czwartek, 28 lutego 2013

Wykończą mnie...dranie!

Wykończą! Normalnie mnie DRANIE wykończą!
Czaiłam się na nie całą zimę. Całą zimę pilnowałam, obserwowałam ich działalność!
Byłam w tym konsekwentna, ale "nie, jeszcze zima, jeszcze nie pora...GDZIE TAM!".
I przechytrzyły mnie te takie - nietakie! Bydło!
Nie, nie chodzi mi o UFO. Ani o partię Paligłupa! NIE!
Nie wiecie jeszcze o co, czy też o KOGO mi chodzi?
No jasne, że o gołębie! To one mnie wykończą! Nerwowo czyli psychicznie i fizycznie!
A nie powiem, kręciły się, gruchały za oknem i na moim balkonie. Ale nic, zima, mają prawo, gdzieś muszą - myślę. A one coraz bardziej się zadomowiały, coraz więcej obs*ywały...Sprzątnę, niech no się cieplej zrobi, a i spłynie ze śniegiem - myślę praktycznie.
I się DOIGRAŁAM! Doczekałam się. W lutym! To nierządnicy bezczelni!
Wyskakiwałam na nie z wrzaskiem , wymachując zawadyjacko mopem i co tam było pod ręką! Nie powiem! Odlatywały, a jakże!
Nawet nocne akcje o drugiej, trzeciej w nocy prowadziłam, a jakże!
Budziłam męża wrzaskiem, nie wysypiał się nieszczęśnik...
I co? NIC.
A raczej coś. Bo efekt jest. Był....
Owoż patrzę ja dziś, a ta pieprzona parka już, już....No to dawaj, w koszuli nocnej, szósta rano...
Poleciały. Za chwilę - znów. To ja znów. W tej koszuli nocnej na to zimno...
Poprzestawiałam na balkonie co było...Donica wielka...Patrzę i oczom nie wierzę...
Dwa jajeczka i gniazdko. O żesz. W lutym zniosła! W lutym się gziły, ŚWINIE! Jeszcze śnieg, mróz, a tu amor, amor! Ja bym tego Amora tak pogoniła tym mopem, że by mu kapcie pospadały, tak by zwiewał!
Mało nie zemdlałam. Owszem, jaja zdrowe, lizynę mają, która podobnież, według najnowszych badań neutralizuje zły cholesterol zawarty w żółtkach, jak również usuwa ten nadmiar z naszego organizmu, ale BEZ PRZESADY! Gołębich jeść nie będę bleeeeeeeeeeeeeeeeeee.
Przezwyciężając obrzydzenie, niestety, jaja i gniazdo zmuszona byłam usunąć. Wylądowały w zsypie!
Jak je niosłam, ciepłe były...Wygrzane tyłkiem mojego wroga nuer jeden..
Teraz gruchają...OBURZONE!
Jasne! Bo to pewnie ICH balkon i mają prawo tu się szarogęsić! I nie tylko! Wolną miłość też uprawiać za doniczką ,zapewne!
A ja....cóż...Kicham. Już była seria...Drapie mnie w gardle...Powoli z nosa leci...
Wykończą mnie dranie!
A jaja, zdaję się, mają zamiar znieść po raz drugi....

sobota, 23 lutego 2013

Zima na osiedlu....

















Bajka Grusi - O zaczarowanym pierścieniu

Gdzieś daleko, daleko, tam, gdzie słońce chowa się za horyzont było sobie królestwo. W państwie tym rządził król. Król był dobrym człowiekiem. I miał on jeszcze jedną cechę, którą by chciał mieć każdy, zwłaszcza sprawujący władzę - był wyjątkowo obdarzony przez los szczęściem.
Władca miał na imię Zygmunt, bo Zygmunt to bardzo królewskie imię. Czy znacie wielu Zygmuntów? Chyba nie...



