sobota, 8 czerwca 2013

Na Grochowie...

 Bazarek pod Universamem Grochów. Miejsce robienia zakupów wielu mieszkańców Grochowa i nie tylko. Tu można kupić najlepszy i najgorszy towar, w szerokim asortymencie. Od warzyw, owoców, pieczywa z Oskroby, wędlin z Sokołowa, aż po polski czosnek made in China, ruskie parasolki, szkło po złotówce, wietnamski towar z Indii i Chin. Tu można kupić w ciuchach koszulkę, prawie nówkę, za 5 zł, firmy NIKE oraz podróbę pefum firmy Gucci za jedyne 10 zeta:). Sprzęt gospodarstwa domowego może czasem nie nazywa się dokładnie tak jak ten firmowy, ale tak samo podgrzeje nam wodę na herbatkę czy uprasuje nasze ciuchy. Niektórzy powiadają, że prawie tak samo, a "prawie" czyni wielką różnicę. 
Na tym oto kramiku można kupić istne cudeńka:




A tu...Za czym kolejka ta stoi? Za truskawką! Przypominają się czasy PRL:)




To moje ulubione miejsce. Potrafię tu stać dobrych kilkanaście minut, mierząc kapelutki. Właśnie dziś nabyłam nowy.




Pani z ciastem. Strasznie krzykliwa. Głośno zachwala towar. HALO! HALO! Po złotówce, pyszne ciasto! W sklepie by pani zapłaciła 6 zł! Świeżutkie!
Reklama dźwignią handlu, ale handlarce buzia nie zamyka się nigdy. I ciasto nie zawsze świeżutkie, jak zapewnia...


 




Widok z okna tramwaju stojącego na pętli....




A to jest krzyż z  roku 1820 stojący przy Grochowskiej...




Piekarnia. Tam można kupić pyszny, gorący, chrupiący chlebek. Zjadłam dziś go prawie połowę:)




I dzisiejszy kapelutek...Koloru perłowo-szarego.



czwartek, 6 czerwca 2013

Przycupnięte na piaskownicy brzegu...

"Przycupnięte na piaskownicy brzegu
moje myśli, ziarnka złotego pisaku
jak żołnierze stanęły w szeregu
by po chwili opaść - na klawiaturę czasu...(...)"
Takie tam moje...tFory - potFory:) Kiedyś popełniłam wierszydło pt. "Piaskownica"...
Ale prawdą jest, że moje myśli przyczepione w różnych miejscach zbieram po latach jak grzybki do koszyczka.
Poszłam sobie dziś do Biedronki, zrobiłam zakupy. Nieduże, takie sobie. Myślę - słońce świeci pięknie, pójdę z powrotem przez park...Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Niebo bezchmurne. Wszędzie na ulicach ruch, pisk opon, wycie tramwajów, harmider a tam, w parku cisza. Jakby czas się zatrzymał. Nikt nie biegnie, nie śpieszy się, nie pokrzykuje, z dala od ulicy więc nie dochodzą odgłosy dzikiego miasta..Widok jak z obrazów Van Gogha, one są takie statyczne, szczególnie te przedstawiające strzeliste cyprysy...Pełne słońca, błękitu nieba...Powietrze takie przejrzyste, jakby lekko falowało i ta cisza..W końcu.


Idę sobie, rozglądam się wokoło. Czuję zapach siana. Ot, pościnali trawę, sianko się suszy na słońcu wydając z siebie tę charakterystyczną woń. Ciekawam, co z nim robią. Może dla koni - w Skaryszewskim są koniki, nawet można sobie taką szkapinę wypożyczyć..
Zapach siana przypomina mi wakacje mojego dzieciństwa, gdy często wyjeżdżałam w góry - wioska Murzasichle koło Zakopca. Tam, ci Górale tylko siano i siano. Żaden tam owies jak w piosence "Zasiali Górale owies", żadne żyto czy proso, siano i już!
Mijam jeziorko. Pachnie mułem i muszlami. Jak w Broku. Bo to nie zapach nadmorski, raczej taki rzeczny. Do Broku też jeździłam w dzieciństwie, mieszkaliśmy z bratem i rodzicami w domku "Tam" - campingowy, z dykty, a jakże. Nie to co teraz - domki na podmurówkach z pełnym wyposażeniem i aneksem kuchennym! Z łazienką i kibelkiem. Tamte były proste, jak papierowe domki z kart..Wychodek i prysznice na zewnątrz. Nikomu to nie przeszkadzało, bo tak być musiało.
A w górach? U gaździny wynajmowało się pokój - bez telewizora, bez internetu (hihi), tylko micha do mycia i wszystko. Pranie się rozwieszało na takim drewnianym czymś od  suszenia siana. Nie wiem, czy to się nazywa ostrewka????


