wtorek, 8 stycznia 2013

Rodzina w serialach telewizyjnych.

Tak sobie myślałam. Czasem mi się zdarza....O tych dzisiejszych czasach. O relacjach w rodzinach. O stosunkach: matka - ojciec - dzieci.
Bo kiedyś to było tak. Głową rodziny było ojciec. Jemu należał się szacunek i bezwzględne posłuszeństwo. Co powiedział, było święte, a jego autorytet był często nawet...wymuszony. Żony musiały używać dużo dyplomacji, by przeforsować swoje zdanie, bo to mąż był lwem. On zarabiał, jego PRACA i dochody były tym, co często zwalniało go z wielu domowych obowiązków. I nawet to, że czasem pracowała i żona (a nawet jeśli nie, to jej domowe obowiązki były równie ważne), nie czyniły z niej partnera o równorzędnej roli w domu.
Potam przyszło to NIBY równouprawnienie, o które walczyły kobiety. No i baby same się ugotowały, bo tyrają na dwóch etatach.
No ale nie o tym...Chodzi mi o takie polskie seriale: "Rodzinka" i "Ja to mam szczęście".
Może jestem zbyt konserwatywna, ale mnie osobiście, coś te seriale nie "podchodzą". Wydaje mi się, że w obu serialach prezentowane  rodziny (mimo komediowego charakteru) są pokazane jako BYCZE. W "Rodzince" samo to, że nazywają się Boscy oraz pioseneczka z czołówki "więcej jeśli się da, miłości więcej każdego dnia" już sugeruje, że pokazana rodzinka jest wzorcowa. No nie wiem.
Dla mnie jest tam instruktaż,  jak NIE NALEŻY dzieci wychowywać.
Jest tam trzech synów: 8 lat, 14, 18 (tak około). Tatuś - grany brawurowo przez Tomasz Karolaka, raczy swoich synów odzywkami typu: CO? JAJCO!. I jeszcze "lepsze". Dla mnie szok.




Toteż "dowcipne" i wyluzowane towarzycho - jego dzieci, rewanżują mu się w podobnym stylu.
Często, gęsto, też przewija się tu temat waginy i penisa. Może teraz taka moda na luz i brak "pruderii" i "zaściankowych" zahamowań. Dorastający syn bez żenady całuje się i obściskuje ze swoją dziewczyną w obecności mamusi (Małgorzata Kożuchowska), a ona ma łzy szczęścia w oczach. Dla mnie osobiście, jako nastolatki, byłoby to nie do pomyślenia, krępowałabym się, to zbyt intymne i osobiste, szczególnie jeśli chodzi o rodziców jako świadków, ale od razu widać, że jestem kartofliskiem, średniowiecznym w dodatku.
Synkowie w obecności rodziców nie krępują się zresztą,  z niczym. Pozwalają sobie na wulgaryzmy i odzywki typu: debilu, kretynie, a rodzice czasem zwracają im uwagę, ze stoickim spokojem, ale jakby ostrożnie, by dzieci nie wpadły w kompleksy. Toteż dzieci nie wpadają i sobie pozwalają. Wiem, wiem, komedia, ale jakoś nie bawi ten typ wulgarnego i prymitywnego humoru, pokazujący chamskie zachowania młodych ludzi i żałosne reakcje ich rodziców. Drugi seriał pt. "Ja to mam szczęście" jest dla mnie jeszcze bardziej żenujący. No bo, rzeczywiście i dzieciaki i rodzice z tego serialu mają "szalone" szczęście. Pomieszani tatusiowie i mamusie, tatuś z pierwszego małżenstwa przychodzi do córki, a chłopak jest chyba synem  tatusia z pierwszego małżeństwa ,czy jakoś tak. Mała może wspólna. Mogłam coś pokręcić, bo ogólnie podobnie jak w "Rodzince", luz, bluz, trendy i cool.



Dla kontrasu wymienię z kolei dwa inne seriale o rodzinie, które bardzo mi się podobają. Też komedie. Jeden to "Wojna domowa" - serial z lat siedemdziesiątych, drugi współczesny - "Rodzina zastępcza". "Wojna domowa" to klasyka, doskonała zresztą. Fenomenalny humor, wspaniałe kreacje: Kwiatkowska, Janowska, Rudzki, Szczepkowski i jako młodzież - Krzysiek Musiał Janczar i Elka Góralczyk.