Otóż król Zygmunt IV był bardzo bogaty. I jego kraina była bogata. Państwo miało dostęp do morza, posiadało bogactwa naturalne, żyzne ziemie, rzeki pełne ryb, lasy ze zwierzyną, pola, sady...Toteż ludziom tam żyło się dostatnio i dobrze gospodarowało.
Król był , jak to się mówi, "w czepku urodzony". Wszystko, czegokolwiek się dotknął, udawało mu się. Miał nie tylko wspaniałe królestwo, ale poddani go sznowali i kochali, ministrowie pomagali mu w rządach chętnie, a on sam ,zawsze potrafił odróżnić dobre rady od złych. Nie miał też wrogów. Królestwo nie brało udziału w żadnych wojnach, gdyż król potrafił prowadzić dyplomatyczne rozmowy i wszystkie rokowania przebiegały pomyślnie.
Władca miał też wspaniały dwór - najpiękniejsze damy dworu i wspaniałe rycerstwo. Wszyscy rycerze byli jak malowani. Panny zaś cudne i wielce nadobne.
Oprócz tego Zygmunt był zdrowy, zahartowany, urodziwy i pełen energii. 
Pojedynki wygrywał, zresztą pojedynkował się tylko dla zabawy, wszak wrogów nie miał.
Konia miał najpiękniejszego, czarnego, z błyszczącą sierścią, wiernego i posłusznego.
Król miał też wspaniałą żonę i dzieci. Trójka dzieci, dla których był kochanym papciem: ośmioletni Józio, sześcioletnia Marysia i pięcioletnia Hania uwielbiały tatę króla . Dzieci te były śliczne i mądre.
Król swoje zdrowie między innymi zawdzięczał temu, że co tydzień kąpał się w pobliskie rzeczce, także w zimie. Gdy zima była bardzo mroźna, trzeba było wyrąbywać specjalny przerębel, by król móg zażywać kąpieli.
Wszystko w życiu władcy się układało. Nie było rzeczy, na którą by narzekał.
Codziennie rano króla budziła żona , która miała na imię Jadwiga, ale król zwracał się do niej Jaga. Jagusia zaś, gdy był w wyjątkowo dobrym humorze...
- Wstawaj Zygmusiu, wstawaj - Jadwiga delikatnie łapała męża za ramię - już czas. Dziś przybywa do ciebie nasz szlachetny sąsiad z wizytą.
- Jago, jeszcze trochę - sapał król, bo jak każdy mężczyzna lubił czasem dłużej pospać.
A trzeba wam wiedzieć, że była pewna przyczyna samych życiowych sukcesów i powodzenia naszego dzielnego władcy. Chcecie wiedzieć jaka?
Otóż, król posiadał pierścień. Był to bardzo stary, pamiątkowy pierścień, który odziedziczył władca po swoim, już nieżyjącym, ojcu. A ojciec otrzymał ten pierścień z kolei od swojego ojca, a dziadka Zygmunta...I tak pierścień przechodził z ak do rąk i otrzymywał go każdy aktualnie rządzący.