Chodziliśmy nad potok przez las. Zimny, wartki, Sucha Woda się zwał - tak przewrotnie. Przełaziło się na drugą jego stronę. Mama zabierała nam, mnie i bratu, kalosze. Woda była zimna, na dnie ostre kamienie. Można było też przejść po przerzuconym drzewie "wiszącym" nad wodą...
Miałam wtedy ze 12 lat i się bałam, że spadnę z tego drzewa i wartki nurt mnie porwie. Raz się odważyłam. Wlazłam, szłam po grubym pniu trzymając się gałęzi. Dobrnęłam do środka tego "mostu" i...ani w tę, ani w tę...Bałam się. Nogi zaczęły mi drżeć ze strachu, starałam się nie patrzeć w dół, w rwący nurt. Utknęłam. Łzy w oczach. Wówczas przyszedł do mnie po pniu, mój, może trzynastoletni brat i rzecze: myśl, że tu zamiast wody jeżdżą samochody. Tak zrobiłam i...przeszłam. Brat był zawsze bardzo opiekuńczy, tak jest do dziś...
No, ale miało być o parku...Mijam chłopaczka. Prowadzi psa. Biały puszysty. Gapi się na mnie. Nie chłopak tylko pies. Aż się bydle ogląda. A co to ja wyglądam jak kawałek mięska czy co? Może i wyglądam. Małe takie gówienko z tego psiuńcia, identyczny jak w tym filmie "Neverending story" co Limahl tam śpiewał...




Piękny był ten Limahl, wówczas była modna taka fryzura "na Limahla" - i dla dziewczyn i dla chłopaków. Też miałam, tylko może nie aż taką:)
Dwóch pijaczków na ławce siedzi. Dyskutują. Przemykam co rychlej.
Dalej placyk dla dzieci, ogrodzony. Kolorowe huśtawki, drabinki, zamki. Z dala już słychać dziecięcy świergot. Najcudowniejszy odgłos, jaki być może. Stają mi łzy w oczach, jakaś tęsknota...Przypomina mi się jak moi chłopcy byli maleńcy. Mogłam wtedy ich przytulać i całować ile wlezie, a oni zarzucali mi tłuste, miękkie łapulki na szyję i całowali mamusię maleńkimi usteczkami. Jakie to było wspaniałe. Ten zapach ciepłych głowek i miękkość maleńkich jak u lalek twarzyczek...Teraz chłopy mają po metr osiemdziesiąt i...nie da się cofnąć czasu...Może kiedyś...wnuki...
Pod domem stoi mamusia z maluszkiem na ręku. Pożeram go oczami. Przypomina mi starszego. Tak samo fajta nożynkami. O, i jeszcze dwie mamusie z wózkami. Coś takiego, obie mają bliźniaki! Tak sobie myślę, że te bliźniacze ciąże teraz częściej się zdarzają jak kiedyś. Kobiety leczą się hormonalnie jak nie mogą zajść i potem często rodzą aż dwa szczęścia na raz...
No, trzeba jakiś obiad nagotować, bo moi synkowie nie mają po trzy lata i matka już nie nadąża z garami:)

wtorek, 4 czerwca 2013

Grajek

O tobie miła ciągle marzę
O tobie miła ciągle śnię
Chciałbym całować usta twe
I czule szeptać: KOCHAM CIĘĘĘĘ

Lecz wielka dzieli nas granica
Boś ty bogatą przecież jest
Ja jestem tylko biednym GRAJKIEM
Jest mi bez ciebie bardzo źleeeeee!

