piątek, 7 grudnia 2012

Sprzątanie balkonu

Ale żem się nahetała jak łysa kobyła! Aże mnie w krzyżach łamie!
A wszystko przez te..obsrańce. To one mnie tak wykończyły. A raczej ich odchody! Tyle razy się zbierałam żeby TO posprzątać i zawsze odkładałam tę nieprzyjemną czynność, która, nota bene, jest pracą Syzyfa! Bo i tak przylecą i obesrają! Ja naprawdę nie mam nic przeciwko NATURZE - zwierzątkom, roślinkom, tylko niech ta natura zostawi mój balkon w spokoju!
Taka piosenka mi się przypomniała. Fedorowicza chyba. Tak jakoś to leciało:
Natura, owszem, dobra rzecz
ale ode mnie precz!
No a wcześniej było jak ta "natura" go pokąsała, że był jednym bąblem, jak to przez tę "naturę" uszy odmroził itd.
Ale teraz, jak zimno, to te małpy już nie przylatują coś i to jest jednak pocieszającą konkluzją, takim światełkiem w tunelu.
Owoż wzięłam ja mopa - specjalnego, balkonowego, tylko z TYM KONKRETNYM przeznaczeniem. Wzięłam wiadro z wodą i Ajaxem konwaliowym. Ubrałam się jak na Sybir - ciepłe gacie dresowe, szalik, czapka małża - akurat była pod ręką, kurtka, a na nogi - drewniane klapki. Żeby przy każdym wejściu do mieszkania łatwo można było je zRucić z nóg i zamienić na papucie. I dawaj machać mopem. Najpierw kratka drewniana. Tam lubią siadać i s*ać! Jakem zaczęła tym mopem wywijać z zapamiętaniem, tak sobie nachlapałam w oczy - już aż się boję powiedzieć CZYM! A małż, jak mnie zobaczył w akcji, zawołał: o, Mały Miś - Święty Mikołaj!
Jeszczem nie widziała Świętego Mikołaja z odchodami gołębimi w oczach, rozrobionymi w wodzie z dodatkiem Ajaxu konwaliowego!
Choć po prawdzie to..żadnego nie widziałam...Oczywiście prawdziwego. Bo przebierańców i farbowanych lisów to multum!
Potem zaczęłam myć resztę balkonu - płytki z gresu. Jak się do nich dorwałam, to aż leciały skry! Tak skrobałam to przyschnięte...nie powiem co! Skrobałam z godzinę. Niestety mokry balkon natychmiast zamarzał, a woda z detergentem tworzyła lodowisko. Klapki dodatkowo miały śliskie podeszwy. W tym momencie usłyszałam, że mój szanowny mąż w pokoju coś mruczy do mnie. Na rozkraczonych nogach starałam się przesunąć w kierunku drzwi balkonowych...Spowodowało to zachwianie się i poślizgnięcie na warstewce lodowej i o mało nie zaryłam zębami w barierce. No, ładnie bym wyglądała na Święta BEZ ZĘBÓW na przodzie. Kiedyś małż już tak miał, że przed samymi Świętami zęba złamał. Na klusku. Moim klusku! Ale one nie były z gipsu, powaga! To są oszczerstwa i pomówienia! Na szczęście zdążył wstawić. Nie kluska, tylko tego zęba! Nie złamanego, tylko sztucznego!
Co do balkonu...
Wszytko zakończyło się sukcesem, balkon lśni jak...no daruję sobie może to porównanie "jak co", choć mam je na końcu języka! Że u psa!
Obecnie czekam na moją mamusię. Mam ją napuścić na te szczury w piwnicy, co podobno ich nie ma! Sama tam nie pójdę! To jest WYKLUCZONE! Zęby może będą całe na Święta , ale wolałabym nie skończyć w szpitalu z zawałem albo czymś jeszcze gorszym!

Jeszcze o miłości...