Pierścień był piękny, miał rubinowe oczko i był z prawdziwego, najszlachetniejszego i najczystszego złota.
Oprócz tego, że był piękny i drogocenny, miał też tajemniczą moc! Dwieście lat temu wróżka, z wdzięczności za pomoc w  uwolnieniu ze szponów złego czarnoksiężnika, ofiarowała ten cudowny pierścień pradziadowi Zygmunta. I tak pierścień przechodził z pokolenia na pokolenie, a królestwo kwitło, nie niepokojone wojnami i klęskami. Pierścień bowiem, dawał wszystkie splendory temu, kto go posiadał, a rządzona przez niego kraina rosła w siłę.
Teraz już znacie tajemnicę szczęśliwego życia i sukcesów króla Zygmunta...
Pewnego dnia, a dzień był mroźny, bo to była zimowa pora, Zygmunt jak co dzień obudził się. Żona stała koło niego i delikatnie głaskała go po ramieniu.
- Wstawaj kochanie. Już późno, siódma godzina! Wiesz przecież , że w południe przybywa do nas król  Otto I, nasz sąsiad! Pośpiesz się!
- Już wstaję, wstaję...Chciałbym jeszcze wykąpać się w przeręblu.
- Zygusiu, nie ro tego dzisiaj, odpuść sobie. Dziś wielki dzień. Dziś masz ważne rozmowy dyplomatyczne!
- Oj tam, zdążę - Zygmunt przeciągnął się jak kot, ziewając przeciągle.
- Jak uważasz - żona wiedziała , że król jest uparciuchem.
Władca ubrał się, założył swój wspaniały pierścień i złotą koronę na głowę i wyryszył nad rzekę. Mróz siarczysty go nie odstraszał. Udał się tam w towarzystwie swojego mistrza ceremonii. Zawsze zabierał go ze sobą by pilnował, aby wszystko, odbywało się zgodnie z etykietą.
Dotarli nad rzekę. Rzeka była nieduża. Król rozebrał się, zostawiając sobie tylko kąpielówki , które wyglądały jak tureckie szararwary (zgodnie z etykietą) oraz pierścień.
Żwawo wskoczył do przerębla. Ta czynność zawsze sprawiała mu radość. Z rozkoszą oddał się kąpieli.
Naraz zahaczył ręką o lodowy brzeg przerębla i..stało się nieszczęście. Zaczepiony piescień zsunął mu się z palca i spadł na dno rzeki. Co prawda nie było tam bardzo głęboko, ale....
Król zaczął szukać pierścienia, ale w żaden sposób nie mógł go znaleźć. Nic ne dała nawet pomoc mistrza ceremonii. Pierścień wsiąkł jak kamfora.
Król był zrozpaczony. Za dwie godziny miał przybyć władca sąsiadującej krainy Otto I...
- Cóż...Odłożymy poszukiwania na później - zadecydował - pierścień jest dość ciężki, przecież nie odpłynie z nurtem...Tym bardziej, że rzeka stoi - pomyślał patrząc na gruby lód...
Wrócił do domu. Opowiedział od razu żonie wszystko, co się stało.
- Czy ty nie masz rozumu? - krzyknęła jego Jadzia - jak mogłeś być takim głupcem? Trzeba było uważać! - żona była wściekła. Jej twarz wykrzywiona była złością.
Pierwszy raz podniosła na niego głos...Król patrzył na nią ze zdziwieniem, nigdy nie zdarzały się jej takie ataki wściekłości, zawsze była wyrozumiała i łagodna...Ale to był dopiero początek...
Śniadanie królowi nie smakowało. Mleko było przypalone, chleb miał zakalec, ser był skwaszony, a masło zjełczałe, co nigdy się nie zdarzało, gdyż kuchmistrz był znawcą sztuki kulinarnej. Jego dzieci przy stole były nieznośne. Józio wyszarpał Marysię za włosy, a mała Hania kopnęła brata pod stołem. Marysia zaś napluła bratu w talerz...
- Uspokójcie się! - krzyczała ich matka bardzo zła.
Król był zmęczony...Takie sytuacje nigdy nie miały miejsca. Jego żona była wyjątkowo łagodną osobą, a dzieci potrafiły się zachować, szczególnie przy stole!
Zrozumiał...Pierścień! Szczęście go opuściło...
A tu już przybywa król Otto...Trzeba było iść na spotkanie. A tak nie miał ochoty, bardzo bolała go głowa. Pierwszy raz od cterdziestu sześciu lat!
Lecz cóż. Zajął miejsce na swym tronie królewskim, choć coś go uwierało, chyba wyszła sprężyna...Korona uciskała go w głowę wywołując jeszcze większy ból...
Król Otto I wszedł do sali tronowej. Minę miał jakąś dziwną, czoło chmurne...
- Witaj Zygmuncie - przywitał się zdawkowo i sucho, choć byli dobrymi przyjaciółmi. Muszę z tobą poważnie porozmawiać - zaczął obcesowo - przejdźmy do konkretów! Rządam od ciebie, abyś oddał mi ziemie zachodnie!
- Ależ, drogi Ottonie, sprawa tych ziem dawno została uregulowana przez twego ojca, czcigodnego Gotfryda II! Nie rozumiem twoich roszczeń!
- Ojciec to ojciec, a ja to ja! - wykrzyknął wściekle Otto - albo oddasz te ziemie, albo...wkroczymy na drogę wojenną!
- Ziem ci nie oddam. Sprawa dawno została uzgodniona na mocy paktu w Zielonym Lesie - zdecydowanie odparł Zygmunt.
- A więc wybrałeś! Wojna! W takim razie nic tu po mnie! To ty tego chcesz! - zakończył rozmowę Otto i wyszedł nie zaszczycając oniemiałego ze zdziwienia władcy, nawet gestem pożegnania.
Król był zrozpaczony. Czuł się tak, jakby cały świat zwalił mu się na głowę..Wiedział, że to wszystko z powodu zaginięcia pierścienia..
Postanowił odnaleźć czarodziejski klejnot.
Poszedł do dowódcy wojska, aby przydzielił mu ludzi do poszukiwań...Niestety, żołnierze byli bardzo zajęci. Czyścili działa, polerowali miecze, szykowali się do wojny...Już wiedzieli....
Król został więc sam...
Poszedł nad rzekę. Droga prowadziła przez mały zagajniczek. Zawsze wieziono go tędy saniami - w zimie, a karetą - latem. Teraz okazało się, że sanie się zepsuły, a konie okulały! Wszysto się sprzysięgło przeciwko biednemu władcy! Poszedł więc, chcąc nie chcąc, na piechotę. Idzie, idzie, patrzy...co to się porusza w kolczstej darni...Podchodzi bliżej...Mały zajączek zaplątał się w ostre gałązki..Biedactwo.
Ulitował się król, zaczął delikatnie zajączka wyplątywać. Biedne, ledwie żywe stworzonko! Serduszko mu tak bilo, tak biło...Król ogrzał go pod gronostajowym płaszczem. A tu już kica w jego kierunku drugi zając, większy...I odzywa się ludzkim głosem:
- Dobre masz serce, Zygmuncie, dobry z ciebie człowiek. Jestem mamą tego małego zajączka, nad którym się ulitowałeś. Wiem co cię gnębi. Zgubiłeś pierścień czarodziejski, teraz masz kłopoty...