Tak mi się skojarzyło. Niektórzy pamiętają. Kolonie, obozy, ogniska, kiełbaski, miłości...ehhhhhh...
Palił papierosy i miał ze 14 lat, stary był. Żeby nie było czuć, zagryzał malinami znalezionymi w lesie. Kolonie. Jagniątkowo...
Ale nie o tym...To tylko tak, ot przy okazji :)
Tramwaj nr 24, godzina szczytu.
Głowa mnie boli bo w pracy dziś wyjątkowy jazgot. Gorzej jak na targowisku. Tak to jest, jak niektóre osoby miast handlować kalafiorami wykonują odpowiedzialną biurową pracę..
Zatopiona w rozmyślaniach jadę sobie stojąc przy środkowych drzwiach.
Drzwi otwierają i wsiada ON. Grajek KOMUNIKACYJNY.


Śniada cera, siwy włos, rozklekotany instrument.
Chyba nie będzie grać - pomyślałam z przerażeniem. Przecie nawet nie bardzo jest jak się ruszyć!
Płonne były moje nadzieje. Siwy "czarnulek" rozejrzał się w okół wzrokiem pełnym tryumfu. Szacował.
Czy warto.
NIE,TYLKO NIE TO! - krzyczała moja dusza.
Niestety. Śniady stwierdził, że można zaczynać koncert. Sala pełna, publika tylko czeka!
No i zaczęło się. Tego, co miało miejsce nie da się opisać. Instrument był stary i rozstrojony, ledwo się trzymał kupy. Pan jednak z zadowoleniem uderzył w klawisze i popłynęły pierwsze "upojne takty". Chyba to był walczyk, choć nie jestem pewna...Za chwilę byłam bliska omdlenia. Grajek fałszował NIEMIŁOSIERNIE pomrukując do wtóru z zadowoleniem.
Zrobiło mi się słabo. Rozejrzałam się w okół. NIKT nie reagował najmniejszym skrzywieniem ust czy jakąkolwiek oznaką dezaprobaty. Zaczęłam histerycznie chichotać. Parę osób popatrzyło na mnie z naganą...Zasłoniłam twarz szaliczkiem...Może było mi wstyd reakcji....
Teraz już facio się rozkręcił. Szły "Rozcwietali jabłoni i gruszy". Chyba. Trudno było rozeznać...Człowiek aż się zasapał, a że młody nie był, nie wyrabiał się na zakrętach. Bosz....
Zagrał jeszcze ze dwa kawałki i ukontentowany zakończył typowym dla harmonisty taktem.
Małe pudełeczko po cukierkach poszło w ruch.
Młoda dziewuszka wygrzebała z przepaścistej torby drobne monety. Zewsząd rozlegał się stuk wrzucanych pieniążków. Poczułam się jak ignorantka.
Jednak Polacy to naród melomanów i potrafią docenić sztukę!
I mają serca miłosierne.
Potem się okazało, że to nie był stuk wrzucanego bilonu, a jedynie artysta tak potrząsał swoim pudełeczkiem dla zachęty.
:)

czwartek, 23 maja 2013

Jadło

No bo tera to inaczej się zupełnie je jak kiedyś...
Uderzę ja tu sobie w ten nostalgiczny, peerelowski ton:) Nie, żebym chwaliła tamte czasy...Ale..No właśnie.
Za czasów mojego dzieciństwa, czyli "zapadły" PRL, jadło się dania proste.
Polska, tradycyjna kuchnia. Co prawda, jak to mówią, NIC w sklepach nie było, ale pomimo tego, zapobiegliwe babcie lub mamy zawsze coś "wystały" z czego się potem "czarowało".
Nie było tak jak dziś, że szynki 46 rodzajów: Chłopska, Wiejska, konserwowa, Babuni, Dziadunia, Teściowej, Jak za Gierka, Z Beczki, Dębowa, Sosnowa, Polska...itd, itd...Firmy prześcigają się w nazwach, a w zasadzie to wszystko jedno i to samo, nie powiem co, bom delikatna, nafaszerowane konserwantami i napompowane różnistymi roztworami dla zwiększenia wagi...
Kiedyś, kupowało się 20 dag dobrej szyneczki i dzieci jadły, bo była smaczna, a  wędlinka postrzegana jako luksusowa smakowała lepiej. Jadło się też kanapki - ze szczypiorkiem, rzodkiewką, pomidorem, dżemem, miodem, rybką z puszki. Babcie obwarzały twarogi ze zsiadłego mleka. A mleczko było w szklanych butlach - srebrny kapsel - chude, złoty - tłuste, pomarańczowy - śmietanka, zielony - kefirek...



