których robiliśmy z bratem "robotki" - kukły wielkości człowieka w ubraniu, okularach, czapkach na głowach...Za lalkami ze szmatek, za misiami pluszowymi z trocinami w środku, które jak się zmoczyło (hehe) np. ucząc misia pływania, to już nasiąkały i śmierdziały i rady na to nie było żadnej, tylko taki potem ciężki, śmierdzący miś siedział...kochany najbardziej na świecie....
Ech....

piątek, 15 sierpnia 2014

Dzieciństwo Grusi

      Jestem Gruszka i mam lat....sporo.
I nie bądźcie zbyt ciekawi ILE, bo dostaniecie kociej mordy, moi mili liczni Czytelnicy!
     Grusia przyszła na świat dawno temu, kiedy jeszcze w wielu domach paliło się w piecach,a w kuchniach funkcjonowały kuchnie węglowe. Obok kuchni stała skrzynia na węgiel, na której można było wygodnie usiąść i fajtać nogami.
     Kuchnia węglowa miała prawdziwy popielnik, w którym widać było żar. Od czasu do czasu trzeba było wybrać z niego zbierający się popiół specjalną szufelką. Był też najprawdziwszy pogrzebacz, pewnie niektórzy nigdy takiego nie widzieli, ale Gruszka pamięta go z własnego dzieciństwa. Służył do grzebania we wnętrzu kuchni oraz do przesuwania fajerek.
     Grusia od urodzenia była dzieckiem rozgarniętym i inteligentnym. Patrzyła rozumnie z czeluści becika na świat, oczkami koloru rodzynek, a kształtem przypominającymi wąskie migdałki.
- Ojej, jaka ona śliczna, podobna do małej Chinki! - zachwycał się wujo Marian, który właśnie wrócił z Pekinu. Był zafascynowany Chinami, śpiewał w chórze Harfa, toteż miał okazję wyjeżdżać to tu to tam...A Chiny były aktualne w tym czasie.
      Grusia miała apetyt niespotykany wprost, toteż rosła jak na drożdżach. I nabierała ciałka. 
Była zdrowa i żwawa. Pycho jej gładkie i czerstwe wyrażało jednak od zawsze troskę o losy świata...
     Grusia jako czarujące dziecko od małego miała powodzenie u płci przeciwnej, co się przejawiało w nieustającej chęci dokarmiania jej przez większych od niej, już chodzących, kawalerów - bułką i biszkopcikami.


     Nie wiem czy już mowiłam o wybitnej inteligencji Grusi. Jeśli tak, powtórzę raz jeszcze, głośno i dobitnie!
Grusia od najmłodszych lat przejawiała wyjątkowe oznaki mądrości i umiejętności oraz dawała wyraz silnej woli! W dodatku nie znosiła sprzeciwu i wszelkie jego przejawi tłumiła w każdy jej dostępny sposób!
     Gdy miała lat cztery i mama nie pozwoliła jej na coś, Grusia złapała nożyce krawieckie i błyskawicznie poprzecinała siedem rzeczy, które jej się akurat nawinęły pod rękę. Chodziła po pokoju i chlast - firanka, chlast - obrus, chlast - ściereczka, chlast - chusteczka do nosa! A co, niech mają za jej krzywdę, niech wiedzą, że Grusi się nie mówi NIE!!!!!!