Zatrzymam się jednak bardziej przy "Rodzinie Zastępczej". Dzieciaków tam dostatek - swoich i adoptowanych. Rodzice, państwo Kwiatkowscy - Piotr Fronczewski i Gabriela Kownacka, dla mnie są prawdziwym wzorcem i autorytetem. Wzbudzają szacunek, służą dobrą radą, zawsze pokazują jak kochają swoje dzieci (wszystkie jednakowo), martwią się o nie, naradzają w ich sprawach i wspólnie podejmują mądre decyzje. Zresztą wychowują dzieciaki mądrze, wymagając od nich, nie tylko dając. Sztuką prawdziwą jest stworzenie takiego zgodnego stadła, gdzie jeden za drugim stoi murem. Dzieciaki nie są rozwydrzone i wulgarne bo mają kręgosłu moralny wyksztalcony przez rodziców, przykładem własnym oraz mądrym tłumaczeniem i dyskusjami. Zarówno młody człowiek, jak dorosły rodzic może wiele się nauczyć z tego "materiału". I nawet wnieść coś z tego filmu do własnych relacji rodzinnych. Te dwa seriale zdecydowanie polecam.


poniedziałek, 7 stycznia 2013

Mąż cd.

Będzie jeszcze o mężu, bo to temat rzeka.
O męża trzeba dbać. To jest bezdyskusyjna sprawa!
Użytkowanie zgodne z instrukcją gwarantuje długą żywotność, zachowanie względnego wyglądu - bez uszczerbków oraz należyte funkcjonowanie tego urządzenia.
A więc zasilanie. Zasilać trzeba trzy razy dziennie. Co najmniej. Czasem nawet cztery do pięciu. Podawać pokarmy stałe pochodzenia roślinnego i zwierzęcego. Mieszanki i zawiesiny płynne zaleca się dostarczać w ilościach sporych - w okresie zimowym zasilać płynami można rzadziej.
Pielęgnacja. W zasadzie mąż pielęgnuje się sam. O ile ma wykształcony odruch czystości i higieny. Zdarza się jednak, że trzeba go do tego zachęcać lub wręcz zmuszać (TU wszystkie chwyty są dozwolone).
Bieliznę powinno się mu zmieniać minimum raz na dzień. Gdy jest ostro eksploatowany, to nawet i częściej. Pilnować by nie zakładał tył na przód lub na lewą stronę!
Zbyt mało tu wspomniałam o zasilaniu, więc jeszcze wrócę do tego ważnego zagadnienia.
Proszę wziąć pod uwagę, że ta czynność (wchłanianie pokarmów), podobnie jak sen, ma znaczenie nie tylko przedłużające gwarantowany okres użytkowania, ale też wymiar...mistyczny. Nic nie przywiązuje wspomnianego stworzenia do swojej pani tak mocno jak "koryto" oraz to co się łączy z łóżkiem. Jak to mówią: przez żołądek do serca. I wokół pupy świat się kręci.
Dlatego dobra kucharka to pewna gwarancja udanej chowu.
Ważna jest też, powiedzmy sobie szczerze i bez ogródek, sfera dotycząca końca przeciwpołożnego otworowi gębowemu u hodowanego osobnika, sfera obejmująca integralnie wspólne zajęcia tzw. ruchowo-rekreacyjne, czasem też prokreacyjne, ale to chyba wie każdy. Chłop myśli tą częścią ciała, o tym już wspominałam. Ale tego oczywistego tematu nie będę zgłębiać, powierzam go pod rozwagę wszystkim właściecielkom i użytkowniczkom mężów.
Generalnie, mąż musi być całe życie przekonany, że ma w domu skarb, a udało mu się go zdobyć tylko fuksem, bo wcale na niego nie zasługuje. Musi też zdawać sobie sprawę, że mocno o ten skarb musi zabiegać, pielęgnować go, dbać o niego, bo inaczej to...tego kFiatu to pół światu, ło!
No, co zrobić w razie popsucia urządzenia to wiadomo. Kiedyś o tym wspominałam. Nacierać, nagrzewać i współczuć.
A dalI to mi się już nie chce gadać bo i szkoda ozora strzępić i bolą mnie palce!
W razie pytań, proszę o komentarze, chętnie udzielę wyczerpujących odpowiedzi.
Dobranoc Państwu. Muszę zasilić mojego domowego stwora!