Ja jadłam nawet chleb z masłem i musztardą albo z masłem i solą. I jako dziecko to uwielbiałam, choć mama mi niechętnie tę musztardę pozwalała spożywać, wiadomo, dla dzieci niezdrowa!
Niektórzy wspominają z łezką w oku chleb polewany wodą "kranówą" i posypywany cukrem. Nie próbowałam osobiście :). Natomiast nałogowo piłam wodę z kranu, choćby w szkole. Nikt wtedy nie przestrzegał: pij wodę tylko przegotowaną! Dzieciaki chlały ile się dało i już.
Piło się też na ulicy wodę z saturatorów. Ja byłam zawsze pierwszą klientką:)
Brałam z tym czerwonym sokiem, co udawał malinowy:)



Gdy tylko "puszczały" śniegi i na ulicach pojawiały się saturatory, natychmiast korzystałam z tego "dobrodziejstwa". Szklaneczki myte wodą z obiegu zamkniętego przez, może 3 sekundy, bo przecież jednorazowych kubeczków nikt wtedy jeszcze nie znał. I jakoś nie słyszało się, by gruźlica szalała, w przeciwieństwie do dzisiejszych sterylnych czasów.
Dzieciaki gryzły ząbkami cukierki "szklaki" lub ssały dropsy i...były szczęśliwe. Nie miały specjalnie próchnicy, bo w szkole była opieka stomatologiczna i po kolei każdy uczeń miał sprawdzane uzębienie. I leczone, oczywiście. Plombami amalgamatowymi, które obecnie uważane są za rakotwórcze!
Najfajniejsze oranżadki w proszku.o smaku pomarańczowym zjadało się zanurzając brudny paluch w małej, papierowej torebce, proszek przyklejał się do palucha, który natychmiast z lubością wsadzało się do "dzioba, ehhh! Co bardziej koleżeńscy częstowali oranżadką kolegów, sypiąc smakowity, strzelający w umorusanych buziach proszek, bezpośrednio na brudne łapska.
To były czasy!
Gumy do żucia "Donald" i szał kolekcjonowania historyjek obrazkowych, które zawierały opakowania! Powiew nieosiągalnego "zgniłego Zachodu" :)


Na obiad jadło się to, co ugotowały mamusie i babcie: pierogi, rosół z makaronem (swojej roboty), pyzy...
U mnie zawsze były dwa dania. I często kompot. Bo nie piło się wówczas notorycznie wody mineralnej (jak obecnie) lub Coca Coli. U mnie w domu gotowało się kompot - z jabłek i śliwek, truskawek, wiśni. Gdy nie było kompotu, piło się herbatkę z cytrynką.
Jeśli woda to najlepsza z syfonu - sodowa. Szklane ogromniaste, ciężkie syfony, które nosiło się puste na wymianę, w zamian przynosząc do domu PRAWIE pełne. Prawie, bo na ogół połowę wypijało się prosto z "kranika" w drodze do domu.



Czasem była też oranżada - w szklanej butelce z ceramiczną zatyczką na druciku. Nieco później kupowało się "Płynny Owoc" i "Mandarynkę".


Dziś...
Je się na ogół jedno danie. Więcej się nam "nie mieści". Potrawy na ogół są bardziej wyrafinowane. Wyraźnie zainspirowane kuchnią włoską, węgierską, grecką, śródziemnomorską, japońską...
Jadamy frutti di mare, sushi...
W pracy -już nie kanapki z papieru popijane herbatą z musztardówki ale CATERING, LUNCH!
Lans ludzi ekranu, dziennikarzy, młodych yuppies, pracowników banków i dobrze prosperujących firm informatycznych. Tu nie wypada jeść pasztetówki - wiocha i przypał! Kompromitacja i skandal!
Zupa żółwiowa, cukier trzcinowy, sałatka z krewetek...Szparagi, ostrygi...
Czy zauważyliście, ile nam doszło np. warzyw, których 40 lat wstecz się nie jadło, bo..po prostu ich nie było? Obok naszej rodzimej kapuchy (często kwaszonej z beki), marchwi, buraków, oferują nam szparagi, bakłażany, kabaczki, cukinie, patisony...
Tak...Czasy się zmieniły, nasze jadło też..Ale czy jesteśmy przez tę naszą "światowość" szczęśliwsi i zdrowsi? Hmmmmmmm...
Ostatnio byłam na bazarku. Stoisko z warzywami. Baby kupują szparagi. Podobno to wykwintne, modne danie. Pod beszamelem, zapiekane, gotowane na parze...Kupię i ja - pomyślałam.
- Proszę pani - zwracam się do sprzedającej kobiety w średnim  wieku - jak ludzie TO przyrządzają?
- Pani! Byłam na przyjęciu i podali te szparagi. Tylko kłopot miałam. Nie wiedziałam co z tym zrobić! Twarde to jakieś, łykowate. A NIECH SE W DUPĘ WSADZĄ TE SZPARAGI!!!! - zakończyła z fasonem babinka.