     Gdy miała lat może sześć, znalazła gdzieś na podwórku puszkę z resztkami farby olejnej. Zielonej. A że miała zdolności manualne i zmysł praktyczny, zaraz wymalowała sobie rękawiczki do łokci. Nie wiadomo dlaczego, mama nie była zachwycona i poszedł w ruch rozpuszczalnik!
     Grusia nie lubiła zdjęć. Była leworęczna, co jej wytykano. Wkurzały ją te głupie uwagi.
Gdy przybijała elementy tzw. układanki-przybijanki lewą rączką i ktoś chciał to uwiecznić na zdjęciu, natychmiast przekładała młoteczek do prawej ręki.
     Raz zmuszono małą czteroletnią Grusię, by założyła znienawidzoną sukienusię, tę błękitną w białe kółeczka, na ramiączka. Grusia miała zły humor. Dała temu wyraz wypinając pupę do zdjęcia. Odbitkę jednak podarła w latach późniejszych, bo co, kurcze, będą komentować!
     Generalnie Grusia pozować do zdjęć nie lubiła, gdyż uwłaczało to jej godności osobistej, toteż konsekwentnie prawie do każdego zdjęcia wywalała ozór.
    Grusia mówiła bardzo wcześnie - dużo i mądrze. Szczególnie lubiła siedzieć w oknie, jako dwulatka i wykrzykiwać do przechodzących: PIJANA, PIJANA! Tak to walczyła z alkoholizmem oraz innymi problemami trawiącymi społeczeństwo od lat najmłodszych!
     Mała Grusia miała różne ciekawe zajęcia, niestety, niektóre nie były aprobowane przez mamę np. jazda na łyżwach po kuchni.
      Mała Gruszka miała ulubioną zabawkę - marynarza z gąbki. Kiedyś nie chciała iść spać tylko bawić się owym marynarzem. Mama prosiła, Grusia nic. Zaczęła się szarpanina w wyniku której łeb marynarza został urwany. Wtedy padły znamienne słowa skierowane do mamy: do końca ŻYCIA ci tego nie zapomnę.
       I konsekwentnie niedawno to zostało PRZYPOMNIANE! Co jak co, ale Gruszka pamiętliwa jest i potrafi się zemścić!
     Po drzewach Gruszka łaziła niczym wiewióreczka jakaś, ulubionym jej zajęciem było siedzenie na czubku sosny koło stacji benzynowej, której uwielbiała zapach.
     Mała Grusia czytała w wieku 5 lat, pięknie rysowała (szczególnie królewny), a w szkole dostawała samie piątki...w pierwszej klasie.
      Bo potem to już było różnie. Uczyć Grusia się specjalnie nie lubiła, była tak inteligentna i mądra (nie wiem, czy o tym wspominałam), że doszła do wniosku, iż nauka jest jej zbyteczna bo i tak wszystko wie lepiej. Znaczy najlepiej.
      I tak jej zostało po dzień dzisiejszy!





niedziela, 13 lipca 2014

Grusia - gwiazda telewizyjna

     Tak. Dobrze czytacie, moi mili Czytelnicy! Wasza Grusia zostaje wielką gwiazdą!
To dla Grusi teraz lEmuzyny i czerwone dywany!
Dla niej splendor, brawa, owacje!