niedziela, 6 stycznia 2013

Mąż

Mąż to jest praktyczne stworzenie domowe i o ile z nim będziemy postępować w sposób przemyślany, służy nam wiele lat.
Przede wszystkim tresurę męża należy zacząć zaraz po ślubie, by nawyki u niego wykształciły się niczym u psa Pawłowa. Przykłady. Musi wiedzieć, że po posiłku sprząta się po sobie talerz. Warto też nauczyć go szybko, że swoje potrzeby fizjologiczne załatwia się do muszli podnosząc deskę i pilnuje się by trafić prosto w dziurkę i nie rozchlapać uryny poza obręb toalety. Niby proste, a niektórzy panowie mają z tym problem. Uczymy też męża sprzątania po sobie, odkładania na miejsce książek, gazet oraz różnych innych przedmiotów codziennego użytku, z których korzysta. Naukę musimy zacząć zaraz po ślubie , gdyż później może być za późno. Postępujemy konsekwentnie i nie odpuszczamy, mimo początkowych porażek. Mąż tylko czeka na to, by jedna z drugą powiedziała: daj ja to zrobię! Wówczas z ulgą przekaże daną czynność w twoje ręce i więcej NIGDY się za to nie weźmie, bo "nie potrafi"!
Ważne jest, by działać metodą kija i marchewki. Co jest marchewką to żadnej rozsądnej kobiety chyba nie muszę uczyć. Kij natomiast ma znaczenie raczej symboliczne, choć czasem tego bardzo żałuję! A więc kij to nasza broń kobieca. Doskonałe jest obrażenie się, ale tak by zrozumiał, iż bardzo nas zranił i MUSI jasno wiedzieć CZYM, inaczej nic z tego. Mężczyźni są  istotami niższego rzędu, Jak pamiętamy Kopernik była kobietą, nie można więc od nich zbyt wiele wymagać. W kwestii myślenia, oczywiście.
Skuteczny jest płacz. Można więc popłakać się, byle z wdziękiem! Nie mazać się, nie histeryzować, raczej chodzi o jakąś NIBY ukrywaną łzę spływającą po policzku ,sugerującą jakim łajdusem jest winowajca!NO!
I podstawowa sprawa! Zapisać. Mężczyźni służą głównie do uciech dla kobiety i noszenia paczek. Oczywiście jeśli dobrze zarabiają i potrafią zrobić coś kolwiek w domu, to działa in plus!
Nigdy nie ujawniać facetom całej prawdy, będzie zazdrość , zawiść i trucie! Facet potrafi czasem truć gorzej niż baba! Generalnie, im jest mniej świadomy, tym lepiej! Wyrażać zachwyt, podziw dla niego, by za chwilę się dąsać w sposób czarujący! Ale nie przesadzać, bo będzie zbyt zdezorientowany i może stracić cierpliwość!
Nie mówić o swoich niezbędnych wydatkach (np. czwarta w tym tygodniu bluzeczka). Chłop nie rozumie do końca potrzeb kobiety i zaraz sobie to przeliczy na butelki piwa albo inne niepotrzebne fanaberie! Czasem można mu jakieś piwo kupić, niech zna łaskawą rękę pani! Wówczas jest to niespodzianka i będzie zadowolenie i wdzięczność! A to z kolei zobowiązuje. Nauczyć go robić zakupy, wytyczając konkretnie szlaki (w którym sklepie). Dlaczego? To wrodzone lenie i pójdą do najbliższego sklepu, nie bacząc, że tam ładnych buraków nie ma i cebuli! Ostatnio zetknęłam się z wielkim i jaskrawym dowodem na to, że mężczyzna nie myśli. Jeden taki eksponat, dziwił się iż kobiety nawiązują dialog ze sprzedawczynią , że "czy dobra ta szyneczka, czy chuda? puciu puciu!". No i co w tym dziwnego? Chyba każdy woli zjeść co dobrego jak byle co, a koniec języka za przewodnika! Tak rodzą się kontakty INTERPERSONALNE, powstają znajomości i zdobywa się informacje!
Konkludując, musi mężczyzna zrozumieć swoje obowiązki, o prawach go nie informujemy! Dajmy mu zajęcie by o głupotach nie myślał! Praca, praca i jeszcze raz praca. Jak widzimy, że gapi się w telewizję na ładne, młode babki - to my zaraz - kran trzeba naprawić, w piwnicy posprzątać, niech ma za swoje!
Ma nie palić, nie pić alkoholu, nie wychodzić z kolegami, oddawać pieniądze, nie oglądać się za kobietami i nie myśleć o głupotach! I mądra kobieta, która będzie słuchać rad Grusi, zawsze jest w stanie to osiągnąć! No!


Babcie w tramwaju...