Wczoraj oglądałam program pani Elżbiety Jaworowicz.
Rodzina zwyczajna, młodzi ludzie, ona - ładna ciemnowłosa dziewczyna w okularkach, on - dość przystojny bysio, dwie córeczki. Czyli standard. Potem pokazano jak ona idzie sobie ulicą w czarnych, luźnych spodniach, ale w zasadzie to nadal NIC NADZWYCZAJNEGO nie widzimy.
Dopiero potem...Dziewczyna podwija nogawkę spodni i oczom widzów ukazuje się przerażający widok. Lewa noga, aż do kolana wygląda jak jakiś całkiem nieludzki twór. W obwodzie łydka może mieć około metra, widok jest koszmarny, wzbudzający niebywałe współczucie. Kończyna jest równa na całej długości, od kolana do zdeformowanej stopy, przypomina nogę słonia. Okazuje się, że choroba została zdiagnozowana (zresztą przez samą pacjentkę na podstawie internetu) jako słoniowacizna. To straszne schorzenie układu limfatycznego, jedna z pięciu najgorszych chorób atakujących ludzki organizm i zmieniająca jego wygląd (we fragmencie) nie do poznania. Pacjentka nabyła tę dolegliwość jako trzynastoletnia dziewczynka. Lekarze widząc niesamowite opuchnięcie kończyny, stwierdzili zapalenie żył, więc dziecko nie było przez wiele lat prawidłowo leczone.
Zastanawiałam się, mając te wszystkie informacje, jak to się stało, że śliczna kobieta, ale tak potwornie zniekształcona, założyła rodzinę i ma dzieci. Było to wyjaśnione. Miłość. Zwyczajna miłość. Poznała go na dyskotece jako nastolatka, była w długich spodniach. Zaczęli się spotykać. Oczywiście chłopak szybko zauważył nienaturalnie zmienioną kończynę (zresztą trudno było nie zauważyć), choć młoda dziewczyna wstydziła się swojego wyglądu i starała się tuszować ubraniem ten straszny widok. Ale mężczyzna się w niej zakochał, a ona w nim...Zresztą ma ładną buzię, jest czarująca, inteligentna...Wzięli ślub. Choroba nadal trwała, następowało uszkodzenie tkanek nienaturalnie obrzmiałej kończyny połączone z wyciekiem nawet do kilku litrów żółtej mazi - limfy. Do tego straszny ból.
Pomimo tego, młoda kobieta podsumowuje: wygrałam życie.
Urodziła dwie wspaniałe, zdrowe córeczki, które jej pomagają jak umieją i ją kochają. Pracuje zawodowo. Mąż jest dla niej przyjacielem i opiekunem - masuje jej chorą nogę, bandażuje, pomaga, wspiera....Cierpi razem z nią. Gdy następują ataki bólu, pacjentka musi brać leki przeciwbólowe...
To nie bajka. W oczach tego człowieka, gdy mówił o żonie, były prawdziwe łzy wzruszenia i współczucia. "Ja nie wiem, dlaczego on tak mnie kocha" - ze śmiecham dziwiła się dziewczyna...
Dodatkowym problemem jest to, że specjalne pończochy, które są konieczne dla chorej, by utrzymać rozlewające się, nabrzmiałe ciało, nie są refundowane przez NFZ a są drogie...
Program nie był w zasadzie o chorobie, lecz o potędze miłości. Bohaterem stał się ten młody człowiek - mąż i ojciec, kóry choć cierpi, choć na codzień boryka się ze wszystkimi problemami związanymi z ciężką i nieuleczalną chorobą członka rodziny, ma w sobie tyle sił...Sił, które daje mu miłość żony do żony... Miłość, jaką dają im obojgu ukochane córeczki. Tym bardziej, że zdecydowanie się na dzieci ,przy tym stanie zdrowia matki, było nie lada wyzwaniem, a nawet ryzykiem...Pragnienie dzieci jednak zwyciężyło...
Na koniec głos zabrał młody prawnik. I powiedział mniej więcej tak: prowadzę wiele spraw rozwodowych. Ludzie rozstają się często z powodu głupstw. Może dobrze by było, gdyby niejedna para popatrzyła na tych młodych ludzi, którzy są ze sobą i kochają się MIMO WSZYSTKO.
Bo to jest potęga miłości...Tak niespotykana w dzisiejszym świecie, gdzie lansuje się pogląd, iż prawo do takich uczuć mają tylko młodzi, piękni, o doskonałych, zdrowych i wypielęgnowanych ciałach...
Tylko..Czy aby na pewno to coś można nazwać miłością????