To przed Grusią otworzą się teraz kolejne drzwi do wielkiej kariery!
To Grusia będzie pokonywać kolejne szczeble tej drabiny (oby się tylko pod Grusią nie złamały, w końcu Grusia nie ułomek i wymoczek!).
A co!
     I jak, zatkało kakaŁo?




No, ale żarty na bok:)
     Fakt faktem, że choć parcia na szkło nie mam, coś mnie pcha do publicznego wypowiedzenia swojego zdania. Zdania, które niejednokrotnie zresztą, uznawane jest za kontrowersyjne. Dlaczego? Ano przyczyna jest prosta - najczęściej jestem w kontrze do obecnego trendu i lansu.
      Większość bezmózgowców się czymś zachłystuje, jeden ogląda się na drugiego i powtarza opinie jak papuga, a ja - NIE.
      Ja się przyglądam i zastanawiam.
Przyczepić etykietkę jest bardzo łatwo, szczególnie tym nielubianym środowiskom, zauważyliście?
Ksiądz - pedofil, katolik - moher, lekarz - łapówkarz...Itd.
      Przy tym są środowiska NIETYKALNE. Ich ruszać po prostu nie wolno, a jeśli już, to jedynie wybrańcom.
Dlaczego? Ano dlatego, że zaraz można być okrzykniętym homofobem, antysemitą czy rasistą.
      No, ale co to ja chciałam? Aha....
Pewnego dnia , a było to kilka dni temu ujrzałam anons - nabór do programu telewizyjnego, dość znanego.
       Teamat mi bliski, dotyczący dzieci...
Zadzwoniłam. Pan po pięciu minutach rozmowy już orzekł, że jestem osobą właściwą - tak mnie ocenił.
      Szybko ustaliliśmy warunki umowy i doszliśmy do porozumienia.
I teraz tak. Fakty są następujące.
      Zdaję sobie sprawę, że idę na tzw. "rozwałkę".
Stacja jest o profilu dalekim moim poglądom.
Siłą rzeczy panie prowadzące nie będą niewątpliwie okazywać stanowiska bliższego mojemu, to chyba oczywiste.
      Zachowjąc pozory neutralności, oczywiście poprowadzą tak rozmową, by moje stanowisko zostało...jeśli nie skompromitowane czy ośmieszone, to co najmniej przedstawione jako...zaściankowe, nienowoczesne, ja natomiast mogę zostać jeszcze jednym oszołomem.
      Wiem, że "nec Hercules kontra plures" i że moja gruszkowata siła jest raczej siłą dawidową w tym przypadku przeciwstawioną Goliatom - wyjadaczom dziennikarskim i rutyniarzom z kilku czy kilkunastoletnim doświadczeniem zawodowym w pracy dziennikarskiej.
      Oczywiście NIKT tego mi nie powie, jestem zachęcana do uczestnictwa, ale....swoje wiem, ciele nie jestem (jakby powiedział Kuba z "Chłopów").
    Bądźmy realistami. Gdy spytałam redaktorka, czy będę mogła zobaczyć materiał po montażu, odpowiedział, że...w zasadzie nie jest to praktykowane. To chyba coś oznacza. Kto zgadnie to, stawiam piwo:)
Ale nic to! 