Dziś jechałam tramwajem. Aż trzy przystanki. Do świątyni. Niedziela jest....
Jak zwykle, w środku komunikacji miejskiej, obserwowałam ludzi, INWIGILACJA jest moją ulubioną czynnością :) Ludzie są fascynujący! Świat jest fascynujący! ZIEMIANIE są wciąż dla mnie zagadką (ja podobno jestem REPTYLIANKA lub KOSMITKA - tak mówi o mnie mój mąż), tematem do rozmyślań, obiektem zadziwienia. Najczęściej.
Ich reakcje są czasem schematyczne, ale częściej nieprzewidywalne.
No bo np. kto przewidzi, że słodziutka jak ulepek, koleżaneczka z pracy, która cię częstuje, daje ci drobne prezenciki, stara się pomóc, czyta w twoich myślach, troszczy się o ciebie, a twoje problemy spędzają jej sen z oczu (jak nadmienia miomochodem), za chwile idzie do szefa i obrabia ci tyłek, roznosi po instytucji wszelkie informacje z twojego prywatnego życia, oczywiście w wersji MOCNO przez siebie zmienionej, urabia ci opinię u ludzi. Oczywiście ZłEJ : ona tego nie umie, ona mi tego nie przekazała, jest błąd, to ONA się tym zajmowała...No, ale kto zna, ten wie...
Zresztą...Powiem tak. Ludzie PRZESADNIE słodziutcy, pochlebcy, tacy MEGAuczynni, nadmiernie oferujący swoją pomoc, ZAWSZE wzbudzali moją nieufność. Wolę już tych, nawet czasem burkliwych i narzekających. Takich, co to zawsze coś u nich szwankuje i są niezadowoleni :) Przynajmniej są NATURALNI, niezakłamani. A takie świergotki: ojojoj, moje dziecko najlepiej zrobiło, pani TYLKO jego chwaliła, mąż znów dostał premię, rodzice czują się świetnie, NA OGÓŁ po jakimś czasie szydło z worka wychodzi...No, ale nie o tym... Miało być o komunikacji miejskiej...
Owoż, jak zachowuje się młodzież w autobusie czy tramwaju, to wiadomo. Jadą do szkół, są hałaśliwi, beztroscy, stoją grupą blisko drzwi w plecakach na plecach - standard. Pojedyńczy osobnik IZOLUJE się od reszty świata, mając słuchawki na uszach i racząc wszystkich naokoło, nieco przebijającą muzyką w stylu "łubu dubu". Oni nic nie słyszą i nic nie widzą, żują gumę poruszając szczękami jak krowy na pastwisku i są PONAD. W końcu tu tylko przypadkiem, przelotem, przez moment. Czasem czytają książkę, zeszyt szkolny, gazetkę...
Ale nie o to..
Babcie...Ehhhh, babcie. To jest temat.
Wyglądają różnie. Mają od 60 lat wzwyż. Te są najfajniejsze. Czasem posiadają laski lub kule. Nie, nie to że ja drwię z ich ułomności...Tylko bardzo często odnoszę wrażenie, że ta laska to trochę dla fasonu, jako taka miejscówka w tramwaju czy autobusie. No bo jak wytłumaczyć FAKT, że skoro tylko taka babcia namierzy wolne miejsce, zapomina w try miga o ułomności i chodu, długimi susami w namierzonym kierunku?



Albo jak wytłumaczyć, że dwie godziny stoi przed chałupą i z sąsiadką plotkuje.?
Ale oczywiście nie wszystkie..Bo ustępować inwalidkom miejsca TRZEBA! TO PODKREŚLAM!!!! W imię miłości bliźniego choćby, szacunku, przyzwoitości i DOBREGO WYCHOWANIA!!!! W tym momencie mogą spytać: a co to takiego i z czym to się je? Ano...jak rodzice nie wytłumaczyli, to ja TYM BARDZIEJ nie wytłumaczę....
 Tylko, czasem taki młody człowiek zaczytany, czy zapatrzony w okno ZBYT DŁUGO, w końcu gdy zauważy i ZERWIE SIĘ z miejsca spanikowany, usłyszy w podzięce od starszej pani : NO W KOŃCU BYDŁO WSTAŁO! To nie bajka...
Żwawa i zażywna staruszka potrafi wymusić ustąpienie miejsca napierając brzuchem, biustem, sapiąc zancząco, stękając lub trącając siedzącego torbą znacząco.
Babuszki...Ubrane w beretki, eleganckie kapelutki i czapusie. Ciepłe. Od wczesnej jesieni, do późnej wiosny. Włoski ufarbowane, brewki wydepilowane, biustem torują sobie drogę...
Dziś obserwowałam taką w piaskowym paltociku. Fascynująca. Stanęła w drzwiach. Oczywiście OD RAZU po wejściu do wozu. ONA zaraz (za trzy przystanki) wysiada. Bo do kościoła. I już zaklinowała przejście, kto chce wsiąść może TYLKO stanąć przed nią. Dalej luźno. Przy drzwiach tłum. Jak w tym kawale o Wąchącku, gdzie WSZYSCY chcieli siedzieć koło kierowcy :)
Wracamy z powrotem. Czekamy na autobus. "Piaskowa" obecna. Obserwuję ją kątem oka - już ja cię babo przypilnuję - myślę sobie. No, autobus podjechał, babcie w pełnej gotowości ŁUBUDUUUUUU ławą! Wsiadłam jakoś, szukam wzrokiem, gdzie moja "Piaskowa"..Nie ma? Staranowali ją w przejściu? Ojojoj, jaka przykrość - myślę sobie zUośliwie. To ciekawe, zniknęła...Już się zaczęłam niepokoić, bo stała przy INNYCH drzwiach niż ja, gdzie Una!...Odwracam się. Mój małż przytulony do szyby jakoś dziwnie..W zasadzie wtłoczony w szybę....A na plecach mu leży..."Piaskowa" hehehe Minę ma mój staruszek nieszczęśliwą. Ano kara za grzechy go spotkała! Mógł wraz ze mną JEJ nie krytykować!
No jasne, gdyby na nim leżała jakaś cycata trzydziestka blond w mini, pewnie byłby zadowolony!
A dobrze mu tak, ZDRAJCY!!! GORZE MU! NO!

piątek, 4 stycznia 2013

Nasi milusińscy

Dziś będzie jeszcze o naszych pociechach.
Czasem to wyczekiwane maleństwa, bywa "wpadka", często niespodzianka.
Ale zawsze pownny być to nasze kochane. Ja nie wyobrażam sobie, by miało być inaczej.
Gdy są bezbronnymi niemowlaczkami, zależnymi o nas, są takie najbardziej "nasze". Najnaszejsze.




