poniedziałek, 30 września 2013

Odchudzam się!


Muszę koniecznie schudnąć! KONIECZNIE!
Jak zobaczyłam na spotkaniu koleżanek netowych, jak wygląda taka jedna szprycha to....
Nie, no po prostu zazdrość mnie zżera! Zero tłuszczu, same mięśnie! Wygimnastykowana, sprawna fizycznie, człowiek guma! A ja co? Nawet sobie nóg na głowie nie potarfię zapleść! 
Założyłam szpilki tej koleżanki, tak przymierzyć sobie chciałam i...od razu się "wygły"!
Ja się nie dziwię, pod takim ciężarem! Co innego jak ktoś waży 55 kg, a co innego dwa razy tyle!
A w ogóle to o zdrowie chodzi!
Żeby kolanicha nie bolały. Żeby stąpało się lekko i z gracją na paluszkach, a nie łup, łup, jak dragon!
Żeby serduszko i wąróbka nie były otłuszczone!
No i wygląd! Gruba baba na rusałkę nie wygląda!
Trudno o romantyzm duszy w futerale gruszkowatego fasonu z kalafiorowatymi udkami i pupą jak dwa arbuzy!
Dziś widziałam młodą dziewczynę. Buzia jak lalka, makijażyk, a podwozie... Uhuhu! Stąpała ciężko jak słoń, była "nisko skanalizowana", ale...całkiem przystojnego chłopca targała za rękę...
Cóż, widać miłość jest ślepa!
No to postanowiłam się odchudzić od rana!
Dostałam w prezencie od koleżanki taki pyszne i ekskluzywne czekoladki. Pięknie opakowane, złote pudełeczko. Wstążeczką przewiążane złocisto-ecru...
Takie, łooo!




Ciekawam, jakie one...Choć jedną spróbuję!
Otworzyłam pudełeczko, 9 czekoladek, każda inna...Takie duże pudełeczko, a tak ich mało - myślę..Ale nie, dwa poziomy były, 18 szt. znaczy, przeliczyłam fachowo...To sporo...



Jedną zjem, ale którą? Która dobra? Przeanalizowałam fotkę z opisami co w której...Literki maleńkie, nie chce mi się czytać! E, spróbuję sobie na ząbek. Spróbowałam. Cztery zjadłam. Jakoś tak...same mi się do ust korali wślizgły! No to limit kalorii wyczerpany! Nie jem śniadania! Trudno!
Tak też zrobiłam.
Poszłam na zakupy na bazarek. Kupiłam wiejską kiełbaskę...Głód mnie ściskał. Jednak.
Zjem kawałeczek, sprawdzę czy mocno naczosnkowana. Nie była za mocno, miała sporo pieprzu za to...
Pewnie tak doprawili, bo mięso nieświeże - pomyślałam w popłochu.
No to spróbowałam raz jeszcze, czy rzeczywiście jest tak, jak myślę. Dyskretnie, dla zabicia głodu...
Zjadłam spory kawałek...
No to nie jem obiadu! - postanowiłam.
Przyszłam, poczęstowałam domowników czekoladkami i pomyślałam, że ciekawa jestem z czym ta w kształcie piramidki...Była z jakimś kremem alkoholowym...Białej i tak nie lubię...Ale ta następna chyba z orzeszkiem? Trzeba sprawdzić! Przecież nie prześwietle. Nie była z orzeszkiem. Ta następna taka malutka....Dobra była. Nie zjem obiadu przecież - pomyślałam. Najlepsza była z drobnymi orzeszkami...Jeszcze jedna taka była w drugim rzędzie. Zjem ją, bo mnie ktoś inny uprzedzi - przemknęła mi przez mądrą i zapobiegliwą główkę, przezorna myśl. Tak też zrobiłam...
Na obiad sobie naszykowałam maleńkiego kotlecika i stertę kwaszonej kapusty. Kotlet jak kotlet, a kapucha kwaśna!
Kiedyś, za czasów mojego dzieciństwa, kupowałam kapustę w zielonej budce u Zimnej. Tam to była kapusta! Szło się z michą , a w drodze powrotnej jadło prosto z miski! Zanim się doszło do domu, połowę nie było. Teraz chyba ocet dolewają. Co to jest, by wczesną jesienią taka kwaśna kapucha była!
Popiłam maślanką. Zrobiło mi się na żołądku jakoś tak...nieprzyjemnie.
Potem poszłam "podziwiać zachód słońca". 
Znaczy do W.C.
W Japonii nie mówi się: idę do toalety, tylko jakoś tak...poetycko...że zachód słońca, albo coś w tym rodzaju...Panie idą "poprawiać makijaż", panowie "myć ręce", albo "odświeżają się z drogi".
Ja poszłam po prostu...w innym celu.
Olej, kapusta i maślanka zrobiły swoje!

piątek, 27 września 2013

Bajeczka nie tylko dla dzieci...