     Spytacie może dlaczego się zgodziłam? Skoro wiem...
Ano powodów jest kilka.
      Nie najważniejszym powodem jest gaża - dość wysoka, ale...pieniądze szczęścia nie dają w końcu.
Choć niewątpliwie są mi potrzebne, zwłaszcza teraz, gdy zakończyłam pracę w jednej z najbardziej zakłamanych i pełnej intryg instytucji kultury, która ma tyle wspólnego z kulturą przez duże "K" co...świnia z niebem:)
     Ale to tak mimochodem. W końcu czas się pogodzić , że instytucje krzewienia kultury publicznej (utrzymywane nota bene z naszych podatków) są obecnie bardziej instytucjami wysoce skomercjalizowanymi (więcej menadżerów i promujących niż prawdziwych artystów i pracowników naukowych z prawdziwego zdarzenia) i stawia się tam raczej na rozgłos i przyciągnięcie odbiorcy metodą podania skandalizującej miernoty.
      Najważniejszym powodem jest jednak zajęcie mojego stanowiska w sprawie....
Ale tego już powiedzieć nie mogę. 


      W każdym razie temat dotyczy pośrednio dzieci - istot czystych, niewinnych, nietykalnych i świętych. Istot, których będę zawsze bronić, gdy widzę zagrożenia zmierzające w ich kierunku.
A takie zagrożena właśnie widzę i to od dawna. 
      Popatrzcie moi mili, niezależnie od oceny wiarygodności źródła...
Ale warto się przynajmniej nad tym tematem pochylić...Bo jeśli jest to prawdą, to....
(…) Na konferencji w Cambridge promowano pedofilię. Uznano, że jest to skłonność „naturalna i normalna dla mężczyzn”. Czy po homoseksualizmie przyszedł czas na legalizację seksu z dziećmi?!

 „Pedofilskie zainteresowania są naturalne dla mężczyzn” – stwierdzono na konferencji, która odbyła się uniwersytecie w Cambridge. „Przynajmniej znaczna mniejszość normalnych mężczyzn chciałaby uprawiać seks z dziećmi… Normalni mężczyźni są podniecani przez dzieci” – mówiono.

 Oczywiście, zgromadzeni na konferencji w Cambridge nie mówili jeszcze o stosunkach z małymi dziećmi. Wprowadzono tu rozmywające sedno sprawy pojęcie jak hebefilia, a więc skłonność do kontaktów seksualnych z osobami w wieku dojrzewania (11-14 lat).(…)
(…)...) Brytyjski dziennik „The Telegraph” przypomina, że w świecie uczonych kwestia pedofilii jest coraz częściej uznawana za dyskryminowaną. Pedofile zaczynają być opisywani jako… kochające i całkiem normalne osoby. Dziennik przytacza opinię emerytowanego profesora z Essex, Kena Plummera.