wtorek, 21 maja 2013

Nasi milusińscy w szkole...

Dziś na onet znalazłam taki artykuł, a propos młodzieży. Rzecz się działa w gimnazjum.
Owoż sytuacja pozornie typowa. Starsza nauczycielka prowadzi lekcję języka polskiego. Usiłuje przepytać dzieci z trenów Kochanowskiego. Akurat jedna z dziewczynek recytuje. Niestety, przez cały czas utrudnia jej to inny uczeń, skutecznie ją zagłuszając. Nie reaguje na wielokrotnie mu zwróconą uwagę.
Pani nauczycielka w stanie irytacji, wydaję mi się, całkowicie uzasadnionej, podchodzi do ucznia i..o zgrozo, ośmiela się szarpać go za włosy w obecności klasy!
Uczeń dalej, tym razem już OSTENTACYJNIE, przeszkadza, jak widać nie wiele przejęty sytuacją. Nauczycielka ponownie zwraca mu uwagę podniesionym tonem. ZAMKNIJ RYJ, STARA KURWO, TERAZ JA MÓWIĘ! - słyszy słowa ucznia.
No i co powiecie?
Moi kochani, zdanie moje jest następujące. Kiedyś sprawa była prosta. Nauczyciel miał autorytet. Nauczyciel mógł w sposób wybrany reagować. Kwestią jego sumienia było, jaką metodę obierze. Pamiętam, że niektórzy nauczyciele mieli dość drastyczne metody (ale skuteczne) np.pan od śpiewu, gdy dzieci były niegrzeczne, odwracał się znienacka od tablicy i ciskał kredą w klasę. Albo ścierką. Noooo, dziękuję taką twardą kredą dostać w głowę..Były "łapy", wyrzucanie za drzwi, stawianie do kąta. Dzieciory  zawsze bywały niemożliwe. Jedne - bardziej niegrzeczne, inne nieco lepiej "ułożone" ale...
No, wybaczcie, nie zdarzały tego typu sytuacje, jak obecnie: przekleństwa do nauczyciela, groźby, agresja, kosz na śmieci lądujący na głowie...Zresztą..wiele rzeczy, których wtedy nie było, teraz są np. słynna "butelka" gimnazjalistów.
W każdym razie, pragnę podkreślić, że generalnie NIE POCHWALAM wszelkiego rodzaju agresji i rękoczynów ze strony ciała pedagogicznego, aczkolwiek...To jest tak samo, jak "dzieci bić nie wolno".
Bo..i tu 100 powodów: okazywanie swojej słabości, uczenie agresji, poniżanie, brak logicznych argumentów itd., co powoduje propagowanie tej właśnie zasady.
A mamy jak dawały klapsa, tak dają i dzieci na ludzi wyrastają, bo kodują, że jest nieposłuszeństwo to jest bolesna kara i tyle. Dzięki temu często unikają upadku z wysokiego murka, złamania nóżki, poparzenia, upadku ze schodków...Bo nie wszystko się DA wytłumaczyć upartemu pięciolatkowi, który i tak wie najlepiej co CHCIE TELAŹ!