- Skąd wiesz?
- Ja wszystko wiem. Jestem królową tego zagajnika. Mam posłańców - ptaki, które przynoszą mi wszystkie wiadomości. Mnie słuchają ptaki, zwierzęta i ryby w rzece...
- Ale zawsze królem lasu jest jakieś większe i silniejsze zwierze - z niedowierzeniem stwierdził król.
- Nie zawsze. Moc tkwi nie w wielkiści, nie w sile fizycznej, nie w kłach i pazurach, ale tu - i pokazała królowa na miejsce ,gdzie znajduje się serce.
- Tak...Ja już nie mam mocy..
- Masz, masz, tylko o tym nie wiesz. Twoja moc to dobre serce, miłość do ludzi, dobro i prawda. Twoja siła, tak naprawdę tkwiła nie w pierścieniu, lecz w tobie. Uwierzyłeś, że pierścień decyduje o twoim losie, dlatego straciłeś wszystko, gdy go zgubiłeś. Ale pomogę ci go znaleźć...Pomogę ci, nie dlatego, że jest ci potrzebny, ale dlatego, że to pamiątka.
I królowa Zajęczyca odeszła zabierając ze sobą swojego synka. A król został w zadumie.
Wrócił do domu. Głowa przestała go boleć. Pewnie dlatego, że przeszedł się po świeżym powietrzu.
Przystąpiła do niego żona. Miała minę skruszoną.
- Kochanie, nie gniewaj się na mnie...Byłam zdenerwowana, stąd moje przykre słowa. Wybacz mi. To się nie powtórzy - rzekła - kocham cię, cokolwiek by się stało.
- Ja też cię kocham, Jagusiu!
I padli sobie w objęcia.
Do komnaty wbiegły dzieci. Zobaczyły obejmujących się rodziców. Przypadły do nich. Hania i Marysia wpakowały się ojcu na kolana, Józio nie odstępował swojego kochanego taty na krok.
Zbliżała się pora kolacji. Przeszli do sali jadalnej. Kuchmistrz podał posiłek. Minę miał tajemniczą.
Na stół wniesiono dania, a były one tak doskonałe, że Zygmunt stwierdził, że nigdy jeszcze nie jadł czegoś równie smakowitego.
Potem poinformowano go, że tron został naprawiony przez tapicera, sanie przez stolarza, konie wyzdrowiały. Wieczorem przybył poseł z listem od Ottona...
"Pewnie wypowiedzenie wojny" przemknęła myśl królowi.
"Drogi Zygmuncie, drogi Bracie,
Najpokorniej proszę cię o wybaczenie. Błagam, zapomnij o tym dzisiejszym nieporozumieniu. Byłem niezdrów. Proszę, uznaj rozmowę jako niebyłą i przebacz mi wspaniałomyślnie i łaskawie. W dowód moje przyjaźni i woli pokoju, przyjmij ode mnie ten drobiazg - mój klejnot rodowy, pamiątkę po moim ojcu. Jesteś wart tego daru, wiedz, ile dla mnie znaczy nasza przyjaźń i pokój między naszymi państwami. Podpisano: Król Otto."
Uffff - Zygmunt odetchnął z ulgą. Nie posiadał się ze szczęścia. Zaraz też napisał podziękowanie, okraszone przyrzeczeniem przyjaźni i pokoju.
A wieczorem przyleciał do okna królewskiej sypialni mały ptaszek...Zapukał dziobkiem w szybę stuk puk!
W dziobku trzymał..pierścień królewski. Królowa zagajnika dotrzymała słowa. Wydała polecenie rybkom w rzece, by szukały pierścienia i...oto jest. Cały, nienaruszony, lśni blaskiem złota i czerwonego jak krew rubinu...Król podziękował serdecznie małemu ptaszkowi..
Miałaś rację, królowo zagajnika - pomyślał - ludzkie szczęście nie zależy od żadnej magii i taizmanów. Ono jest w nas, w naszych sercach. Jest w miłości, którą mamy w sobie, a którą dajemy innym. Jest w parwdzie, w wierze, w nadziei. Bo miłość to jedyna rzecz na świecie, którą dając innym , pomnażasz w sobie.
Tak pomyślał nasz mądry i dobry król, bogatszy o jeszcze jedno doświadczenie. Pierścień schował do szkatułki i zawsze już postępował tak, jak dyktowało mu jego serce, nie myślać już o pierścieniu. A żył jeszcze wiele lat i rządził mądrze i sparwiedliwie...







