wtorek, 29 stycznia 2013

Pan Doktor z mojej przychodni

Gdybym była poetką

Gdybym była poetką
z Aoede choziła pod rękę
napisałabym wiersz, hymn
a może tylko piosenkę

złożyła go przed tobą
nieśmiało w daninie
by sławić twą osobę
twe czyny oraz imię

włożyłabym na twą głowę
przepyszny z lauru wieniec
bo tyś jest naszym królem
i naszym  marzeniem

jak rycerz toczysz boje
o pacjentów zdrowie
z walki wracasz zwycięzki
na przekór chorobie

jesteś wielkim człowiekiem
w niewielkiej postaci
choć służba zdrowia niewdzięczna
marne grosze płaci

żyj nam doktorze w zdrowiu
tego ci życzymy
byś służył nam swą radą
od wiosny aż do zimy

dziś niech te słowa będą
mej wdzięczności wyrazem
a ten wierszyk niezdarny
podziwu obrazem

Panu Doktorowi z Przychodni na ul. Grochowskiej
A.W.

Byłam dziś u lekarza. Bark sobie nadwyrężyłam i tyle. Każdego kiedyś dopada choróbsko. Ja do tego stanu podchodzę w sposób naturalny i bez pretensji do losu. Ot, normalka, byle nie było gorzej..
Pan doktor to człowiek święty. Jak lekarze z serialu "Na dobre i na złe"...
Skromniutki człowieczek w średnim wieku w troszkę przykrótkich porciątkach...Złote serce. Przyjmuje jeszcze pacjentów dwie godziny po zakończeniu dyżuru..Dlaczego? Bo każdego bada dokładnie i przeprowadza wywiad, czasem konsultuje się ze specjalistą, niejednokrotnie na cito kieruje na badania. A tyle w nim życzliwości, wyrozumiałości dla, czasem trudnego, pacjenta. Tyle gotowości pomocy...
Walą do niego drzwiami i oknami. Szczególnie stare babcie. A do innych pusto...Ma na jednego pacjenta 15 minut, a "trzyma" znacznie dłużej..."Panie doktorze, nie ma już numerków, pryjmie mnie pan?" - proszą ci, którzy nie mieli szczęścia się dostać..Nie odmówi nikomu...Wybiera leki optymalnie - mało szkodzące i z refundacją mając wzgląd na zasobność portfeli pacjentów. Uważam, że takich lekarzy "z prawdziwego zdarzenia" NFZ powinien gratyfikować dodatkowo. Bo co taki świetny lekarz ma ze swojej ciężkiej pracy, ze swojego zaangażowania? Nic. Zarabia tyle samo, co te inne konowały...A nie powinno tak być. ja bym zrobiła pensje nie tylko wg kwalifikacji ale też kierując się ilością pozyskanych pacjentów. No!