Rósł w starym borze Grzyb.
Grzyb miał bardzo gruby trzonek, wielki kapelusz i naturę bardzo złośliwą. Może dlatego, że był notorycznie podgryzany przez ślimaki i toczony przez robaki. Tak jak był robaczywy, taka stała się i jego dusza - zrobaczywiała. Im bardziej szpetny miał wygląd, im bardziej zgrubiały korzeń, tym bardziej gnuśną miał naturę ten Grzyb...
Całymi dniami zastanawiał się podlec jak komuś dopiec, zrobić na złość, oczernić go przed znajomymi leśnymi. Czasem z tego knucia aż bolała go głowa, a intrygant z niego był nie lada! Kłamczuch wyjątkowy, zazdrośnik i fałszywiec.
Potrafił pięknie się ustroić w mech zielony, przyozdobić liściem dębowym albo gałązką choinki sosnowej i zamaskowawszy swój wstrętny kształt i robaczywy, gruby korzeń, silił się na słodkie słówka, by zjednać sobie popleczników. Oj nie raz, nie dwa, dawały się na to nabrać zwierzęta leśne i ptaki!
- Jak pani ślicznie dziś wygląda, pani Zającowo, a dzieci z dnia na dzień coraz piękniejsze! - słodził fałszywie.
- A pan, panie Lisie, coraz młodszy, futro gęste, chyba lat panu ubywa! - obłudnie podchlebiał się Lisowi zaciskając ze złości wąskie usteczka.
- Proszę, proszę, pani Pliszko, możesz zostawić mi pod opieką swoje gniazdko, przypilnuję, przypilnuję, żadna to dla mnie fatyga! - przymilał się Grzyb.
I gdyby jego intencje wypływały z sympatii, życzliwości! O nie! Grzyb był zbyt na to wyrafinowany. W robaczywej duszy zapisywał każdą swoją grzeczność, każde dobre słowo wypowiedziane do innych, by w odpowiednim czasie zarządać wdzięczności. Nic nie robił Grzyb bezinteresownie, potrafił też mnożyć swoje zasługi, innym zaś ujmować dobrych uczynków.
Grzyb udawał przyjaźń by zdobyć informacje o rozmówcy. "Wyciągał" tym sposobem co się dało! A to, gdzie Wiewiórka chowa orzeszki, a to na której polance jagód najwiecej, a to gdzie znajduje się leśny miód...Pytał też Grzyb przymilnie o członkow rodziny, o znajomych, ciekawie nadstawiając ucho na plotki i ploteczki leśne, by potem zrobić z nich ploty, kłamstwa, pomówienia i oszczerstwa!
Miał Grzyb jednego swojego kompana - dziką świnię, z którym łączyły go ciemne interesy i złe intencje. Miał on na imię Rafał, w lesie nazywali go zaś Szują. Szuja naturę miał niecną i podły był niezmiernie, żywił się bowiem cudzymi łzami i zmartwieniami. Tylko on rozumiał złe intencje Grzyba, tylko on pomagał mu knuć, intrygować i robić innym na złość...
I tak działali wspólnie, ramię w ramię, ręka w rękę, udając przyjaźń, choć do takowej nie byli zdolni.
Wiele zwierzątek płakało rzewnie przez nich, wiele musiało nawet las opuścić, bo były one gnębione, szantażowane i prześladowane...
Przychodziły do Grzyba i Rafała zmartwione zwierzątka.
- Dajcie nam spokój! Miejcie litość! Opamiętajcie się! - płakały rzewnie.
Ale dręczyciele pozostawali nieugięci. Mieli przyjemność z tego, że ktoś się denerwuje, martwi, a nawet boi.
Dlaczego? Dlatego, że zdawali sobie sprawę, że są brzydcy, źli, głupi i wiedzieli, że tego zmienić nie są w stanie. Zbyt wiele to dla nich byłoby wysiłku, a byli leniami i gnuśnymi nierobami. Rafał Wieprz wolał nawet coś ukraść jak zapracować, taka była z niego kanalia!
Bardziej więc im się opłacało wzbudzać strach czy wzniecać zdenerwowanie zwierzątek.
I tak trwało wiele , wiele miesięcy..
Aż raz w lesie pojawiła się Gruszeczka. Nie wiadomo skąd, bo przeceż grusza tam nie rosła.
Spadła jak z nieba. A mądra była ona i doświadczenie życiowe miała...
Zobaczyła Grusia co się porobiło, stanęła, podparła się pod boczki i rzekła:
- Ha! Tak dalej być nie może! Trzeba zrobić porządek z tym całym dziadostwem! Stop podłości! Stop intrygom! Stop przesladowaniom!
Zebrała wszystkie zwierzątka i tak prawi:
- Koniec tego! Takie czyny są karalne! To jest szantaż, dręczenie i zniesławianie! Na to są paragrafy!
- Słusznie! - zaryczał Miś, który do tej pory nikomu się nie sprzeciwiał, bo lubił wszystkich, jak mawiał.
- Mąąąąądrzeeeee! - zabeczała Koza.
- Racja ku ku! - zakukała Kukułka.
Przykicała Zającowa z dziećmi, z aprobatą pokiwała głową.
Pan Lis malkontent też nie sprzeciwiał się.
Pliszka ze zdziwienia nad mądrością Gruszki otworzyła swój dziobek.
- Co więc mamy robić, Grusiu? - zatupał Jeżyk.
- Trzeba dać znać na policję, niech drani zapuszkują! - raźno odparła Grusia.
Tak też zrobili.
Pan Bociek - policjant leśny spisał protokół, zwierzątka go podpisały i cała akcja się rozpoczęła.
Jakież było zdziwienie i przerażenie Szui Rafała i Grzyba! Jak nagle stali się pokorni, bojaźliwi gdy zapukała policja do ich drzwi!
- Nie będziemy, już nie będziemy! - darli się wniebogłosy.
Ale policja była nieubłagana.
- Jest oskarżenie, jest wina, jest kara! - stwierdził służbiście policjant Bocian zakładając winowajcom kajdanki.
I tak w lesie zapanował spokój i zgoda.
Nikt już nie prześladował zwierzątek, nikt ich nie straszył, nikt im nie groził...
Tak to, drogie Dzieci, złe uczynki zawsze spotyka finał , a winowajcy zostają ukarani!
Prędzej czy później!