 Pisał on w ten sposób: „Pedofilom mówi się, że są uwodzicielami i gwałcicielami dzieci; jednak oni wiedzą, że ich doświadczenia są często pełne miłości i delikatne. Mówi się im, że dzieci są czyste i niewinne, wyzbyte seksualności. Jednak oni wiedzą z własnych doświadczeń w dzieciństwie i od dzieci, które spotykają, że to nie jest prawda”.

 Ken Plummer dodaje też, że „izolacja, tajemniczość, wina i strach wielu pedofilów” są tak naprawdę efektem… „ekstremalnej społecznej represji”, która dotyka mniejszości.  (…)
http://www.fronda.pl/a/cambridge-promuje-pedofilie,39297.html


I to by było na tyle - jakby to podsumował Jan Tadeusz Stanisławski.

      I jeszcze jedno, mogę Wam obiecać, że Grusia nigdy się nie podda i darmo swojej skórki nie odda.
Może zrobią z Grusi kompot, ale na pewno nie marmEladę! Howgh!




     A tak przy okazji...To jak ja mam się ubrać?
Na  "Alegancko" czy na eko (na bosaka, naturalna sukmana) czy może na Cygankę? Albo na Żydówkę????A może na ekscentryczkę - wielka biżuteria i kapelusz w postaci statku Kolumba - mini repliki żaglowca Santa Maria z XV w.?????????????????????????

środa, 25 czerwca 2014

Numerki

     Ja to jestem taki sobie cebulak.
Minimalistka znaczy.
     Nie imponuje mi blichtr, ten cały świat ciągłego udawania, konkurencji, intryg i przybierania póz oraz zakładania tysiąca masek na różne okazje...
     Jestem jedna, taka ot, gruszkowata, niezmienna i jednakowa w różnych sytuacjach.
Kwitną sady, potem owocują, idzie zima, a Grucha jest jedna, Gruchy nic nie rusza!
    Konta w banku nie miałam do tej pory bo po co? Byłam upoważniona i tyle! Po co mi jeszcze jedno zawracanie głowy, jak można sobie w tym czasie pomyśleć o niczym i popatrzeć w chmury...
    Dzisiejszy świat to świat numerków. I wszystko trzeba pamiętać!
Wejść do własnego domu nie można jak się nie wybije kodu w domofonie!
    Te wszystkie hasła i loginy na różne okazje!
Proszę bardzo - poczta elektroniczna? Charaszo, ale pod warunkiem, że masz login i hasło! I je pamiętasz!
     Te wszystkie kody, piny, oszaleć można!
W robocie też mam kody dostępu!
     No ale o czym to ja chciałam? Ahaaaa...O tym koncie w banku. Że mi kazali otworzyć osobiste!
Tragedia! Następny kłopot i zaprzątanie pamięci.
    No ale cóż, pan każe, sługa musi. Otworzyłam sobie tam, gdzie ma większość Polaków obecnie. Wiadomo gdzie :)
    Choć teraz jest taki LekRamowany drugi bank, na którym się wręcz zarabia! Już widzę to zarabianie!
Konto, karta, przelew, 3 % i tyle hehe Co to ten aktor od księdza Popiełuszki reklamuje, wstydził by się tak chałturzyć!
     No mniejsza...
Dziś jestem ci ja w Biedronce, stoję pomiędzy regałem z nabiałem a regałem ze słodyczami a tu...z butów wyrwał mnie sygnał znanej mi aż za dobrze melodyjki mojego komórczaka.
Ki ciort? - myślę...Ale nic, odebrać wypada...
- Halo?
- Witam panią, Małgorzata P....a z tej strony... - odezwał się profesjonalny głosik.
A dalej to już był słowotok. Pani nadawała planowo, składnie i szybko w tempie karabinu maszynowego.          Nie zrozumiałam nic...
A brzmiało to mniej więcej tak: -blebleblebleblekartableblebleblebleaktywacjableblebleblestozłotychbleblebleble itd.
Na końcu nastąpiło coś takiego: bleblebleblebleblebleble??????
Z intonacji wywnioskowałam, że pani pyta mnie o coś...
- Słucham? - upewniłam się bo nic a nic nie zrozumiałam, tym bardziej, że z paletą podjechali z sałatkami...
     Pani lekko się poirytowała, ale zaczęła znów: blablebleblebleble?????
- Proszę pani, może pani powtórzyć ostatnie zdanie, bo nie dosłyszałam? (guzik prawda, po prostu nie zrozumiełam, ale wstyd się przyznać do niezrozumienia nowomowy!)
- Blebleblebleblebleblebleblebleble. Bleblebleabytegouniknąćbleblebleble. Blebleble?
I znów nic nie zrozumiałam...
- To ja bym wolała tę pierwszą opcję - powiedziałam niepewnym głosem.
- Blebleble - pani zwiększyła tempo nadawania, teraz brzmiało to jak tokowanie cietrzewia - blebleblebleble? - padło na koniec pytanie. Chyba. Tak, na pewno pytała mnie o coś...
- A czy to, co pani teraz mówi można na stronie banku znaleźć?
- Tak, ale ja muszę poinformować klienta! - stwierdziła pani zdecydowanym głosem - chodzi też o weryfikację tożsamości!
- Proszę pani, a niech sobie pani weryfikuje, ale niech mnie pani nie pyta o żadne numerki bo nie pamiętam! - zastrzegłam kategorycznie.
A potem to już było dalej: blebleblebleblebleblebleble itd długo dość...
     Wywnioskowałam, że pani oczekuje ode mnie podjęcia WAŻNEJ i DECYDUJĄCEJ decyzji między półką z serami a półką z żelkami Haribo.
Decyzji, która może zaważyć o mojej przyszłości!!!
- Proszę pani, słabo panią słyszę - powiedziałam szeleszcząc opakowaniem z sałatą - chyba tracę zasięg!
- To kiedy mogę do pani zadzwonić? - ostatkiem sił wystękała pani już nieco zrezygnowanym głosem.
- Jutro o 9.00!
- A można dziesięć po?
- Można i miłego dnia pani życzę i do usłyszenia! - powiedziałam zdecydowanym głosem oddychając z ulgą, że się baby pozbywam.
     Z nerw brzuch mnie rozbolał, ale syn powiedział: mama, na nic się nie zgadzaj!
Nie ma to jak porada fachowca - krótka i zrozumiała:)))))))