niedziela, 27 stycznia 2013

Zwyczajna rodzina

Normalna sobota, zakupy, sprzątanie, gotowanie, ot życie...Nie wiem jak to jest u innych..Bo niektórzy to bankiety, rauty, towarzyskie spotkania hehe Też dobrze. Ja w zasadzie jestem domatorką i lubię spędzać czas z rodzinką. Zwłaszcza na męża tu mogę liczyć najbardziej, bo dzieci to wiadomo, mają swoje sprawy, obowiązki, swoje towarzystwo...Powoli odfruwają...Zresztą, czas był już przywyknąć. A mąż zostaje...
Ja tam nawet trochę lubię swojego staruszka, choć stary piernik. Czuję się z nim po prostu dobrze, choć trochę mnie denerwuje. WeJszłam w sobotę do budki w pobliżu z wędliną. Jest tam super dobra kiełbaska - Tuchowska się nazywa. Ma duży stopień kiełbasowatości tzn. przypomina dobrą przedwojenną kiełbasiurkę:) Dlatego też na ogół do soboty wykupią..Ale nic, zaryzykowałam.
- Czy zastałam Tuchowską? - krzyczę już od progu ku znajomym paniom.
- A jest, jest!
- O, to superowo! Mój mąż już przez sen mówi: Tuchowska....Tuchowska...- powiadam.
- To jeszcze nie tak źle - ze śmiechem mówi dość ładna szatynka - jak chłop mówi o misce to dobrze!
- No i ja na to liczę! Gorzej, gdyby o jakiejś babie mówił! - stwierdzam fakt niezaprzeczalny.
No i wzięłam mu tej Tuchowskiej, zrobiłam mu z cebulką i jabłkiem ponacinaną w poprzek...
Mąż zadowolony, gębusia uśmiechnięta...
Pamiętajcie baby, co wam powiem. Przez żołądek do serca! Stara prawda, ale jakże zawsze na czasie.
Lubię pasjami moją rodzinkę: dzieci - stare konie, męża, rodziców...Teściów już dawno nie mam, mój mąż sierotka...Dlatego trzyma się moich.
Tesknię, gdy nie jesteśmy w komplecie, za tym nieobecnym...Wiem, że nie mogę nikogo ograniczać, chłopaki dorośli....Ale jednak...Tęsknota, niepokój to jest niezależne ode mnie. Teraz młodzież lubi prowadzić "nocne życie" - kluby, bary - wszystko otwarte nocą...A mnie to wkurza.
Nie lubię też jak wyjeżdżają...Najlepiej jak wszyscy jesteśmy razem!
Kiedyś gdy mój syn wyjechał, wyjątkowo odczułam jego nieobecność...Wówczas powstał taki uTWÓR:

Tęsknota

Ciszę zegar przecina swym biciem
taka pustka i szarość jest wkoło
odleciało wraz z tobą moje życie
nie potrafię patrzeć wesoło

szare kąty i szarość za oknem
szyby łzami deszczu spływają
te przedmioty które zaraz dotknę
wszystkie ciebie mi przypominają

sen już odszedł daleko za chmury
i niepokój tylko w piersiach czuje
czarny potwór wyciąga pazury
i tęsknotę me serce już knuje

pusty pokój milczące dziś ściany
i posępne wiszące obrazki
i fotelik jeszcze lekko rozchwiany
i na szybie przyklejone srebrne gwiazdki

białe kwiaty jeszcze stoją w wazonie
nie są już jak przed chwilą świeże
pusta szklanka chleb niedojedzony
że powrócisz do mnie ja w to wierzę

A.W.

Napisałam też coś o moim małżu....

Cisza we dwoje

Pozwól mi zaśpiewać pieśń
a może
powiedzieć wiersz...
gdy na dworze słotnie
myśli senne się wloką
i cisza
czas tykaniem zegara umyka
patrzę na ciebie
ty - książkę czytasz
ciekawa ta książka? - pytam
ty nie odpowiadasz
nie słyszysz
zatopiłeś się w swojej ciszy
w myślach
nieobecny
a ja - jestem obok
trudno mnie nie zauważyć
powiedz tylko słowo
i znów nie będzie szaro
tylko...kolorowo

A.W.

Małżeństwo to czasem waśnie, spory, kryzysy...Czasem też...wątpliwości, rozterki...I to jest normalne. Nie może być cały czas różowo i jedzenie sobie z dzióbków! Są wszak i złe chwile i trudne, czasem kumulują się zastarzałe pretensje, żale..Ważne by to przejść. Wspólnie przy dobrej woli z obu stron...

Zagubieni

Zagubiliśmy się w istnienia buduarze
w plątaninie wektorów czasu
o różnych kierunkach i zwrotach
przypadkowości zdarzeń

pokłociliśmy się z życiem
w którym czarna kula rzucona w górę
białą spada
a następny dzień - zagadką i odkryciem

zaplątaliśmy się w tej małej świata kieszeni
gdzie nie wszystko jest tylko materią
atomów zlepkiem
i nie każdy znajduje swoje miejsce w przestrzeni

rozczarowani i zniechęceni
faktem nazwania rzeczy
gdy rzeka jest tylko związkiem wodoru i tlenu
łąka - florą, a słowik - przedstawicielem fauny na ziemi

Zaplatamy od niechcęnia swe dłonie
na palcach obrączki złote - zwykłe przedmioty
kiedyś oznaczały wiele
dziś - może pzryzwyczajenie, a może miłości koniec...

w życia buduarze
każde z nas w innym kącie
odwracasz wzrok, ja zerkam ukradkiem
twój uśmiech skrywany...to nie koniec marzeń...