wtorek, 19 lutego 2013

Gruba baba

Oj tam...
Mnie to się zawsze coś przytrafi!
Nic takiego właściwie...
Wracam z roboty. Bo ja jednak pracuję zawodowo. Muszę.
Śnieg się rozpuszcza, brnę sobie przez ten śnieg w kierunku przystanku tramwajowego. Długi przystanek, tramwaje podjeżdżają jeden po drugim...Pierwszy - nie dla mnie. Za nim jakiś inny, pewnie dobry...
Ale co tam. Idę sobie człapu człap...Wąski ten przystanek.
- ALE GRUBA BABA! - słyszę za sobą.
Odwracam się. Biegnie jakaś niemota, starszy człowiek z dużą paczką, mija mnie posapując...
O żesz! Alem się wkurzyła!
Poszłam w kierunku tego drugiego tramwaju. Stał jeszcze, a przez środkowe drzwi gramoli się ten cep w okularach jak denka słoików. Dorwałam go. 
Obejrzał się na mnie zaniepokojony...
- JA CI DAM GRUBĄ BABĘ, DZIADU TY! - ryknęłam wściekła wygrażając mu pięścią.
Facet zbaraniał z lekka.
- To nie ja...- wykrztusił przerażony. Musiałam wyglądać jak rozjuszony buhaj!




- JA CI DAM NIE TY, DZIADU JEDEN! - ryknęłam jeszcze i...dałam mu spokój...Jeszcze kojfnie na zawał serca!
Przeszłam spokojnie w inny koniec wagonu tramwajowego. Facet z daleka zerkał na mnie niespokojnie...
Wysiadaliśmy na tym samym przystanku.
Trzymał się w BARDZO BEZPIECZNEJ odległości ode mnie!












Szczerość, sprawiedliwość, smutek - wszystko na literę "S"

Takie mam dziś przemyślenia, którymi chciałabym się z Wami, moi LICZNI (hehe), Czytelnicy, podzielić..
Chyba na smutno będzie...flik flik...Coś mnie bardzo przykrego spotkało...
Zawód, rozczarowanie...Znacie to?
Czuje się bezsilność i smutek...Bezradność...
Najgorsze to poczucie niesprawiedliwości i bezkarności działań osoby, która jest PRZYCZYNĄ i SKUTKIEM...
Na świecie jest bardzo źle osobom wrażliwym, sprawiedliwym..Takim, co to bezinteresownie stają w obronie innych, w ich pojęciu słabszych...Walczą o nie jak lwy, powiewając flagą z napisem "SPRAWIEDLIWOŚĆ".




I co to daje?  Ano..na ogół zyskuje się wroga, czasem kilku...I bardzo często nie ma się ani wdzięczności ani słowa dziękuję od gnębionej ofiary, niewinnie oskarżonej...A jeszcze czasem i od niej się dostanie. Kto ma miękkie serce, musi mieć twardy tyłek, pani Gruszko - powiedziała mi raz moja główna księgowa. I miała rację...



Nec Hercules contra plures..Święta prawda. Przysłowia mądrością narodów.
A człowiek w kółko z motyką na słońce..I po co ta donkiszoteria, po co? Takie skrzydło wiatraka to może mocno poturbować, albo i poszatkować..
Wydaje ci się, żeś oaza sprawiedliwości, prawdy, a tu...pstryczka w nos otrzymujesz, żeby tylko...
Okazuje się, że jesteś KONFLIKTOWY, bo walczysz o swoje, albo o kogoś...Bo bronisz prawdy...