czwartek, 6 grudnia 2012

Zakupy

Uffffff, nalatałam się dziś po mieście jak kto gUpi! Nie jest to, co prawda, Reisefiber ale Weihnachten Fiber??????????Gut???? Jak jak "kocham" ten szwargotliwy szwabski język hihi
W każdym razie pogalopowałam w poszukiwaniu prezentów, tudzież innych zakupów. W ofercie Biedronki widziałam taki pyszny (jak myślę) likier Amaretto, migdałowy. W eleganckiej, płaskiej buteleczce. Lubię taki trunek. Bo słodki.  Poszłam do tej najbliższej Pierdzionki, ale gdzie tam! Tylko cena się ostała! Inne alkohole, proszę bardzo! Żubrówki, Napoleony, Żołądkowe, wina różniste, tańsze i droższe, łiskacz, ale mojego likierku ni chu chu! Ale ja uparta jestem, nie znacie mnie! Pojechałam sobie w daleki świat. Tam (w tym świecie znaczy)jest taka wielka, ogromniasta Biedrona z duuużym stoiskiem alkoholowym. Weszłam na pewniaka. Po drodze do akloholi, zdążyłam kupić świecące aniołki ledowe i bombki w stylu retro z takim ślicznym, zimowym krajobrazem i światełkami domków w oddali...Dopadłam w końcu do tego stoiska, łapiąc jeszcze  paczkę majtek męskich - 3 szt. - nawet ładne. Porządnie wykończone z szeroką gumką.
No to węszę w tych aNkoholach jak jaki pies myśliwski...Nie ma, w morde! No nie ma! Ani tu, ani tam! Poszłam do pani eksedientki.
- Gdzie ten likierek pyszniutki z tej oferty?
Pani w towarzystwie pana pogalopowała świńskim truchtem przez cały sklep. Szuka, szuka, na półkach i na palecie. Nawet zapach nie został.
- Tu było! - pokazała puste pudło.
I co mi z tego, że było...Smakiem się muszę obejść.
- Pani se kupi to! - pokazuje mi pan na jakieś perfumowane świństwo.
- Eeee, to nie to samo - odpowiadam z zawodem w głosie.
Pan był bardzo zmartwiony, widać, że bardzo mi współczuł.
- Wie pani, może pani pojedzie na (tu wymienił ulicę jakąśtam). Tam jest duża Biedronka.
- A gdzie to jest?
- Chyba w Międzylesiu.
No, ja dziękuję, po gUpią ALPAGĘ nie będę jechać na drugi koniec świata, tam, gdzie wrony zawracają!
W rozgoryczeniu jeszcze poszłam sobie do Hebe, gdzie kupiłam wyśmienitą kawę kolumbijską i herbatkę czarną, przy okazji stwierdziłam, iż zakupione w innym sklepie Hebe produkty tu są dużo droższe, więc nie wiem jak to niby jest, bo dla mnie to jedna firma, jedna cena...Poszłam sobie na stoisko z perfumami. Ceny że hoho. Ale sobie przynajmniej psiknęłam testerem ile wlazło. A co! Mój syn mówi na mnie, że robię wiochę. Może i robię, ale tę perfumĘ przepiękną do tej pory czuję. I to jak! A była to Euphoria CK. Istny cud! Lubię tę firmę Calvina Kleina...Zapachy mają ładne, męskie i damskie i te hemafrodytyczne też!
Potem poszłam do takiego sklepu z serii "Wszystko od 5 zł". Kicz straszny tam jest, ale lubię pooglądać, czego to ludzie nie wymyślą. Były piękne świecące bąki z melodyjką, srebrzyste chonki ze światłowodów różnej wysokości, ozdoby choinkowe ze szkła...Potem sobie oglądałam tak straszny kicz :) To były szpadki do ogórków konserwowych. Kilka szpikulców zakończonych imitacją ogórka, wbitych w "pagórek" z kilku ogórków - sztucznych oczywiście. Całość wykonana koszmarnie, ale w przecudnym zielonym, soczystym kolorku. Takim, jaki lubią Gruszki! Nie kupiłam. Ale za to kupiłam sobie rękawiczki (następne) we wzór tygrysi, do tego kapelutka co to wiecie..I komplet filiżanek szklanych z rzeźbioną różą. Bo mam tekież szklaneczki i talerz do ciasta. Mnie się to podoba i już! A niech sobie będzie kicz!
Potem zobaczyłam coś, co przykuło moją uwagę. Chciałam zrobić nawet zdjęcie, ale bardzo się wstydziłam. Był to fartuch gospodarczy. Chyba dla pani :) Bo dla pana to raczej..śmiesznie by było...Hmmm...jakby tu go opisać? Miał kolor ciała.W górnej części, na wysokości klatki piersiowej były dwa spore cyce. Bardzo nawet sugestywne. To nie były malunki! To były wzgórki i posiadały wszystko, co ma prawdziwy damski cyc! I kolory nawet wiernie odtworzone! Niżej znajdował się brzuszek, dalej skąpe majteczki i dwa uda obciągnięte siatkowymi pończoszkami zwieńczonymi podwiązkami u góry! No, widok powalający! Jak żywe! Wyobraziłam sobie, jak zareagowałby mój Miś, gdybym w czymś takim mu kolację podała hahahahahahahaha. Pewnie by się w czoło popukał. Ale naprawdę było to pomysłowe :)
Było już dośćpóźno i strasznie zgłodniałam, a Gruszki bardzo nie lubią być głodne! Tak więc udałam się z powrotem. Ale ogólnie to było miło, pomimo, że tego likieru nie kupiłam... Co ja będę pić? Ano, chyba sobie jakiego tam Advokata kupię i będzie! Toć nie będę Parkowej żłopać w Święta!



Post scriptum. Widziałam piękną koszulę męską. Koloru jeżyny! Cudna! Już sobie wyobraziłam jak zachwycająco wyglądałby w niej mój mąż albo syn...Ale oni by w życiu takiej nie założyli. Powiedzeliby że to dla gejów :)