Do czego zmierzam? Ano..nauczycielka postąpiła bez wątpienia NIEPROFESJONALNIE i NIEPEDAGOGICZNIE, ale...miała do tego prawo, bo...jest człowiekiem. Ma prawo być zmęczona, poirytowana, czuć się źle, mieć gorszy dzień...Tym bardziej, że to była starsza osoba.
Popatrzmy też na inny aspekt tej sprawy. Jakimi  "narzędziami" dysponują obecnie nauczyciele? ŻADNYMI.
Wyrzuci za drzwi, dzieciak pójdzie precz, coś mu się stanie i...wiadomo. Postawi do konta - zaraz krzyk o poniżanie, łamanie osobowości, psychiczne znęcanie się, powoływanie się na Kodeks Ucznia, który daje uczniom więcej praw i przywilejów niż nakłada obowiązków...
Można wezwać rodziców do szkoły. Ale..taki rodzic to czasem znajomy lub krewny "królika" albo sponsor, albo działacz Rady Rodziców...Można odesłać do dyrektora. Ale...no to co, nie radzi sobie pani szanowna z uczniem? To co z pani za pedagog?
I sami widzicie...
Reakcja ucznia w opisanej sytuacji.
Prawdopodobnie poczuł się zaskoczony reakcją nauczycielki, że się OŚMIELIŁA. Co sobie o nim koledzy pomyślą, jeśli nie zareaguje? Przecie nie jest złamasem ani lamusem jakimś..I ZAREAGOWAŁ.
Bez kompleksów, bez barier, bez hamulców. Może rodzice tolerują W DOMU takie zachowania? Może dla niego to normalka. No na pewno nie żaden tam przypał, wiocha...Może wręcz przeciwnie. Bohaterstwo nawet...
Myślicie, że przesadzam? Nie. Bo sama osobiście znałam matkę, do której syn zwracał się w podobnej formie i ona nie potrafiła zareagować i wyegzekwować szacunku. Rady sobie z nim nie dawała...No to o czym tu mówić?
Ja NIE WYOBRAŻAM sobie sytuacji, gdy moje dzieci zwracałyby się do mnie bez szacunku.
Owszem, bywało pyskowanie, nieposłuszeństwo, ale..zawsze potem  - skrucha, poprawa, przeprosiny, zrozumienie niestosowności zachowania...I były to przypadki pojedyncze. Precedensowe.
I na koniec jeszcze opis takiej, z życia wziętej, sytuacji. Szkoła podstawowa. Mieszkałam wówczas na Powiślu, na elitarnym osiedlu. Rodzice też byli elitą: właściciele firm, prezesi, nowobogaccy...
Dziecko uderzyło w szkole zakonnicę książką po głowie. Matka się o tym dowiedziała. Sprawa była komentowana. Reakcja  szanownej mamuńci: no co, jak zakonnica SOBIE NA TO POZWOLIŁA!!!!!
Bez komentarza.