A.W.

Dziś gdy wracaliśmy z kościoła obrzuciłam dziadygę śnieżkami.
A niech ma za moją krzywdę:)

piątek, 25 stycznia 2013

Krasnoludek

Nieeee, no muszę Wam to opowiedzieć, muszę....
Tylko UPRZEDZAM! To nie jest nic ciekawego, ani zabawnego!!!!!!
No!
Owoż udałam się dziś na zakupy do Biedronki, ale tym razem  nie do tej najbliższej, tylko dalej, tam jest taka MEGA BIEDRONA! BIEDRONA GIGANT!
No i jest tam w pobliżu ciąg sklepów z serii "Wszystko od 5 zł"!
Uwielbiam te sklepy, choć badziew tam niemiłosierny! Ale są tam tak zabawne rzeczy, że umrzeć można ze śmiechu. Np. piersi kobiece OLBRZYMIE z pluszu, różowe, wszystko jak trzeba...Chyba do przytulenia dla samotnego singla. Albo...popielniczka z damskimi udami i nie tylko - różowa z porcelany hihi Były nadal te ohydne wykałaczki - widelczyki powbijane w sztuczny ogórek, ale doszły też inne wersje - wetknięte w jakieś arbuzy czy tam dynie. Kolorowiuchne i "przepiękne"!
Kupiłam sobie słój na mąkę, taki dwulitrowy, bo nie mam.
Poszłam do tej Biedronki w końcu...Miałam ze sobą wózeczek na kółkach na zakupy i trochę kaski.
Po Świętach ludzi nie tak dużo, nie mają pieniędzy, spłukali się na prezenty.
Ja mam, bo mi się rozmnażają. W nocy przychodzi anioł i mi dokłada. Bo jak inaczej wyjaśnić, że cztery osoby żyją z tak mizernych dochodów? Ale ja Wam powiem taką prawdę, którą zawsze wygłaszała moja Babcia nieboszczka: kto się dzieli z innymi, temu się rozmnaża. I to prawda.
Nie chwaląc się, ale znaczną kwotę na kolędzie dobrodziejowi dałam, to teraz mi się mnoży kaska! Tak jak w tej bajce co był taki osiołek i monetami złotymi pluł...TamOJ i stoliczek "Nakryjsię" był, ŁO!
Na utrzymanie świątyni trzeba dać! Żeby było widno i ciepło!
Ale co to ja...Aha. No to okazało się, że wszystko mi jest potrzebne! Że mleko w kartonie, napój z owoców leśnych to normalka. Ale jakem zaczęła pchać do koszyka bez opamiętania, to i znalazły się tam kieliszki do likieru z Krosna. No to i likier "Wiśniowy Dwór" trzeba było, no bo warto sprawdzić czy te kieliszki wygodne i poręczne...Olej Kujawski dwulitrowy, płyn do płukania Silan - w parze, bo taniej... Oczywiście wszystkie trzeba powąchać, który najładniej...Cukier, sól przy okazji. I wiele, wiele innych NAJPOTRZEBNIEJSZYCH rzeczy!
Jakem poszła ku kasie i zapłaciła, tom potem spakować się nie mogła, a wózek ze 100 kg ważył. A tu droga z powrotem mnie czeka. Bez śniegi nieodśnieżone...
Tuptam więc sobie w kierunku autobusu. Stanęłam na przystanku z wózeczkiem wypakowanym.
Podjeżdża autobus. No to dawaj, łapię się za ten ciężar i....
Nagle, jak spod ziemi, wyrósł koło mnie krasnoludek! Czerwona czapka uszatka, czerwona kurtka...Miało toto może z półtora metra wzrostu, bo ledwo mi do ramienia... Złapał za wózek i do góry go! Pomaga! Hej uuup i już!
Myślę sobie: ty maleństwo, toć ty byś jeszcze mógł usiąść na wierzchu tej torby, a ja bym wszystko razem z tobą podniosła!
Ale nic. Podziękowałam, nieśmiało i z zawstydzeniem zerkając na dzielnego dżentelmena!
Myślę dalej: jak to jest? Taki mały, a jak się rwie do pomocy!
Są jeszcze prawdziwi mężczyźni, choć niepozorni - dumam dalej w rozczuleniu..
Bo mnie zawsze rozbrajali tacy mali faceci...Ja takim się właśnie podobałam. Ja - symbol siły i opieki, zwalista, duża, okazała, z szeroką piersią , którą mogę zasłonić przed światem złym i niebezpiecznym...Może tak mnie postrzegali? W każdym razie takie wróbelki do mnie wielokrotnie podskakiwały!
Tak pewnie i teraz...Spojrzałam z ukosa, acz nieśmiało...Siedzi. Mój krasnal. Czerwony kubraczek i czapusia..
Coś mnie jednak lekko zaniepokoiło...Spojrzałam raz jeszcze i tym razem wzrok zatrzymałam śmielej i na dłużej...Buźka jak pomarańczka, lekko zaczerwieniona od mrozu, duże ,sowie okularki...Kosmyki rudawych włosków wymykających się spod uszatki...
Zrobiło mi się gorąco.
Baba. To była kobieta. Prawdziwa. Niemłoda...Uffff!!!!
Powietrze ze mnie zeszło.
:)