Później słodkie bobasy. Śmieją się, obejmują pulchniutkimi łapkami za szyję, niezdarnie całują, szarpią mamę za włosy, ciągną ojca za nos.
Nasze cuda. Najpiękniejsze, najmądrzejsze, najukochańsze. Często pamiętamy pierwsze słowo, pierwszy krok...



A potem przychodzi okres negacji i zaznaczanie swojej woli. Próba sił. W zasadzie taki mały szantażyk zaczyna się dużo wcześniej, już przy wymuszaniu noszenia na rączkach czy wspólnego spania:)
Ale potem przybiera on formę słowną. Nie. Nie zrobię, nie pójdę, nie chcę.




Później szkoła. I tak dalej i tak dalej....Aż następuje przejście poprzez burzliwy wiek nastolatka w dorosłość...
To są sprawy oczywiste. Dziecko coraz bardziej staje się już nie tylko nasze...
Ma koleżanki, kolegów, dziewczynę, chłopaka, potem narzeczoną lub narzeczonego.
Potem swoją rodzinę.
Lub nie. Bo to bywa różnie. Ale pamiętajmy, że dziecko chowamy "dla świata", nie tylko dla siebie.
Ale ja zmierzam do czego innego. Tylko jak zwykle się rozgadałam...
Otóż, gdy mamy już tego potomka, to sobie tak wyobrażamy :jak to będzie i co to będzie...W swoich wizjach widzimy: ją jako panią doktór - jak mamusia, jego jako architekta - jak tatuś. Ale jak będzie prawnikiem lub DYREKTOREM to też nam nie przeszkadza. Byle miał dobry zawód i popłatny!Na pewno będzie grał na pianinie, a co najmniej na gitarze. I jeździł konno. Zapiszemy ją na lekcje tańca. No i oczywiście języki - przynajmniej trzy: angielski, niemiecki i chiński. Musi umieć pływać. I jak najwcześniej mieć prawo jazdy!
Ale..życie weryfikuje nasze oczekiwania. I często dziecko nasze idzie w zupełnie innym kierunku, niż tego byśmy chcieli. Nie garnie się do nauki, ale często przesiaduje w warsztacie samochodowym u znajomego. Nie chce grać na gitarze, zresztą nie ma słuchu za grosz. Ledwo, ledwo radzi sobie z jednym, obowiązkowym, językiem angielskim, osiągając bardzo mizerne wyniki.
Ale to nie wszystko. Nie mamy w domu spokojnego aniołka, o którym marzą rodzice. Dziecko "daje popalić". Wraca późno do domu. Pyskuje rodzicom. Uczyć się nie chce. Wagaruje.




Bywa, że nie mamy w domu okazu zdrowia, o którym marzyliśmy, a wiecznie chorującego słabeusza, który nie może uprawiać wyczynowo sportów siłowych, o czym marzy tata...
I co, rozczarowanie? Zawód?
Nie. Musimy pogodzić się z tym, że dziecko RZADKO bywa takie, jak żeśmy sobie wymyślili. Często idzie całkiem inną drogą. I wcale nie MUSI spełnić naszych oczekiwań!
Nie podziela naszych poglądów. Przechodzi kryzysy. Robi rzeczy, których nie pochwalamy.
Pamiętajmy, że nadal jest to nasze dziecko. Może TRUDNE do kochania, ale jednak.
Każdemu człowiekowi potrzebna jest miłość jak woda i powietrze. Inaczej marnieje jak niepodlewany kwiat. I choć czasem nasz młodzieniec, czy panienka broni się przed nami, fuka, udaje, mówi, że nie jest dzidziusiem i sam najlepiej wie, co ma robić, bądźmy przy nim!
Gdy nie pochwalamy jego postępowania, powiedzmy: synku, nie akceptuję tego co robisz, ale cię kocham i zawsze będę cię wspierać. Córeczko, zrobiłaś źle, musisz ponieść konsekwencję tego, co się stało, ale zawsze możesz na mnie liczyć.