Zadajesz niewygodne pytania i zaraz jest reakcja.
Choćbyś nie wiem jak się starał..W końcu, ta twoja wrażliwość....Przykrości przecież nikomu zrobić nie chcesz..
Sam fakt nakrycia kogoś na kłamstwie, na matactwie, zdemaskowania..Że coś tu nie jest tak, jak dana osoba ci przedstawia...Coś ci się tu nie zgadza. Czujesz pismo nosem!
Bo w przeciągu godziny dostajesz dwa całkiem inne komunikaty..I już u tego nakrytego na matactwie purpura na twarzy! Już traktuje cię jak agresora najgorszego! A to typ bezczelny, jak to ośmiela się DOCHODZENIE robić! - myśli zapewne z wściekłością...Jak to ośmiela się dociekać, pytania zadawać, jakby mi..nie wierzył, nie ufał!
I już, nie patrząc w oczy, taka osoba potok słów z siebie wyrzuca..Nie, wcale nie w obronie własnej! Co to to nie! Wszak najlepszą formą obrony jest atak!
Np. wytykasz zaniedbanie, błąd...A CO, NIE SPRAWDZIŁEŚ????? I już się kulisz w poczuciu winy, fakt, ufałeś i nie sprawdziłeś, to "działka" tamtego, nie twoja! I co? Teraz TO TY musisz oczami świecić! Ale niesmak pozostanie i czujesz się jak spruty wór albo zbity pies...




A ten co zawinił czuje się świetnie. Udało mu się wywinąć! Co to znaczy dyplomacja!
Na niektórych kursach to nawet specjalnie szkolą jak ludzi w bambuko robić, jak nimi manipulować!
Ogromną rolę odgrywa tu tzw. mowa ciała.
Poobserwujcie osoby medialne, polityków.
Oni mają swoich nauczycieli, wizażystów...Każdy ich ruch jest wystudiowany, każdy szczegół ubioru dopracowany...Nawet paski na krawacie muszą być w odpowiednim kierunku, a okulary mieć konkretny kształt. Rączki - tylko ułożone w piramidkę - jeśli chcesz wywołać na odbiorcy wrażenie osoby zrównoważonej. Jeśli chcesz wprawić ją w zakłopotanie - siadasz blisko niej. Jeśli chcesz stworzyć dystans - daleko.
Ważny jest sposób podawania ręki, kolor garnituru, fryzura, długość spódniczki i wysokość obcasów...A wszystko to przekalkulowane...
Chcesz zaistnieć, być na topie - nie możesz sobie pozwolić na naturalność, na szczerość reakcji...
Jeśli łzy - to tylko u blondynki, brunetce zaraz czerwienią się oczy i wzbudza politowanie, a nie o to chodzi...
Jeśli śmiech - to odpowiednio modulowany, nie jakiś głupi chichot, nie tubalny, nie piskliwy ani rżący!
Tak sobie myślę, że mało w tym dzisiejszym świecie miejsca na spontaniczność, naturalność...
Dlatego wcale nie jest wesoło...
A nawet jeśli jest, to często to jakiś ersatz, jakiś tombak czy inna podróba..
Szczerość i prawdziwy śmiech można spotkać tylko u małych, jeszcze niewinnych dzieci. Bardzo małych...Bo chwilę później, to już nie jest to..
Dlatego jest mi smutno...Szczerze i bez udawania.
Mogę sobie na to pozwolić..Jeszcze...

czwartek, 14 lutego 2013

Słowo na Wielki Post i nie tylko...