środa, 5 grudnia 2012

Zimowe zalecenia - porady Grusi dla wszystkich - dużych i małych

Na życzenie wielu czytelników napiszę kilka porad, jak się zachowywać w zimie.
Zima to okres stłuczek samochodowych, poślizgów - aut i ludzi, a więc jednym słowem WYPADKÓW I URAZÓW. To bardzo niebezpieczna pora roku. Moją pogadankę zacznę chyba od tego, jak się należy ubierać w tej niskotemperaturowej porze.
W pierwszym rzędzie dbamy o głowę i stopy. Wyziębienie tych części ciała grozi grypą, anginą albo dyfterytem!
Najpierw stopy. Zawijamy je w stare gazety. Gazety bardzo chronią przed zimnem, stwarzając warstwę IZOLACYJNĄ. Polecam gazety wiotkie, nie sztywne, typu: Fakty i Mity, NIE, Super Express. Na warstwę gazet dobrze jest naciągnąć stare torebki foliowe. Nie mogą być to torebki z folii cienkiej - są podatne na uszkodzenia! Najlepsze są opakowania po mrożonkach! Mrożonki możemy zakupić w Biedronce. Zawartość torebki wywalamy, a resztę zostawiamy. Folia ta jest trwała i będzie nam służyć przez cały zimowy sezon. Albo i dłużej. Nie muszę oczywiście dodawać, że folia zabezpiecza przed wilgocią i tym samym przemoczeniem stóp i nieprzyjemnym katarem! Jeśli mamy stare KARTONY, zalecam użycie ich jako izolację od wiatru. Kartony umieszczamy w spodniach tudzież rajtuzach. Oczywiście muszą one zachodzić na plecy, tym samym chroniąc nerki. Co do ochrony głowy. Tu poleciłabym dwie małe poduszki typu "jasiek" połączone na głowie paskiem (może być od szlafroka frotte). Taka izolacja z pewnością zabezpieczy od chłodu nawet w największe mrozy. Nie dostaniemy zapalenia zatok i zapalenia ucha środkowego. Jeśli już zaistnieje ta druga ewentualność, polecam liść zgnieciony Geranium napchany do ucha na noc. Może nie pomoże, ale będziemy mieli komfort, że nie zostajemy bezsilni i BIERNI wobec choroby.
Następny temat, niemniej ważny, to poruszanie się zimą. Chodzimy na szeroko rozkraczonych nogach i poruszamy się ruchem posuwistym. Ręce mają być w pozycji linoskoczka lub rewolwerowca przygotowującego się do pojedynku. To pozostawiam do wolnego wyboru!
Proponuję zawczasu przygotować się na upadek! Przezorny NIGDY nie będzie zaskoczony!
Aby w sytuacji niespodziewanego zderzenia z zamarzniętą ziemią nie potłuc sobie różnych części ciała zalecam - na kolana ochraniacze - mogą być takie, jakie niektórzy zakładają podczas jazdy na rolkach oraz na część ogonową - kawałek gąbki - może być ze starego materaca. Jeśli nie mamy starego, doradzam poszukać po śmietnikach na osiedlach lub po prostu kupić NOWY. Nie żałować, zdrówko rzecz ważna!
Jeśli jedziemy samochodem....To trudny temat. Najlepiej nie używać samochodu do wiosny. W ten sposób oszczędzamy na zimowych oponach i benzynie Jeśli już musimy, jedziemy najwyżej 30 km na godzinę! Jeżeli kierowcy przebywający razem z nami na drodze będą okazywać swoją irytację lub zniecierpliwienie, zalecam odpowiadać w następującej formie - przykłady:
- jak się nie podoba to jedź sobie metrem, złamasie/pindo/ raszplo/kreaturo! (do wyboru)
- pocałuj mnie w dupę!
- Tak to se pan możesz do swojej baby, nie do mnie!
Może być też mowa ciała - pokazywanie środkowego palca lub rogów jelenich.
A najlepiej, siedzieć w domu całą zimę pod pierzyną i pić tran oraz alkohol wysokoprocentowy!
I smacznego!

Bajka Grusi - Wigilijna opowieść o Aniołku

     Dawano, dawno temu...
Nie. Działo się to w czasach nie tak bardzo odległych. I nie za górami i lasami, lecz całkiem niedaleko...
     Na skraju wioski stała chatka. W zasadzie, taki niewielki domeczek, murowany, z dachem pokrytym czerwoną dachówką. Domek był parterowy, schludny i zadbany. W czyściutkich oknach wisiały bieluteńkie firanki i zielone zasłonki. W jednym oknie widać było małe firaneczki z koronki, zwane zazdrostkami, bo było to okno kuchenne. Podwóreczko ślicznie uprzątnięte, śnieg z dróżki odgarnięty, bo rzecz się działa zimą, a tego roku biały puch spadł wyjątkowo obficie, a i mróz był tęgi...
Aż przyjemnie było popatrzeć na ten uroczy, maleńki domeczek i palące się światła w oknach po zapadnięciu zmroku.