czwartek, 24 stycznia 2013

Zima 2013

Zrobiliśmy sobie z mężusiem dziś wieczorny spacer. A śnieg prószył...Zresztą prószy nadal....W powietrzu zapach taki jakiś...zimowy...Taki, jaki pamiętam z dzieciństwa. Lubię zapach śniegu. Lubię wdychać tę woń, taką niepowtarzalną, taką świeżą, orzeźwiającą...
Stanęłam sobie pod latarnią. Już widzę te złośliwe uśmieszki co niektórych podglądaczy bloga. NIE, nie w celach zarobkowych! Zresztą...nie sądzę bym coś zarobiła, teraz społeczeństwo ubożeje to i w TYM INTERESIE pewno zastój. Owoż ja sobie obserwowałam EFEKT słupa świetlnego, ło! Że światło z latarni odbija się od płatków śniegu. W ogóle to śnieg iskrzył pod nogami, ja się dziwię, że ludzie lecą jak głupie i nikt nie zwraca uwagi na takie piękne zjawiska!

No i takie fotki SZCZeliłam, bo robieie fotek to jest to, co Gruszki lubią najbardziej!
Bo u niektórych nieszczęśnikow to zimy nie ma...NaJprzykład w takiej Australii..Tera pewnie ze dwadzieścia parę na plusie, bida taka... 

















 







Dziwne czasy nastały...