Dziś temat poważny. Wielki Post. Dla katolików ważny czas przed największym Świętem roku liturgicznego - Wielkanocą - tryumfem życia nad śmiercią, miłości nad nienawiścią, dobra nad złem, Boga nad szatanem. To Święto jest sensem naszej wiary katolickiej...
Ale w zasadzie nie o tym chciałam mówić/pisać...To tylko takie tło.
Wczoraj w kościele ksiądz proboszcz na koniec kazania zagrzmiał: proszę was na wszystko, nawracajcie się! Wykorzystajcie ten czas Wielkiego Postu na nawrócenie, proszę was!
I tyle w tym głosie było prawdziwego bólu....Nad nami wszystkimi, nad światem...Zpadła cisza...Jak makiem zasiał...Bo te słowa były tak dobitne...
Wydarzenie ostatnich dni wstrząsnęło Kościołem Katolickim. I nie tylko. Abdykacja naszego Papieża Benedykta XVI. Zaskoczenie, zdziwienie...A potem...SPEKULACJE!
Nikt zbytnio nie wczuwał się w to, co przeżywa ten sędziwy, wielki człowiek. Wielki - bo trzeba być wielkim by zdobyć się na odwagę rezygnacji z tak zaszczytnej funkcji i przyznać się publicznie do słabości ciała i ducha...A tu od razu dziennikarze jak sępy! Komentatorzy wietrzą sensację! Jak te hieny!
Nie lada gratka dla antyklerykałów! Ileż to można posnuć fantasmagorii, ileż można pospekulować, poprzelewać z pustego w próżne! Ile przy okazji pola do różnych domysłów, do poplucia na Kościół Katolicki!
Ale też i nie o tym chciałam napsać, choć nie sposób temat przemilczeć...
Warto by zastanowić się nad tym, czy nawracanie dotyczy TYLKO ludzi wierzących...Tak sobie pomyślałam, że przecież grzechy (dla wierzących), czy też po prostu czyny nieuczciwe, złe dotyczą przecież wszystkich...No tak, ale co dla jednego jest złe, dla innego..niekoniecznie.
Dla katolików sprawa prosta - drogowskazem jest DEKALOG. Dla niewierzących sumienie...No fajnie. Ale sumienia mamy różne...Są przecież tacy, którzy dla każdego , obiektywnie złego czynu, znajdą wytłumaczenie i USPRAWIEDLIWIENIE.
Przykłady.
Przekleństwa. Są złe. Co do tego nie POWINNO być najmniejszych wątpliwości! Są to wulgaryzmy, brudzą nasz język ojczysty, są nieprzyjemne dla ucha. Dlatego nie powinno się np. przeklinać w obecności dzieci, prawda? Tym czasem "młodzi gniewni" bez żenady używają "słówek" zamiast przecinków.
Jadę sobie dziś tramwajem a tu słyszę: no kur..pipi, co ty pier..pipi? Poje...pipi cię? Nie trzeba było tej piz..pipi opier...pipi? ITD, i w tym duchu...Młody człowiek sobie rozmawiał tak "subtelnie" przez komóreczkę. Na cały tramwaj...Kobiety ,dzieci, dziewczyna obok...I zaręczam, on nie uważa, że robi coś złego. Jest sobą! Jest szczery! Trudno się nie zgodzić z takim stwierdzeniem. Jest chamem i to widać, słychać i czuć! Jest więc sobą i tego nie ukrywa.
No cóż, teraz to się mówi tak: no i co takiego? To tylko służy wyrażaniu EMOCJI! Podkreśla ekspresję! Człowiek się mniej stresuje! W ten sposób odreagowuje!
ROZUMIECIE????Ja mam wysłuchiwać chamskich, wulgarnych przekleństw, bo CHAM sobie chce ulżyć!
I ja mam być TOLERANCYJNA!!!!!!!
Drugi przykład.
W pracy ktoś obsmarowuje koleżankę do szefa, na ogół oszczerczo...Nie zawsze, ale CZĘSTO.
Bo.. musi dbać o siebie! Ja muszę siebie bronić! - powiada. Jest konkurencja, wyścig szczurów! - dodaje. Mają być redukcje - straszy. Muszę wypaść jak najlepiej, więc...koleżanka ma wypaść gorzej jak ja! - podsumowuje.
I proszę, już mamy wytłumaczenie!
Przyzwoitość...Dlaczego ja mam szanować kogoś i za co? Przecież NIC z tego nie mam! To jest dla mnie obcy człowiek! Na szacunek trzeba sobie zasłużyć! Więc...bez żenady w obecności katolika pluje się na wiarę, Kościół, symbole religijne...I jeszcze się krzyczy: to katolicy są NIETOLERANCYJNI bo stawiają WSZĘDZIE te swoje krzyże w przestrzeni publicznej, a my mamy na to patrzeć choć wcale nie chcemy!
Że ja na przykład nie mam ochoty patrzeć na odrażające plakaty ociekające krwią albo tryskające  erotyzmem bilbordy, oczywiście TO nikogo nie interesuje!
I tak dalej i tak dalej...
Każdy, dosłownie KAŻDY czyn można wytłumaczyć i usprawiedliwić!
I może warto by było, by zastanwili się nad sobą nie tylko katolicy. Bo przyzwoitość i uczciwość obowiązują wszystkich...Bo są to wartości UNIWERSALNE.
Tak jak każdy powinien otaczać opieką i szacunkiem zwierzątka, tym bardziej dotyczy to bliźnich.
Tylko teraz to się troszeczkę jakby u niektórych przewartościowało...
Warto sobie porozmyślać czasem i zatrzymać się w tym bezsensownym pędzie...