      Pewnie jesteście ciekawi, kto mieszkał w tak sympatycznym miejscu?
Otóż żyło tam małżeństwo. Byli to zwyczajni, najzwyczajniejsi w świecie ludzie, ani ładni, ani brzydcy, ani bogaci, ani biedni, ani młodzi, ani starzy. Ot, tacy sobie...
     Rano mąż, który miał na imię Marcin, wstawał i szykował się do pracy. Żona - Kasia, robiła mu śniadanie i kanapki na drogę, po czym mężczyzna całował ją w oba policzki po dwa razy i wychodził.  Wsiadał w swój kilkunastoletni  samochód i jechał do fabryki w pobliskim mieście. Lubił tę fabrykę. I lubił swoją pracę, która wypełniała mu sporą część życia.
     Kobieta jeszcze przez moment krzątała się po mieszkaniu, by za chwilę wyjść do swojej szkoły, gdzie pracowała jako nauczycielka. Ona też lubiła, a nawet kochała swój zawód bo bardzo kochała dzieci, a one kochały ją i co dzień wyczekiwały "swojej pani" - jak ją nazywały.
      Kasia i Marcin kochali się bardzo. Byłi już kilkanaście lat po ślubie, ale ich miłość była nadal żywa i głęboka. Troszczyli się o siebie, robili wzajemnie drobne przyjemności, tęsknili podczas rozłąki - jego myśli krążyły wciąż przy niej, a jej przy nim. I tak było zawsze. 
     Żyło im się ze sobą bardzo dobrze, bo byli to dobrzy ludzie. I niczego, w zasadzie, by im nie brakowało, gdyby nie to, że nie mieli dzieci. Bardzo pragnęli dziecka i starali się o nie ze wszystkich sił, ale "bocian" wciąż nie chciał przylecieć do ich chatynki. Więc mieli tylko siebie.
     Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia...
Święty Mikołaj wyruszał już z dalekiej krainy. Sanie stały przygotowane, zaprzężone w sześć wspaniałych, srebrzystych reniferów. Święty miał naszykowany worek pełen marzeń i życzeń. Chciał w wigilijny wieczór uszczęśliwić każdego, nie tylko dziecko. Musiał się śpieszyć, bo Wigilia tuż, tuż.
     Ubrany w czerwony, długi płaszcz, podbity białym futerkiem, w biskupiej czapie na głowie, Mikołaj zasiadł w wymoszczonych kożuchem saniach. Daleka przede mną droga - pomyślał.
     Renifery odbiły się srebrnymi kopytkami od ziemi i już pędziły po aksamitnym granacie wieczornego nieba, a gwiazdy jak iskry leciały spod ich kopyt. Sanie z lekka kołysały, aż Święty troszkę sobie przysnął, bo był już bardzo stary, a i z lekka zmęczony drogą. Śniła mu się zielona wyspa, na której rosły palmy, a on siedział pod jedną z nich i popijał sok pomarańczowy. Bardzo lubił pić sok pomarańczowy i w lecie i w zimie.
     Naraz sanie zahamowały. Święty Mikołaj gwałtownie się ocknął. Renifery przestępowały z nogi na nogę parskając z cicha. Na małej granatowej chmurce siedział Aniołek. Miał ciemne włosy, lekko układające się w krótkie loczki, orzechowe zaś jego oczy były pełne łez, a ramionka drżały od niepohamowanego łkania.