Nie uchronimy swoich latorośli przed wszelkim złem tego świata. Nic nie pomoże rozkładanie ochronnego parasola ani szklany klosz. Takie postępowanie zawsze odbija się źle. Młody człowiek strofowany, pouczany, trzymany PRZESADNIE na uwięzi popełnia znacznie więcej błędów niż ten samodzielny. Kontrolować trzeba, ale z dystansu. I kochać. Tak, by dziecko wiedziało. Nie wstydźmy się słów miłości, gestów przytulenia, pogłaskania, nawet..starego konia czy mocno przerośniętej pannicy. Gdyby więcej rodziców miało czas dla własnych, nawet dorosłych już, dzieci, gdyby nie bała się okazywania im uczuć w sposób mądry, gdyby więcej z nmi rozmawiało, nie byłoby tyle problemów - narkomanii, przedwczesnych ciąż, alkoholizmu...
Nasze dzieci to nasza przyszłość. Może będziemy potrzebować kiedyś ich pomocy. Dbajmy o nie, pamiętając, że nie chodzi tylko o spełnianie ich zachcianek, ale też egzekwowanie obowiązków. Żyjmy zgodnie w naszych rodzinach, bo nasz przykład prawidłowych relacji zadziała najlepiej. To on wykształci naszych potomków na przyszłych odpowiedzialnych ojców  i troskliwe matki - kapłanki ogniska domowego.
Życzę wszystkim rodzicom samych sukcesów wychowawczych. I pamiętajmy, każdy z nas popełnia błędy, ważne, by z nich umieć wyciągnąć wnioski dla siebie i w przyszłości ich unikać....

czwartek, 3 stycznia 2013

Kariera czyli skazani na sukces

Dziś pomówilibyśmy (jak to mawiał onegdaj Kolega Kierownik Jacka Fedorowicza) na temat jak zrobić karierę. I jak wychować człowieka od lat najmłodszych na potencjalnego karierowicza.
Zastrzegam od razu, aby mojej wypowiedzi nie traktować jako poradnik.
Owoż, człowieka można przygotować do tego, aby zrobił w przyszłości karierę od najwcześniejszych lat dziecinnych.



Dziecko MUSI wiedzieć, że jest WYBITNE, że należy mu się WSZYSTKO (a innym frajerom niekoniecznie), że zawsze jest the best. Musi być przekonane o swojej WYJĄTKOWEJ wartości, o swoim talencie (nie ważne, czy takowy posiada), urodzie, charakterze itd.
Jak to zrobić? Bardzo prosto. Dziecko ma się wybijać w stosunku do innych. Jest tu pewien mały problem. Musimy dysponować pewnymi środkami BO np. maluch musi być wożony najlepszą furą i mieszkać w najładniejszym domu w okolicy. Dom musi też być wyjątkowy, może np. przypominać zamek Gargamela. Lub też kwestia wyglądu samej elewacji. Wszyscy naookoło mają normalne tynki, my dajemy potłuczone talerze, najlepiej z miśnieńskiej porcelany. I tak dalej. Każdy element powinien i naszemu dziecku, które rosnąc coraz więcej zauważa i innym wskazywać, że to MY, nasza rodzina jest nadludźmi, nam się WSZYSTKO należy, bo my mamy POTRZEBY, a reszta to plebs.



Ten warunek jest bardzo MILE WIDZIANY, ale nie zawsze konieczny... Ma jednak dość istotne znaczenie, stąd wspominam o tym w pierwszym rzędzie.
Od piaskownicy nasz malec nie może zadawać się z byle kim. Najlepiej jak będzie to syn dyrektora, córka wójta, czy bliźniaki prezesa. TYLKO dzieci ludzi, którzy w przyszłości mogą się przydać. Chętnie też prowadzamy naszego malucha do wójta na URZĘDOWE pokoje, a niech sobie posiedzi na wójtowskim fotelu, niech się przyzwyczaja (zrobić zdjęcie, pokazywać znajomym, niech wiedzą, JAKIE MAMY znajomości).
Gdy dziecko idzie do przedszkola - najlepszego, za łapówkę -  MUSI wiedzieć, że dostało się tam właśnie za łapówkę, by nabrać przekonania, że za pieniądzę można wszystko kupić, jak również ma się przekonać, że znaczy się tyle, ile się MA i od tego zależy wartość człowieka.
Jak zachowywać się jako rodzic WYBITNEGO malca.
Gdy dzieci z przedszkola idą na wycieczkę z paniami wychowawczyniami, my dajemy pani prezent by pilnowała TYLKO i PRZEDE WSZYSTKIM naszego dziecka. Inne są nieważne, pies je gonił! NASZE DZIECKO ma być najważniejsze!