niedziela, 19 maja 2013

Spacer

Eh, niedziela, niedziela...Słońce pięknie świeci i choć dopiero połowa maja, to prawie jak lipiec.
Niebo lazurowe, tu i ówdzie przyozdobione białymi "barankami" obłoczków. Zieloność ubrała świat w ciągu kilku dni w wiosenną szatę. Jeszcze nie tak dawno był śnieg, dziś przepysznie rozkwitły fioletowe bzy koło mojego domu, mamiąc swoim zapachem - słodkim i zniewalającym.
Zakochani czekają na maj. Jak w piosence Santor.
To z pewnością najpiękniejszy miesiąc w roku, ten maj. Jest tak "świeżozielono", tak pachnąco kwitnącym kwieciem i świeżo skoszoną trawą.
Idziemy na spacerek. Ja z mężem. Pójdziemy sobie do parku. Tam jest tak ładnie, jest woda, kaczuszki pływają i...kajaki. Jakie to romantyczne! Tak spokojnie pójdziemy zielonymi alejkami, może już kiełbaski z grilla będą sprzedawać...:) Zapach kiełbasy z grilla jest taki...niecodzienny, odświętny, imprezowy :)
No, muszę się w coś ubrać.
Ale nie mam w co!
Jak zwykle!
W kościółku byłam na szmaragdowo - turkusowo (moje ulubione kolory) - spódniczka z falbankami, bluzeczka marszczona na biuście, takaż torebeczka turkusowa.
No, ale by trzeba się przebrać, no bo co, kurcze! Drugi raz to samo?
Wyciągnęłam sobie czarną spódniczkę z czeluści szafy. Tę z nierównym dołem - w zęby.
- Którą bluzeczkę założyć do tego: czerwoną czy tę musztardową? - pytam grzecznie męża.
W końcu się przyda do czegoś.
- Ta i ta dobra...
No i się dowiedziałam...
Zakładam czerwoną.
- No, dobrze? - pytam mojego "doradcy"
- Dobrze..
- Ale w takim wypadku to muszę korale zmienić. Bo do kościoła miałam te turkusowe, a teraz mi nie pasują!
- To zmień...- bez emocji stwierdza mąż.
- Tylko na które: czerwone z korala, pod kolor bluzki, czy czarne - "Noc Kairu" do spódnicy?
- Hmmmmm...
No i taki facet to wiele doradzi! Ehhh...
Zmieniam na te czerwone z korala. Próbuje je zapiąć, ale dzwoni telefon. Moja mama. Pogadać trzeba, co nie? Matkę się ma jedną w końcu!
Z niezapiętymi koralami z korala na szyi rozmawiam przez telefon. Tylko 15 minut.
W trakcie rozmowy przyszło mi do głowy, że jak zmienię te korale na czerwone to muszę i kolczyki...
A buty? Założyć te na koturence czy sandałki na płaskim dla wygody? W końcu taka WYPRAWA!
No tak..Malowałam rano paznokcie u nóg. Pytałam męża, jaki mi lakier radzi. Też "dużo" się dowiedziałam!
- Słuchaj, jak założe te kryte sandałki to moich paznokci u nóg nie będzie widać!
- No właśnie! I co ludzie sobie pomyślą! - oburza się mąż...Eeee tam, jaja sobie robi...Koziołek!
Zadecydowałam o tych wygodniejszych. Jednak taka WYPRAWA! Trzeba się dobrze przygotować!
- KOCHANIE, wiesz, w tej czerwonej to mam strasznie grube ręce. Popatrz! - pokazuję.
- Aha..- potwierdza  mój ukochany.
- No wiesz! Zmieniam na tę brązową w te maleńkie kwiatki. TURKUSOWE. Ale wtedy mi te czerwone korale i kolczyki nie będą pasować!
Zmieniam korale i kolczyki na te poprzednie. I bluzkę oczywiście.
- Co ten biustonosz mi tak wyłazi? I ręcę też w tym jakieś grube! Może założę SZAL? - przymierzam szal, ten turkusowo-szmaragdowy.
- Kochanie, masz tam całą torbę szaliczków, poprzymierzaj sobie wszystkie, który ci pasuje, albo najlepiej załóż wszystkie. Do wieczora jest jeszcze trochę czasu. O dwudziestej będę spacer miał Z GŁOWY.

NO MAŁPA JAKA!





wtorek, 14 maja 2013

Kobieta matka i niematka....