- Co się stało? - spytał łagodnie. Mikołaj - dlaczego płaczesz, Aniołku?
- Zagubiłem się - drżącym głosem wykrztusił Aniołek.
- A gdzie mieszkasz?-  pytał dalej Święty.
- Mieszkam w niebie, ale my, Anioły, mamy w Święta zlecone ważne zadania. Musimy zejść na ziemię, do ludzi i rozdawać im szczęście. A ja się chyba...spóźniłem..i zabłądziłem...iiiii...buuuuu...- tu malec rozpłakał się rzewnie.
- Nic się nie martw! - krzepiąco pocieszył go Mikołaj - wskakuj, maluchu, do sań, pojedziesz ze mną! Zawiozę cię na ziemię. No, śmiało! Już późno.
     Aniołek przestał płakać, a nawet uśmechnął się nieśmiało. Święty usadził go w saniach, nakrył kożuszkiem i wyruszyli, już razem, w dalszą drogę.
     Nastał wigilijny wieczór. Ludzie zbierali się wokół stołów na Wilię. Przy pięknie ustrojonych choinkach, dzielili się opłatkiem, życząc sobie miłości, zdrowia i wszelkiej pomyślności. Dzieci z niecierpliwością czekały na przybycie Świętego Mikołaja i..prezenty! Wszak dziś miały się spełnić wszystkie ich marzenia! Magia działała...
      I nasi znajomi z domku na skraju wioski też już zasiadali, jak co roku, do wigilijnego stołu. Choinka pięknie świeciła setką kolorowych światełek. Na jej czubku Marcin umieścił piękną złotą gwiazdę. Kasia przygotowała barszcz i uszka z grzybami , a karp wesoło skwierczał na patelni. Kompot z suszonych śliwek lubili oboje, Kasia nagotowała go cały garnuszek. Był też makowiec i kluski z makiem. I śledź z cebulką, za którym przepadał Marcin. Właśnie dzielili się opłatkiem...
On spojrzał na nią, ona na niego.
- Czego mam ci życzyć, kochanie? - spytał mąż całując czule żonę.
- Jestem z tobą bardzo szczęśliwa. Chcę tylko tego, by zawsze tak było, nic mi więcej nie potrzeba...
- Tak będzie. Zawsze. Obiecuję. A co jeszcze? - spytał tkliwie. Wyczytał w jej oczach wahanie. Dlatego szybko dodał - resztę czas pokaże, będzie, co ma być...
W tym momencie do drzwi ktoś nieśmiało zastukał...
- Kto to może być? Przecież nikogo się nie spodziewamy... - zdziwił się Marcin.
- Może zbłąkany wędrowiec? - zażartowała żona.
- Otwórzmy więc!
W drzwiach stanęła babuleńka. Nie wiadomo skąd się tutaj wzięła. Nie była osobą znajomą.
- Wesprzyjcie biedną - poprosiła - jestem bardzo zmęczona i zmarznięta...Taki dziś mróz. A ja..nie chciałam być sama...Nie mam nikogo na świecie - w błękitnych jak bławatki oczach starowinki zaszkliły się łzy niczym małe, szklane koraliki.
- Wejdż Babciu, zostań !- ucieszyli się oboje - nie będziesz sama i nam też będzie weselej. Siadaj z nami do stołu!
Posadzili ją przy stole, ugościli czym mieli.
Ale po chwili znów rozległo się pukanie do drzwi, ale tym razem za oknem zadzwoniły wesoło dzwoneczki...
- Mikołaj, Święty Mikołaj! - wykrzyknęła Kasia klaszcząc w ręce jak mała dziewczynka - naprawdę, najprawdziwszy Mikołaj! - oboje cieszyli się jak dzieci patrząc przez zamarźnięte okno na sanie i renifery. Tak. To był Święty. Stanął w drzwiach.
- Ho ho ho!!!! - krzyknął na przywitanie wesoło.
W tym momencie mężczyzna zauważył małego Aniołka, nieśmało chowającego się za plecy Świętego. Jego serce zadrżało z czułością. Wyciągnął ręce ku malcowi, chcąc go powitać. Kasia miała też łzy w oczach a jej serce zaczęło bić przyśpieszonym rytmem. Oboje zdali sobie sparwę, jak bardzo od dawna pragnęli takiego malucha...I wtedy nastąpiła rzecz dziwna. Z Aniołkiem nagle stało się coś niesamowitego. Nabrał rumieńców, oczy mu zabłyszczały, a jego skrzydełka...Już ich nie było! Znikły! Tak po prostu. Przed nimi stał zwyczajny chłopczyk. Kobieta popatrzyła na męża. On skinął porozumiewawczo głową. W ich oczach wyczytać można było wszystko, nawet nie musieli nic mówić...
- Czy chciałbyś...zostać z nami na zawsze? - spytała nieśmiało kobieta zdławionym wzruszeniem głosem - czy chcesz być naszym...synkiem?
- Tak, tak, tak! - wykrzyknął uszczęśliwiony malec, a w jego ciemnych oczkach zagrały wesołe ogniki.
- A ty, Babciu, zostaniesz z nami? - zwrócili się do babuleńki, która rozglądała się w okół szeroko otwartymi ze zdziwienia, błękitnymi oczami, otoczonymi siateczką zmarszczek.
- Kochani! - wykrztusiła Babcia i..więcej już nie zdołała nic powiedzieć, bo po policzkach popłynęły jej dwie strugi łez. Ale tym razem były to łzy radości.
- Ho ho ho! - wykrzyknął jeszcze Mikołaj na  pożegnanie i po cichutku się wycofał. Tu już nie potrzeba było więcej żadnych prezentów. Delikatnie zadzwoniły złote dzwoneczki...
I od tej pory byli już wszyscy razem: Mama, Tata, Babcia i mały chłopczyk, którego nazwali rodzice Niespodziankiem i bardzo go kochali. Tak to w wieczór wigilijny spełniły się najskrytsze marzenia aż czwórki osób....
Wesołych Świąt!




wtorek, 4 grudnia 2012

Pada śnieg...

Pada śnieg...Mróz też chwycił...Lubię zimę. Czasem. W zimie wieczór jest taki bardziej szafirowy, nie czarny. Światło księżyca odbija się od bieluchnego śniegu, a tańczące w świetle latarń gwiazdki dają specyficzny, bajkowy klimat. I w powietrzu unosi się inny zapach. Zapach śniegu. Bo śnieg ma swój zapach. A jestem zapachowiec. Już kiedyś pisałam. Zapamiętuje zapachy, a po latach je odnajduje, czasem w całkiem już innych sytuacjach...
Śnieg przypomina mi dzieciństwo, gdy szłam z rodzicami, wieczorem, ulicą, a pod nogami mi chrzęścił biały puch. Patrzyłam w rozgwieżdżone niebo i wydawało mi się, że księżyc idzie razem ze mną. Bezczelny łysy! Prześladował mnie. A może śledził?
Świeży śnieg, otulający drzewa i krzaki, tworzy baśniowy krajobraz jak u Andersena, tej o Królowej Śniegu co to tego Keja porwała i chciała zamienić jego serce w sopel lodu.
Pamiętam też jazdę na sankach. Miałam takie wstrętne, ciężkie, zielone sanki. Lubiłam sobie na nich siedzieć. W pokoju. Miały oparcie z pręta metalowego, potem zostało ono odpiłowane, żeby nie przeszkadzało przy zjeżdżaniu "na śledzia". Wyższą szkołą jazdy, była jazda "na koguta" - jedna osoba leży, druga siedzi na niej okrakiem. Teraz raczej bym nie mogła na nikim usiąść okrakiem gdyż ani chybi, skończyłoby się to połamanym kręgosłupem. Nie moim! Delikwenta!
Mróz mrozi mi policzki i wtedy drętwieje mi japa. Zdarza mi się w związku z tym pluć, podczas mówienia na mrozie. Czasem pluję też nie na mrozie, bo mam tzw. soczystą wymowę.
Dziś oplułam kolegę Pięknego. Nie obraził się, tylko powiedział, że musi zainstalować mi błotniki. Może to by było i dobre rozwiązanie, kto wie? Powiedziałam, że pluję bo jestem zła i mam chęć komuś przywalić: i z prawa i z lewa z plaskacza, symetrycznie, żeby równo spuchł, a potem przykopać kolanem. Wiadomo w co. Piękny oddalił się w popłochu :)