Teraz szkoła.
W szkole ZAWSZE wciskamy się do wszelkiego rodzaju komitetów i tzw. "trójek klasowych" tym samym łapiąc kontakty z nauczycielami, by NASZE DZIECKO mogło mieć najlepsze oceny i  musi ono o tym wiedzieć. Oczywiście przy każdej okazji WCISKAMY nauczycielom prezenty ,by czynić ich zobowiązanymi wobec nas - patrz - NASZEGO DZIECKA! I latorośl MUSI TAKŻE o tym wiedzieć. Zawsze też nasze dziecko ma mieć RACJĘ - ważne szczególnie w różnego typu konfliktach szkolnych! Nieważne, czy młody człowiek to łobuz i cham, TO NASZE ma być na wierzchu. Każdą sytuację da się przecież tak wytłumaczyć , żebyśmy to MY mieli rację! Zawsze jest możliwość wskazania INNEGO winowajcy. Przy ewidentnych skargach innych rodziców, które zapewne będą, bo przy TAKIM wychowaniu być muszą, unikamy rozmów na drażliwe tematy np. rzucając ostentacyjnie słuchawką telefoniczną , tym samym pokazując GDZIE MAMY te skargi. W bezpośrednim kontakcie można użyć następujących zwrotów:
- ale nie mamy o czym rozmawiać!
- dlaczego pani krzyczy, nie ma pani przed sobą gówniarza!
- tak zachowywać to się pan może w domu, do swojej żony!
ITP.
W ten sposób odwracamy uwagę od MERITUM - czyli przewinienia naszego milusińskiego.
W ten sposób dziecinka żegluje sobie spokojnie przez morza burzliwe i oceany spienione bez jakiegokolwiek uszczerbku. Zdobywa jakieś tam wykształcenie, oczywiście przy pomocy rodziców - patrz łapówki i prezenty oraz ich znajomości. W zasadzie wykształcenie nie będzie i tak aż tak potrzebne, gdyż dorosły człowiek, będąc od najmłodszych lat przekonanym, że WSZYSTKO jemu się należy, bo jest WYBITNY, a innym NIC, będzie zdobywał szczyty z łatwością. Ponadto ma przecież tych wszystkich ZNACZĄCYCH znajomych z piaskownicy.
Zachowanie w różnych sytuacjach.
Musimy tak wychować naszego młodego człowieka, by ZROZUMIAŁ, że jego nie obowiązują ŻADNE reguły, normy, zasady, żadne sentymenty, przyzwoitość, bo to jemu mam być wygodnie. Tak więc NIGDY nie czekamy w kolejce do lekarza (z lekarzem dogadujemy się na boku), jesteśmy zawsze załatwiani poza kolejnością, mamy osobny pokój w szpitalu, opieka jest lepsza niż dla innych pacjentów itd, itd. Wszystko to załatwiamy przy pomocy kopert, prezentów, "podziękowań". Młody nasz potomek ma wszystko obserwować i wyciągać wnioski.
Praca.
W pracy TYLKO on będzie pracował i to NAJLEPIEJ, reszta...nie robi nic, myli się - tu trzeba podpowiedzieć by zawsze młody człowiek TRZYMAŁ z przełożonymi - potakując, donosząc na kolegów itp. Warto zalecić MU złapanie PRYWATNEGO kontaktu z dyrektorem, kierownikiem, prezesem.
Jak to zrobić?
Najpierw należy stopniowo się zbliżyć do przełożonego i przeanalizować CO lubi, a czego nie lubi, w sferze prywatnej oraz służbowej. Można też zebrać informacje ogólne o osobie - sytuacja rodzinna, choroby itd. - to na pewno się przyda. I jak kameleon dopasowujemy się do poszczególnych danych. Przykłady.
Jest gejem - wychwalamy związki jednopłciowe, wyrażamy podziw dla odwagi tych ludzi i dezaprobatę dla nietolerancji heteryków. W ekstremalnych sytuacjach sami UDAJEMY geja np. przez założenie apaszki koloru lawendy.
Jest antyklerykałem - opowiadamy niewybredne dowcipy o klerze i kościele oraz zdejmujemy medalik z szyi.
Interesuje się sportem np. piłką nożną i kibicuje np. Legii. My oczywiście TEŻ. Jeśli tak nie jest, musimy zdobyć jak najwięcej informacji na temat tej drużyny oraz gnoić przeciwników.
Jest grzybiarzem - snujemy opowieści o naszych wyjątkowych sukcesach na tym polu. Mogą być zmyślone. Np. Trzy lata temu, gdy byłem w lasach białostocczyzny to....
Jest wędkarzem - w zeszłym roku na Mazurach to taaaaaką rybę złapałem...A szarpała się....
Jest chory na raka - my też jesteśmy chorzy, właśnie miesiąc temu nam wykryli nowotwór...
Myślę, że wiadomo o co chodzi. Gdy już mamy "na widelcu" jednego przełożonego, po nitce do kłębka docieramy do innych znaczących osób w firmie. Dobrze jest spotykać się "przy barze" gdyż "in vino veritas" hehe . Zawsze podlanie kogoś rozluźnia kontakty, a poufałość ułatwia załatwienie wielu spraw na naszą korzyść jak np. poparcie w wykoszeniu zdolniejszej i bardziej wykształconej koleżanki, podłożenie świni nielubianej brygadzistce itp. I zawsze pamiętajmy, że cel uświęca środki!
Wazeliniarstwo - nazywajmy GRZECZNOŚCIĄ i UPRZEJMOŚCIĄ.
Donosicielstwo - to LOJALNOŚĆ wobec pracodawcy.
Łapówkarstwo - dowody wdzięczności.
Nauczmy się tej NOMENKLATURY i nauczmy tej RETORYKI swoje dziecko, które ma zrobić karierę!
I proszę mi wierzyć, to co tu piszę, nie jest pustosłowiem lecz EFEKTEM wieloletnich obserwacji. DOKŁADNIE tak to przebiega. I nie dziwmy się później, że choć mamy wykształcenie wyższe i doświadczenie, rządzi nami małolat po niepełnym średnim lub kursie. Nie dziwmy się, że gdy są redukcje, zwalnia się wieloletniego pracownika, który oddał instytucji szmat swojego życia, jest kompetentny i solidny, a na jego miejsce wskakuje matoł bez doświadczenia i wykształcenia, ale za to z szerokimi plecami. To właśnie ci, którzy tak zostali kształtowani od lat najmłodszych. Ci, którym się należy, którzy są PONAD bo mają wujka prezesa czy dyrektora z którym się znają z jednej wioski. I dobranoc Państwu:)