Wczoraj cały świat prawie, obiegła informacja: Angelina Jolie została poddana zabiegowi podwójnej mastektomii. Po prostu szok.
Zawsze podziwiałam urodę tej wyjątkowo atrakcyjnej kobiety. Piękna, bogata, sławna, przystojny aktor u boku - Brad Pitt. Mają troje wspólnych dzieci, troje zaś adoptowanych - razem szóstka pociech.
Co było powodem? Otóż stwierdzono u aktorki duże prawdopodobieństwo zachorowania na nowotwór piersi, jako nosicielki genu obciążającego tą straszną, często śmiertelną chorobą. Matka Angeliny zmarła właśnie na nowotwór sutka w wieku 56 lat...
Myślę, że strata matki musiała być sporą traumą dla aktorki. Stąd także, być może, jej decyzja.
Z pewnością nie była to łatwe postanowienie, wszak utrata piersi - potężnego atrybutu kobiecej urody, jest niewątpliwie ogromną stratą. Łączy się z tym wiele problemów - nie tylko natury fizycznej ale i psychicznej. Wiele kobiet po mastektomii czuje się nie w pełni kobietami, przeżywają zmianę swojego wyglądu.. Czują się nieatrakcyjne dla partnera. I w zasadzie nie ma się czemu dziwić, ale mądry, naprawdę kochający mężczyzna, zrozumie. Co prawda istnieje możliwość odbudowy tej części kobiecego ciała za pomocą przeszczepu tkanki pobranej z innej części ciała, czyli tzw. rekonstrukcji, ale...
No właśnie...
Szanuję decyzję Angeliny. Rozumiem pobudki. Tylko..czy rzeczywiście było potrzebne AŻ takie poświęcenie? Czy lekarze - psycholodzy, terapeuci, nie powinni postarać się o odwiedzenie od tego zamiaru tej 37-letniej kobiety? Takie pytanie zadaję sobie cały czas..
Bo przecież - po pierwsze - nie ma pewności, czy Angelina w ogóle by zachorowała, a więc zabieg wybitnie prewencyjny.
Po drugie - jeśli już, to być może w późnym wieku...Brzydko mówiąc, do obecności raka w naszym społeczeństwie jesteśmy PRZYZWYCZAJENI, coraz więcej mamy zachorowań na nowotwór...Myślę, że przyczyn, dlaczego tak się dzieje jest bardzo wiele...Geny chyba są tu równie ważne jak np. stresy, zatrucie środowiska - szprycowana , pryskana chemią żywność, trucizna w powietrzu, wodzie, zasypanie śmieciami nie podlegającymi biodegradacji...No, sami wiecie, w czym rzecz. A nowotwór kosi...
Po trzecie - nie ma gwarancji, że Angelina nie zachoruje na nowotwór POMIMO zabiegu - z tego co się orientuję, jest też obciążona genetycznie nowotworem jelit.
Uważam też, że fakt operacji aktorki została celowo nagłośniona z niezbyt czystych pobudek. Powiem wprost - myślę, że będzie więcej badań kobiet - i to dobrze, choć sama jestem przeciwniczką mammografii, raczej jestem "za" USG, ale też więcej nierefundowanych, prewencyjnych zabiegów mastektomii. I lekarze będą mieli pełne ręce roboty, szczególnie w prywatnych klinikach..
No bo skoro taka piękna, młoda i sławna aktorka się zdecydowała to...
Podejrzewam też, że może wręcz...nastać moda na mastektomię. Oczywiście, może to moje czarnowidztwo, ale ile kobiet po wczorajszym całodniowym "trąbieniu" w mediach o operacji Jolie zaczęło się zastanawiać....
Jest jeszcze inna sprawa. Aktorka ma dzieci. Sześcioro. I sądzę, że zrobiła to głównie dla nich. Myślę, że jest naprawdę wspaniałą matką, skoro podjęła tak trudną decyzję. Dowodzi to jej determinacji. Chce żyć, jak przypuszczam, przede wszystkim dla swojej rodziny. Kobieta z typowym instynktem macierzyńskim, danym każdej matce. No, może prawie każdej...
Bo dla przeciwwagi taka pani Maria Czubaszek. Bez żenady przyznaje się, że dzieci własnych mieć nigdy nie pragnęła. Dokonała kilku aborcji. Woli być, jak się SAMA wyraziła "zimną suczą jak matką Polką" (sic!).
Gdyby przyszło urodzić jej dziecko, wolałaby wyskoczyć przez okno, to też jej słowa...
Dzieci wywołują jej odrazę, obrzydzenie, wprawiają w irytację...
Kobieta i kobieta.
Ano...

P.S. Z ostatniej chwili..
- Decyzję Angeliny Jolie uważam za absolutnie heroiczną. Wszystko, czego chcę dla niej to, żeby żyła długo i była zdrowa, razem ze mną i naszymi dziećmi. To jest szczęśliwy dzień dla naszej rodziny. Dziękuję całemu zespołowi medycznemu za opiekę na Angeliną – oświadczył Bard Pitt na łamach people.com 

P.S.' Po przemyśleniu. Może ja jestem i bestia, ale coś mi zaświtało...A może tego zabiegu w ogóle nie było????? Bo kto to sprawdzi? Jak coś, będzie miała doskonale  zrobioną "rekonstrukcję". Dlaczego tak "podle" insynuuję? Otóż trochę wprawia mnie w zakłopotanie skala rozgłosu nadana tej sprawie...Temat numer jeden czyli temat zastępczy. Zastanówmy się jaki może być powód , jeśli....Przyczyn może być wiele - uzyskanie rozgłosu dla wsparcia popularności, odciągnięcie uwagi od ważniejszych spraw czyli tzw. temat zastępczy, wmówienie społeczeństwu, że raka nie powinno się leczyć, a właśnie w taki sposób "zapobiegać" i ogólnie rzecz biorąc manipulacja emocjami milionów ludzi...Koniec, kropka.