Pada śnieg, pada śnieg,
sypie granatami
a Mikołaj dostał w ryja,
leży pod saniami

śpiewają dzisiejsze dzieci..

Ja to śpiewałam tak:
(melodia walczyka)

Na drzewach śnieg, na krzakach śnieg
pobielił wszystko wokół.
Już trzyma mróz, skrzyp słychać płóz
i zima jak co roku.

Ktoś zaspy zmiótł , oczyścił lód
i gładka tafla błyszczy.
Kto zuch na lód, nie straszny chłód
ślizgają się już wszyscy.

Dźwięczące łyżwy lody tną
bim bam bam bom
bim bam bam bom
wtóruje serce dzwonkiem swym
bim bam bom bim bam bom bim

Albo to, w takt kopyt konika u sań:

Zima, zima, zima,
pada, pada śnieg.
Jadę jadę w świat sankami
sanki dzwonią dzwoneczkami

Dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń.
Prawda, że ładnie śpiewałam? Bo byłam zawsze bardzo grzeczna i tak mi pozostało! No i głos miałam też wybitny, od niemowlęctwa!

Zima kojarzy mi się też z piecem. Takim, jaki był u mojej babci. Duży, z zielonymi rzeźbionymi kaflami. Dobry taki piec w zimie. Tylko wRUcać w niego trzeba wYngiel albo co inne...Może jak bida to szyszki?
Zima to Święta, a Święta to choinka. Koniecznie żywa. Kupiłam parę lat temu sztuczną. Droga była, puchata...Raz tylko stała ubrana. Nie znoszę sztucznych choinek! Żywe lubię. Ale w tym roku chyba ją wyciągnę. Jest w piwnicy. Może jej szczury nie wrąbały całkiem. Podobno już ich nie ma. Tych szczurów. Przylazły z pobliskiego kanałku w parku i się rozlazły jak jakie pluskwy. Podobnież prześlizgnęły się przez niezamurowaną dziurę, pozostawioną przez murarzy partaczy. Tak pan dozorca powiedział...I były. Raz, kilka lat temu, weszłam do piwnicy, bo cieć zapewniał , że szczury zostały wytępione. Idę, świece latarką, patrzę...A tu coś leży na środku korytarza łapami w górę, wielkie jak kot. Nie przyglądałam się, bo chciałam umrzeć! Wyłam tak, że chyba na dziesiątym piętrze budynku było mnie słychać. A może i na sąsiedniej ulicy. I uciekałam.
Od tamtej pory NIGDY nie weszłam do piwnicy. Jak tylko pomyślę o tym czymś, co tam leżało, to mnie mdli i mam gula w gardle. Ale poproszę moją mamę. Starsza osoba, pokolenie wojenne, mniej strachliwa! Może pójdzie i mi tę choinkę sztuczną przyniesie, bo ja się boję! Może coś te szczury z niej zostawiły! Z choinki, nie z mamy! Ano ubiorę, co będzie. Co z choinki zostało, znaczy.  Ubytki gałęzi zamaskuje się łańcuchem i bombkami. Przyprószy się śniegiem albo i watą przypieprzy i już! Ważne ,żeby prezenty były ładne, bo opłatek już mam.
Dziś Terka opowiadała jak kosy miały małe, siedem sztuk, a kuna im głowy poobgryzała. Bo kuna lubi tylko głowy, podobno...To mi się z tymi szczurami skojarzyło. Koło Świąt. Święta - choinka - piwnica - szczury - kuna - odgryzione głowy małych kosów. Z tego łańcucha wychodzi, iż Święta z odgryzionymi głowami mi się kojarzą! I po co ona mi o tych kosach (ta Terka) opowiadała???
No i co to ja jeszcze...Aha. Czekam JEDNAK na TE Święta. MężU już powiedziałam, że jest niegrzeczny i nieuprzejmy dla mnie i nie dostanie nic! Podpadł mi, gdyż powiedział: Mały Miś niech nie będzie taki ZŁOWIESZCZY, bo podcina gałąź, na której siedzi!
Ta gałąź to by się sama złamała, nie należę do ułomków!
KONKLUDUJĄC :jak spotkam Świętego Mikołaja to jak go złapię za tą siwą brodę! NO!
Na prezent trzeba sobie zasłużyć. JAK JA!