Dochodzom mnie słuchy, że liczni czytelnicy mojego słynnego REWELACYJNEGO bloga oraz moi wielbiciele uważają, że piszę smutne wpisy.
Owoż może tak być...Albowiem umysły wielkie, kontemplacyjne, takie jak mój właśnie, mają skłonność do melancholii. Na moich barkach, czy też na głowie, jako u tej Kariatydy, złożone są losy całego świata!
Ja nie jestem klaun, ja nie jestem pajac na gumce, ja jestem Stańczyk! Jeśli nawet satyrę piszę to gdzieś pod jej "skórą" jest zaduma, a zaduma wesoła nie bywa! W tym, co piszę, często jest drugie dno, do którego są w stanie dotrzeć tylko jednostki wybitne jak ja sama! Ja nie mogę być wesoa, skoro trawią mnie problemy świata! Nurtują zagadki egzystencjonalne! Dla osób płytko myślących są problemy przyziemne: jaką zupę ugotować: grochową czy rosół, co włożyć: spodnie czy spódnicę, jechać samochodem czy komunikacją, czy kupić sobie sukienkę szarą czy turkusik i inne bzdety! Ja natomiast myślę globalnie, szeroko, kompleksowo!
No!
Poszłam sobie dziś na bazarek. Śnieg leży, ludzi mało. Nie wiem dlaczego...Nie mają pieniędzy ludzie, czy co? Fakt, wszystko znacznie podrożało...A ja rodzinie korkiem tyłków nie zatkam, kupuję co się da i trzeba przyznać, że zbytnio chorób u mnie nie ma. Nawet się specjalnie nie przeziębiamy:) Ano, jak moja babcia mawiała: lepiej na piekarza jak na aptekarza. I jakaś prawda w tym jest...
Czapeczki ,żółtki przeceniają z okazji końca zimy. A pewnie, mają te swoje magazyny, co będą przechowywać coś, co na drugą zimę już może być niemodne i nikt tego nie kupi? No to co miałam zrobić , biedny żuczek? Kupiłam sobie taką rudą kołpaczkowatą, jakie miałam inne wyjście? No przecie rudej jeszcze nie mam! Bardzo zadowolona jestem bo w rudym mi piENknie (jak we wszystkim) do twarzy, a  szczególnie do moich mongolskich cudnych,pełnych wyrazu, oczu!
PoJszłam sobie dalej tup tup, znów czapki, kapelutki. Taki berecik w kolorze musztardy z wielkim pomponem mi się podobał! Ale starsza kobita w takim pomponie???? Tam sprzedaje ta moja znajoma co to ma te panterki i tygrysy! Nie, nie w klatkach, tylko taki wzór przy kapelutkach! Miała mi przywieźć taki szal w tygrysowy wzór z polaru, ładnie wykończony, bo jak brzydko to ja nie chcę, już zaznaczyłam! No, ale nie miała, tylko zebra była!...Powiedziałam, że nie jest to dla mnie sprawa życia i śmierci, ten szal, bo w zasadzie mam już trzy w ten wzór (ale nie mam z polaru).
No i gadka szmatka...Pokazałam jej tę czapusię, co to u żółtych kupiłam na wyprzedaży. A ona pyta za ile. No to powiedziałam. A ona: o matko, to sprzedali poniżej kosztów! Ja na to, że może bardziej opłaca im się pozbyć towaru za mniej, niż go przechowywać do następnego sezonu...Ale kobita była zdołowana bo u niej to samo dwa razy tyle...
Potem zgadało się na temat Biedronki...Wtrąciła się ta druga i powiada:
- Ten właściciel, Portugalczyk, to się śmieje z Polaków, że gUpie i swoim tam u siebie może obniżyć ceny towarów BO NA POLAKACH TYLE ZARABIA, że go stać na to!
No i jeszcze powiedziała, że przez tych Chińczyków i innych, nasz rodzimy handel upada, a z nich MY nic nie mamy - użytkują u nas wszystko, korzystają z dróg, a za nic nie płacą. I żadnych składek nie odprowadzają...I że nie oni partycypują w naszych emeryturach...
Ano, chciało się takie prawo zrobić, to się ma co się ma...
Ano nasi też wyjeżdżają do Irlandii, Kanady, Skandynawii i odbierają chleb tamtym, bo pracują za mniej...Ale czy tak powinno być, no sorry? Państwo w pierwszym rzędzie winno zabezpieczać interesy swoich obywateli, to chyba logiczne? Tworząc właśnie taką konkurencję, mamy co mamy...Kto ma pieniądze ma wAdze. Niedługo będziemy intruzami, MY ZWYCZAJNI OBYWATELE, we własnym kraju.