Cud

Wczoraj taki program w telewizji oglądałam.
Rzecz się dzieje w Sanoku, chyba...Ale może coś pokręciłam, jak zwykle...
Sprawa bezdomnego człowieka, pana Wiesława, lat 57.
Nie wiem, jak doszło do jego bezdomności. Może z powodu alkoholu? Może z powodu biedy? Może z powodu zagmatwanej sytuacji rodzinnej? Naprawdę, może być przyczyn wiele...Ale NIGDY nie należy mówić o takim człowieku "śmieć". Już kiedyś opisywałam, w jednym z wpisów, sytuację, gdy jeden z tych pewnych siebie "młodych, gniewnych, szczerych", który myślał, że wszystkie rozumy pozjadał i wolno mu ludzi oceniać i nimi pomiatać, nawyzywał bezdomnego od śmieci. Bo był brudny, śmierdzący, zaniedbany i chory. A przecież człowiek ten mógł się zwyczajnie pogubić...
Tylko taki cymbał nie wie, że i jemu życie może figla spłytać. Może ciężko zachorować, może go opuścić żona, może stracić pracę. I starczy. Życie bywa bezwzględne, a los jest czasem przewrotny. Nie śmiej się dziadku z cudzego wypadku!
Ja mam wiele współczucia dla tych ludzi, a widzę takich wielu. Bez nadziei, bez perspektyw, starzy, zaniedbani, schorowani, zapijają gorycz swojej egzystencji najtańszym winem. Czasem tak wrastają w swój los, że ju nie chcą go zmienić, nie wyobrażając sobie innego życia. Maska bezdomnego, skrzywionego cierpieniem, czasem zmarzniętego i głodnego, przyrasta im do twarzy...
Ale wróćmy do naszego pana Wiesława. Bezdomny, jak wielu. Był bardzo głodny. Żebrał o jedzenie, często spotykał się z pomocą przechodniów, ale czasem też ktoś mu krzyknął: a idź do roboty, dziadu!
Wszedł do kościoła. Przyklęknął przed Krzyżem umęczonego Chrystusa i wpatrywał się w Niego załzawionymi oczami, prosząc o pomoc. O wsparcie, o siły. Bo już tylko w Jezusie widział tę "ostatnią deskę ratunku".
I stał się CUD, bo jakże tego nie nazwać współczesnym cudem? Akurat w tym miejscu i o tej godzinie?
Przypadek? Oczywiście, niewierzący mogą tak to określić. Ale dla tego człowieka to był cud, który zmienił całe jego dotychczasowe, marne życie.
Tego dnia i o tej godzinie wszedł do kościoła biznesmen. Zobaczył tego nieszczęśliwego człowieka, wpatrującego się w Krzyż. Podszedł do niego i zaczął z nim rozmawiać. Tamten opowiedział mu trochę o sobie. No i tak się zaczęlo..
Okazało się, że mężczyzna miał dobrze prosperującą firmę budowlaną. A bezdomny okazał się być cieślą. Zatrudnił więc biedaka w swojej firmie, gdzie początkowo wykonywał on prace ciesielskie przy budowie więźby dachowej, potem też i  inne prace budowlane. Dał mu pracę, a więc jakąś wartość, cel, sprawił, że poczuł się potrzebny...
Początkowo, mając mało sił, bezdomny nie dawał rady wydajnie pracować, ale stopniowo szło mu to coraz lepiej. Dostał piękne mieszkanie w nowym domu. Jasne i przytulne. A nawet założył własny zespół muzyczny, w którym gra na gitarze. Odnalazł cel życia. A wszystko dlatego, że ktoś mu pomógł, nie skazał z góry na zatracenie, nie nazwał "śmieciem", zaufał mu....
Teraz pan Wiesław ma się dobrze. Mówi, że znalazł swoje miejsce na ziemi. Zwróciłam uwagę, że wysławia się gramatycznie, a jego język jest piękny.
Powiedział też na koniec, jakie jest jego największe marzenie. Chce znów mieć rodzinę...
Oto cała historia...Historia, która bardzo mnie wzruszyła. Dobroć jednego człowieka zbudowała dobro w innym, czyjeś życie zostało ocalone....