P.S. Pani ma zadzwonić jutro rano. Przypominam. He!
Może by tak nie odbierać????

czwartek, 19 czerwca 2014

Kopciuszek w pałacu

      W zasadzie to nic nie mam do powiedzenia ciekawego. Jak zwykle...
Ot, szarość życia, monotonia, nuda...Schemat, rutyna, szablon...
Znacie to?
     Owoż "cakiem cakowicie" (jak mawiał Kolega Kierownik u Jacka Fedorowicza w "Sześćdziesiątce") przypadkowo trafiłam sobie do znanego ekskluzywnego warszawskiego hotelu czterogwiazdkowego. W konkretnym celu zresztą. No, w celu, powiedzmy spotkania, ale mniejsza z tym...
      Ja jestem człowiek skromny, minimalistka, w tego typu przybytkach nieobyta.
Ale jak trzeba, to trzeba. Z obrzydzeniem.
      Nie znioszę tego szpanu, blichtru, tych nadętych min  niektórych gości, tych zwierciadeł w eleganckim halu, srebrzystych kilkunasu wind, labiryntów korytarzy...
      Ugrzecznionych, sztucznych uśmieszków przyklejonych do wysztafirowanych twarzyczek, wpisanych zresztą w obowiązek służbowy pracowników. Zero szczerości...
       Ano cóż. Ubrałam się elegancko - bluzeczka ze straganiku od pana Pawełka, spódniczka pamiętająca czasy króla Ćwieczka..A w ..nosie to mam! Jak się nie podoba, niech się nie patrzą!
Reklamówa w dłoń i tyle!
      Stanęłam sobie skromnie jako ta Stefcia Rudecka w komnacie zamkowej - u Mniszkówny, albo jak taki Kopciuszek w Hollywood i....poczułam się nieswojo...
Ale co tam!
     Panienka na portierni wyglądała prawie normalnie i gadała w moim ojczystym języku!
Ano powiedziałam co, jak, do kogo i że ja nietutejsza hehehe
     Panienka uśmiechnęła się karminem ustek swych, tak jakoś...bardziej po ludzku...Mniej służbowo znaczy...Jakby na chwilę zrobiła sobie przerwę w pracy, takiego spontana. Na lajciku.
     Zaanonsowała mnie w odpowiednim pokoiku i uzyskawszy potwierdzenie przystąpiła do dalszych kroków procedury.
      Powiodła mnie ku windzie, zaprosiła do właściwej, wsunęła kartę w dziurkę i nacisnęła pięterko 35.
Ano jadziem.
      Po kilkunastu sekundach winda się zatrzymała, a ja znalazłam się w nieznanym korytarzu...Poczułam się cokolwiek nieswojo, jak to w obcym miejscu bywa, ale zaczęłam szukać pokoju o wskazanym numerku...Niestety, takowego nie było!
      Pomyślałam chwilę i w swoim genialnym umyśle odkryłam straszliwą prawdę! To nie było TO piętro!Po prostu na początku każdego numerku była liczba nie "35" lecz "34"!
      Cóż robić? Szukać klatki schodowej? Przecie w takim miejscu tylko idiota chodzi schodami! 
Właśnie mijał mnie mężczyzna ubrany w śnieżnobiały szlafrok. Urodę miał coś a la młody Banderas skrzyżowany z młodym Iglesiasem (tatą). Uśmiech bardziej biały od szlafroka, cera oliwkowa...
Nie do mnie zresztą chyba był ten uśmiech adresowany, tak myślę.
Ale na wszelki wypadek "spiekłam raka":)
       W panice skryłam się w windzie z powrotem i zaczęłam wyciskać przycisk z numerkiem "35". Z całych sił!
Jak myślicie, czy winda ruszyła?
Oczywiście, że nie! Zresztą na to i nie liczyłam! Karty nie miałam.
      I tak winda zaczęła sobie jeździć -  ze mną w lśniącym wnętrzu. 
Wsiadł jakiś ugarniturowany dżentelmen. Popatrzył na moją zastrachaną minę...
- Du ju spik inglisz? - spytał ugrzecznionym tonem z lekkim oksfordzkim akcentem
- Noł - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, mrucząc coś do siebie w ojczystym języku...
Podjechał ze mną ze dwa piętra, po czym wysiadł usiłując coś mi wytłumaczyć po angielsku.
- Tsenkju! - rzuciłam, starając się fachowo trzymać język między zębami, by wyszło naturalnie.
Spojrzał na mnie zdziwiony. Pewnie nie znał angielskiego literackiego!
       Zostałam sama w windzie...
Klatka ruszyła i ze trzy piętra niżej zatrzymała się by wpuścić parę niemłodych ludzi.
      Ona była niezbyt urodziwa, ale miała poważną zaletę: znała język polski. On, jak się okazało za chwilę też, marnie bo marnie ale zawsze...
- Ty nie mieć karteczki! Ty nie ruszyć! - odezwał się ze swadą.
- Jes, ja nie mieć karteczki - potwierdziłam automatycznie.
- O, to niedobrze, musi pani zjechać na sam dół na recepcję i wjechać raz jeszcze.
       Oczywiście. Tyle to ja sama wiem.
Podziękowałam jednak łaskawym uśmiechem.
       Znów recepcja w cudownym zwierciadlano-srebrzystym, rzęsiście oświetlonym hollu...
Tym razem "mojej" panienki nie było tylko jakiś śniadawy nie - Polak. 
      Zameldowałam się raz jeszcze. Spojrzał podejrzliwie na moją torbę. Pewnie myślał, żem terrorystka.
I tak dobrze , że brygady antyterrorystycznej od raz nie zawezwał!
      Potem było już z górki. Powiedziałam, że błędnie mi zaprogramowano windę (niech se nie myślą, że mnie zmylą te cudowności, jak bałagan mają!). 
      Pan coś tam chrząkał w języku podobnym do polskiego.
Spojrzałam na niego z naganą.
W POLSCE się mówi porządnie po polsku - pomyślałam - było się uczyć języków, ciućmoku!