środa, 23 stycznia 2013

Piesek

Miałam Wam to już dawno powiedzieć...Tylko zapomniałam. Umknęło mi...Sprawa nieprzyjemna....
Ktoś doniósł w końcu na moją "pyskatą" windę w bloku! Doigrała się! Pamiętacie, to ta co BEZ ŻADNEGO POWODU opatyczała swoich gości - "PRZESZKODA W DRZWIACH". I rady na nią nie było. Ludzie się skarżyli, denerwowali. W końcu przyjechali fachowcy i zamknęli windzie usta! I zamilkała. Na wieki. Tak to jest jak się gada za dużo! W końcu znajdzie się większy cwaniak i zamknie nam buzię na kłódkę!
Tak na poważnie, to teraz grzecznie INFORMUJE o przeszkodzie tylko wówczas, jeśli ma powód...
Ale nie o tym.
Jechałam sobie dziś windą. Tą właśnie. Naraz otwierają się drzwi na czwartym i w drzwiach staje pani z pieskiem.
- Można z psem? - spytała grzecznie.
- Proszę bardzo! - odpowiedziałam równie uprzejmie.
Rzadko się spotykam, by ktoś pytał, czy można. Cokolwiek. Bo dziś nie liczy się cudze zdanie tylko NASZA wygoda. A co to nas obchodzi, że komuś taki piesek łapami brudnymi na kremową spódnicę wskoczy? Niech baba się odsunie, jak się jej nie podoba! Azorku, zostaw panią, bo się pobrudzisz!
Albo co nam to, jak nasz pies komuś nos między nogi wkłada? A nich się chłop myje! Mądre zwierzę, od razu poznało, że brudas! Menele śmerdzące, psia krew!
A zresztą..Teraz pies ma CZASEM większe prawa jak człowiek, bo, jak to mówią miłośnicy tych sympatycznych zwierzaków: "przynajmniej do obcych nie obszczeka!". Jak pies szczeka - dobrze, jak dziecko krzyknie - o, jaki niegrzeczny! - ze zgorszeniem stwierdzi dumna właścicielka dupelka albo innego Fafika czy Basi! O właśnie, teraz pieski noszą często ludzkie imiona, no bo co to, kuLde! I ludzkie ubranka: kaftaniki, kamizele, nawet buty! I śpią w łóżkach. I siedzą przy stole! Chodź do mamusi, Stasiu, chodź...Mamusia pójdzie z tobą, kupimy kurczaczka. Tylko żeby był chudy! I bez żyłek! A potem do fryzjera i kosmetyczki!
Chore!
Dziś pani stoi przy budce Wędliny Sokołów i chce kupić szyneczkę...
- Tylko, żeby była smaczna, bo mój piesek nie będzie znów chciał jeść!
No mniejsza...
Pani weszła więc z pieskiem. Na początku nie zwracałam na niego uwagi, ale jak to w windzie, zaczęła się gadka. Ile to można się w takiej windzie dowiedzieć, ho ho!
- Wie pani, ja nie jestem jakąś nadzwyczajną miłośniczką piesków, ale ten jest nad wyraz miły! Kiedy słyszę o tych biednych zwierzętach, wyrzucanych przez "kochanych" właściecieli na mróz alb pozostawiabnych gdzieś w lesie....- zagaiłam.
- A ten jest właśnie ze schroniska - poinformowała pani.
- Z Palucha? - spytałam domyślnie.
- Nie, z Radomia...
Przyjrzałam się pieskowi dokładnie. Był po prostu prześliczny. Nie za duży, nie za mały, taki w sam raz. Kolor sierści - kasztanowy, na grzbiecie poskręcany z lekka jak u młodego źrebaczka zaraz po urodzeniu. Uszka wiszące i wyjątkowo inteligentny pyszczek. Całość obrazu dopełniały cudne miodowe oczka wlepione we mnie z zainteresowaniem. Pewno mu się spodobałam! No, w zasadzie, nie dziwota!
Wysiadłyśmy z windy i kontynuowałyśmy temat. Okazało się, że piesio ma około roku, wabi się Snickers, jest bardzo grzeczny i spokojny.
- Od razu, gdy go zobaczyłam, zakochałam się w nim - zwierzyła się kobieta - mimo, że mam już jednego w domu..Ten jest wykastrowany...Teraz w schroniskach od razu psy sterylizują!
- O! To przykre...To jednak okaleczanie...
Spytałam jeszcze o nazwę rasy...
- To nowa rasa. Nazywa się......I tu właśnie zapomniałam. Chyba chodziło to o....