środa, 13 lutego 2013

Zdjęcie zęba

Potrzebowałam zrobić focię moim kochanym ząbkom. Dwóm ząbkom!
Moje są ci one, moje własne!...Jak na razie. Bo zaraz może ich nie być..Ano, zawsze musi kiedyś nadejść ta chwila, że trzeba się rozstać...Nic nie może przecież wiecznie trwać! - jak śpewała nieodżałowana Ania Jantar...Tak i tu...Moje kochane ząbeczki! Ósemka i siódemka góra.
Ósemka...Hmmmm..Pani stomatolog wydała wyrok: wyrzucić ją! Że niby co? Że taka niewyrośnięta, prawie jej nie widać? No, no, ładnie by niektórzy panowie wyglądali, jakby tak wyrzucać im wszystko, czego nie widać!
A siódemka to już gorsza sprawa. Podobnież dobudować trzeba, jak korzonek zdrowy....Niejeden przedstawiciel płci odmiennej by chciał mieć taki zdrowy korzonek jak ta moja siódemka!
Ale w zasadzie to ja bym te dwa wyrwała! Przynajmniej leczenia mniej będzie. Bo po co mi one?
Aby z przodu były. I ABY dwa.
No bo jak już będę teściową (upiorną - to od razu zaznaczam) to te dwa będą mi bardzo potrzebne!
Jeden - żeby mnie bolał, a drugi - do otwierania piwa synowej hłe hłe.
Głupi kawał!
Ale co to ja?..Aha...Poszłam sobie tę fotkę strzelić. Do przychodni.





Płatne 20 zeta za sztukę.
Piętro pierwsze, gabinet 103...W poczekalni nikogo...W środku pacjentka, zajrzałam, to wiem...
Rozebrałam się. No nie całkiem do goła przecież! Tylko trochę!
Obejrzałam sobie całą poczekalnię, przez okno wyjrzałam. Ale kraty były i szyba brudna...A te drzwi obdrapane!









W ogóle ta nasza kulejąca służba zdrowia echhhhhh...Na co te składki idą?
Z gabinetu wyszła w końcu gaduła i wyskoczyła pani fotograf. Mała, kulkowata...Sympatyczna.
- Ja do zdjęcia! - zagaiłam.
- Proszę - zaprosiła mnie Kulka do gabinetu.
Gabinet też obdrapany. Biurka dwa, farba z nich złazi. Komputerek z danymi...
- Ale ja chcę dwa zęby za jedną opłatą! - zastrzegłam groźnie, tak na wszelki wypadek.
- Toż przecież tego drugiego pani nie wybiję! I tak wyjdzie - przystopowała grubaska.
No dobre. Siadam. Śliniak gumowy pod brodę. Papierek do japy. Jak mi zaczęła pchać ten papierek, to ja na zasadzie skojarzenia stomatologicznego chciałam pozgrzytać. No, jak kalkę pakują, żeby się odbiło co nierówno na plombie.
- Ojojoj! - krzyknęła przerażona Kulka - chce mi pani palec odgryźć?
Nie mogłam mówić, ale kiwnęłam głową potwierdzająco. Żeby wiedziała, że nie ze mną te sztuczki!
Okazało się, że papierek mam sama swoim palcem trzymać, nie zaś gryźć jej palec! Takie tam..drobne nieporozumienie!
W końcu zrobiła. Po wielu trudach i cierpieniach!
Nie ma teraz dobrych fachowców, oj nie ma!
Potem wklepała co bądź w komp i zainkasowała należność za jednego zęba.
A potem to już były opowieści...Że mąż na rencie. Niedowidzi i dostaje razem z pielęgnacyjnym niecałe tysiąc złotych...I na co to? A pracy dodatkowej podjąć nie może, bo niedowidzi.
Mają, co prawda, specjalny komputer z oprogramowaniem dla niedowidzących, ale mąż chyba nie czuje się na siłach by z tym sobie poradzić...No i tak sobie ludzie żyją. Możnaby rzec - na skraju ubóstwa...A mówi się, że coraz lepiej i w ogóle...Ja tam tego nie widzę.
- Pani kochana, jak tak dalej pójdzie ludzie na ulicę wyjdą! - zakończyła smutno Grubaska...