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Telewizja

Ja nie mogę telewizji oglądać, po prostu nie mogę..Unikam tego jak ognia..Choć oczywiście, zdarza mi się. Serial jaki, czy Teleexpress, Wiadomości...
Oglądam obecnie serial pt. "Przyjaciółki" i nawet mi się podoba. Co prawda, ten, co się z Arciuch Tamarą związał, nooooo...jak mu tam...Bartek Kasprzykowski się strasznie roztył i brzuszysko opięte elegancką koszulą wylewa mu się ze spodni, zwłaszcza w scenach riki tiki klik klak wydawał mi się mocno obleśny, ale tak ogólnie, jeśli chodzi o serial to da się wytrzymać. Do ogarnięcia :) Kasprzykowski (tera moda mówić Bartek nie jaki Bartłomiej czy Bartosz) gra tam faceta, adwokata mocno świniowatego, który tę biedaczkę Strużyńską Magdę zdradza...Zdrady są rzeczą niemoralną, ale jak tak obserwuję tę jego małżonkę w tym filmie, to sama się prosi. Jak ja bym rozpędziła na cztery wiatry to całe towarzystwo - tę teściową upierdliwą razem z tym jej synalkiem..Z jaką rozkoszą umieściłabym swoją stopę między wydatnymi pośladkami pana adwokata, a walizka wraz z jego łachami wyleciałaby za okno, no!
I jeszcze z plaskacza by zarobił w spasione pycho! A ta się z nim certoli...Ma troje dzieci, fakt...No ale z takim dziadem żyć w poniżeniu?No nieeee...I jeszcze ta jego mamuńcia....
No ale ja nie o tym chciałam.
Przedwczoraj z kompa mnie pan małż wygryzł. I mimo woli te informacje se oglądałam. Nie wiem po co, bo się wkurzyłam. Aż mi ciśnienie chyba podskoczyło! Choć nie miewam wysokiego.
Dziecinka mała choruje na rzadkie schorzenie, które może powodować poważne powikłania i wyniszcza organizm. Ale leki (bardzo drogie) nie są refundowane dla pacjentów do lat 10, a potem to jedni mają refundowane, inni nie, to zależy czy na chorobę załapali się przed zmianą przepisów czy po!
Dalej..Kobicie paszcza otwiera się na centymetr. Trzeba ją karmić rozdrobnionym pożywieniem. Konieczna endoproteza żuchwy. To chyba jasne nawet dla laika! Ale nie dla komisji jakiejśtam, która uznała zabieg operacyjny jako...kosmetyczny i nie chce refundować!
Dalej...W pewnej szkole, w klasie jest chłopiec , który od kilku LAT wyzywa nauczycieli, bije kolegów, utrudnia prowadzenie lekcji. Podkreślam - sytuacja trwa kilka LAT. Zdesperowani rodzice chcą wszystkie dzieci przenieść do innej klasy, bo normalnie mają dość...Tym czasem dErECHcja i ktoś ważny z Kuratorium uważa, że I TAK jest poprawa, trzeba chłopcu dać szansę itd. No sorry, ale tolerancja też ma swoje granice. Dwadzieścia dziewięcioro dzieci traci - psychicznie, merytorycznie (nauczyciel ma utrudnione prowadzenie lekcji) , żeby jeden miał ochronny parasol i żeby biedaczek się nie załamał! No gdzie my żyjemy?! Dzieci uważają, że klasa jest fajna BO PO PROSTU PRZEZ WIELE LAT przyzwyczaiły się do sytuacji i do bezkarności terrorysty! Uznały go za świętą krowę , a sytuację za constans!
Następne. Chłopak lat 14 kilka lat temu zgwałcił i zamordował 13 - letnią córeczkę sąsiadów. Jeden z najmłodszych morderców i gwałcicieli. Był na tyle wyrachowany, że patrzył w oczy matce dziewczynki i nawet pomagał w poszukiwaniach, wiedząc, że sam porzucił jej ciało w zbożu! Głośna sprawa sprzed kilku lat. Chłopak sobie posiedział w poprawczaku do pełnoletności i...go wypuścili. Nie ma nawet statutu mordercy, gdyż w świetle prawa był przecież niepełnoletni! Ano..wrócił sobie spokojnie do swojej wioski i mieszka z rodziną , której zamordował dziecko, okno w okno! Jest tam jeszcze pięcioro dzieci, pewnie dziewczynki też...Co się dziwić, iż rodzina porzuciła dorobek całego życia i uciekła do innej wsi, gdzie dostali mieszkanie zastępcze? A MORDERCA? Ano..żyje jak pączek w maśle...Ani chybi, za parę lat, znów się o nim usłyszy, gdyż jest udowodnione, iż duży procent skazanych za podobne przestępstwa ponownie WRACA do popełnionych czynów...I tyle...
I bez komentarza....
I jak tu się nie denerwować?
Chyba wyrzucę telewizor za okno...