Wyglądał mniej więcej tak..I tak patrzył....Prawda, że słodki?






Wydaję mi się że byl to Retriever z Nowej Szkocji (Nova Scotia Duck Tolling Retriver, skrótowo nazywany (Toller)). Ale nie mam pewności..
Potem jeszcze sobie z panią rozmawiałam. Okazało się, że przyjechała ze Szwecji do chorej mamy. W tym kraju jest już ponad 20 lat..
- No i jak się pani tam żyje? - spytałam.
- W zasadzie dobrze...Ale wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma...Tam też jest bieda.
- ????
- Na przykład samotne matki...
- Ale podobno mają całkiem niezły socjal...
- Co to za socjal - westchnęła - i z pracą też jest różnie..Mój syn wyjechał do pracy do Irlandii - zakończyła...







Zaginieni

Bardzo smutna sprawa...Wiem, nie lubicie takich tematów...Każdy stara się takie rzeczy odsunąć od siebie, nie chcemy słuchać/czytać o cudzych tragediach...To czasem bardzo boli.
Dziś w radio usłyszałam o wystawie "Zaginieni" organizowanej przez Fundację "Itaka".
Wernisaż wystawy odbył się 7.01.2013 r. w warszawskiej galerii SKWER przy Krakowskim Przedmieściu. Zebrane prace fotograficzne autorstwa Karoliny Jonderko przedstawiają wizerunki zaginionych osób i ich pokoje, tak jak wyglądają w chwili obecnej. Niezmienione,  w oczekiwaniu na przyjęcie odnalezionego członka rodziny...


Ludzka tragedia, czekanie, wiara, że ta ukochana zaginiona osoba się kiedyś odnajdzie. Nienaruszone pokoje z ubraniami w szafie, książkami na półkach, fotografiami stojącymi na komodach...Czekają...Tak jak czekają rodzice dwudziestotrzyletniego chłopca...kilkanaście lat. Chłopiec wyszedł do biblioteki i więcej nie powrócił..Minęło już szmat czasu. Gdyby żył, miałby teraz pod czterdziestkę...Może by miał swoją rodzinę, żonę, dzieci...Skończyłby studia, może by miał dobrą pracę, wyjeżdżałby na Kretę albo do Egiptu..Tak pewnie myślą rodzice. I dalej czekają. Na swojego Andrzejka, Arturka, Maćka...Popłakałam się...Mój starszy syn ma 23 lata...Boże!
Moja babcia mawiała, że nie ma gorszej tragedii jak dziecko zaginie! Bo gdy umrze, wiesz przynajmniej gdzie jego grób...Ci czekający rodzice żyją w zawieszeniu, w niepewności...Nie wiedzą, czy ich dziecko żyje gdzieś tam, nie wiedzą jak się ma, a może już zmarło...To straszne...


Czy zdajecie sobie sprawę ze skali tego zjawiska? Rok rocznie polska policja odnotowuje ok. 15 tysięcy przypadków zaginięć...Giną ludzie młodzi, dzieci, także starsi. Dziadkowie, matki, ojcowie, synowie..Giną ludzie i bogaci i biedni, z różnych środowisk...Nie będę się rozpisywać na temat "drogi przez mękę" procedur, którą muszą przejść rodziny zaginionych...Nie będę się zatrzymywać nad problemem zmagania się z biurokracją, a często bezdusznością urzędników w instytucjach, w których ludzie ci szukają pomocy i wsparcia. Dla mnie już sam fakt ZAGINIĘCIA UKOCHANEJ OSOBY jest po prostu nie do ogarnięcia umysłem, a tragedia tych ludzi - prostu niewyobrażalna. Ten ból, który znosi się latami, ten ciężar , wydawałoby się nie do utrzymania...
Wystawa ma na celu zwrócenie uwagi społeczeństwa na ten problem oraz zbiórka pieniędzy na pomoc rodzinom osób zaginionych...