Nasze dorosłe pociechy

Mój syn jest chory. Jestem zdenerwowana.
Stary koń, ale serce mnie boli, gdy patrzę jak zmaga się z zawalonym katarem nosem i kaszlem, który go męczy. Nie dbają nic a nic o siebie ci młodzi! Głowa ogolona, zimno w taki łeb bez futra! Co to za moda!
Cienko ubrany, szyja goła..I jeszcze ten wyjazd w góry...Na jeden dzień! Po co i na co?
Pojechali, weszli na Giewont i przyjechali! A przeziębiony już był wtedy!
W górach zaklimatyzowanie następuje po dwóch tygodniach! Zresztą nie tylko w górach, wszelkie zmiany klimatyczne zaczynają skutkować po takim czasie, a tu wyjazd na 1 dzień (bo sama droga ok. 16 godzin)!
Patrzę z niepokojem na załzawione oczka mojego wielkoluda...A kaszel szarpie moje serce. Serce matki.
Wiem, wiem, od tego się nie umiera, to tylko przeziębienie...
Matka zawsze potrzebna, czy małemu, czy dużemu...
Zaparzy ziółka, poda syrop "do dzioba" jak małemu dziecku, pogłaszcze po głowie...I wcale nie tylko jest potrzebna tym maminsynkom, bo mój syn nie należy do takich. Pracuje, wyjeżdża, prowadzi swoje życie...Ma swój świat, do którego ja nie mam wstępu. Choć nie powiem, czasem się pcham :)))) Chcę polubić to co on i to co on poznać...Próbuję w ten sposób go zrozumieć, być bliżej niego, choć jestem "wapno"...
Ot, konflikt pokoleń, stary jak świat, zawsze wyłazi...
Ale to chyba to, że jak się kogoś kocha, chce się pokochać to, co on...Choć nie zawsze się to udaje...
A może przynajmniej poznać...Czy to jest sport, czy muzyka, czy historia, czy teatr...
- Co tam w pracy, synku? - pytam z czułością. Czasem odpowie, opowie coś, a czasem...burknie:) Bo akurat zajęty bardzo, ma kogoś na skypie, albo muzyki słucha...
Cóż, trzeba umieć się też wycofać, nie można się narzucać...W końcu nikt nie lubi jak mu się przeszkadza...
Ale wiem, że jestem mu potrzebna, że lubi jak jestem gdzieś obok...
Choć wielki jak dąb i w bicepsie ponad 40 centymetrów....
Patrzę na niego z dumą. Mój syn...Jeszcze wczoraj maleńki w wózeczku, kwilący...
Nie zawsze jest radością, nie zawsze się z nim zgadzam, nie zawsze pochwalam to, co robi i jak żyje...Ale nadal to moje dziecko...



Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo ten nasz pyskaty nastolatek, czy dorosły młodzieniec nas potrzebuje...
Albo ta wyfiokowana panna, która kokietuje kolczykiem w pępku i chodzi na niebotycznych szpilach...Gdzie jest ta nasza mała córeczka?
Ojciec zerka na nią ukradkiem. czasem z niepokojem...Za późno wraca do domu i nie podoba mu się to! Może pamięta siebie z tego okresu i po prostu się boi, by nie wpadła w szpony jakiegoś uwodziciela...Takiego, jakim kiedyś był ona sam :)))
Ale co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie!



Pamiętam Jolę...Dwa lata mija jak nie żyje. I pamiętam jej syna...
Gdy przyszedł na świat i zobaczyłam go po raz pierwszy, miał może z miesiąc....
Kiedy na niego spojrzałam, popatrzyły na mnie poważnie, identyczne jak matka oczy - szafirowe, z cudnymi czarnymi podwiniętymi w górę rzęsami, sztywnymi i gęstymi, oczy o charakterystycznym, nieco wąskim kształcie...Cała Jola, skóra zdarta - pomyślałam...
Marcinek rósł, potem był prześlicznym przedszkolakiem...Śliczne kręcone włosy i te oczy...Piękne, poważnie patrzące oczy Joli w twarzy dziecka...
Rodzice się rozwiedli...Ojcu palma odbiła, gdy poszedł pracować do teatru. Specyficzne, ekscentryczne środowisko, alkohol, imprezki, nocna praca zrobiły swoje...Przestała go interesować rodzina. Ot, życie...Jola została sama z synem...
Potem wyszła ponownie za mąż za bardzo porządnego człowieka....
Ale ja wówczas nie miałam z nią kontaktu.
Zobaczyłam "małego Marcinka" po latach kilkunastu. Nie poznałabym go. Wygolony łeb (a takie miał piękne kręcone loki po matce), osiłek z grubym karczychem, a z twarzy patrzyły na mnie te same, znajome oczy mojej przyjaciółki...Łazikował, popalał trawkę, rapował...
Uczyć się nie chciał, ale Jola "pchała" swojego jedynaka do szkół, ile sił...
No to skończył jakieś tam liceum, potem siłą zmobilizowała go na studia. Kochała go za siebie i za ojca, który nie bardzo się synem interesował, o ile wiem...
Marcin żył sobie beztrosko, łazikował....Jola nigdy złego słowa o nim nie powiedziała, ale aniołkiem to on nie był, ani maminsynkiem, trzeba było troszkę go kontrolować...Ale czy to się da? Dorosły chłop, imprezy, towarzycho...Muzę robił...Ano. Muzyka hiphopowa była wyrazem jego buntu, skłócenia z rzeczywistością...
Z życiem...
Taka z niego bardziej była chyba wrażliwa natura pod skorupą tej pozy twardziela i byczka...
Gdy miał 22 lata, matka zachorowała na raka...
Rzucił wszystko. Nosił matkę na rękach, dosłownie i w przenośni....
Zmarła, a on dwa dni po niej poszedł za nią bo nie chciał iść dalej sam...

Dorosłe dzieci często przekonują się jak im jest rodzic potrzebny, gdy już go nie ma przy nich...
I nie mogą sobie poradzić z tym "porzuceniem", ani się z nim pogodzić...Choć ci niezależni , tacy niby twardzi, a jednak...
A więc cieszmy się, drodzy Rodzice i Dzieci, tymi wspólnymi chwilami, gdy jesteśmy razem.
Okazujmy sobie uczucia, nie bójmy się słów pełnych czułości do naszych "starych koni". Nie bójmy się powiedzieć "syneczku", "córuniu" do tych wielkoludów i wypindrzonych panienek. Nie bójmy się poklepać po ramieniu, pogłaskać, przytulić, choć się jeży, czasem chcąc przykryć tą nonszalancką pozą ,wzruszenie i czułość do matki czy ojca...
Nie bójmy się dawać dowodów pamięci, robiąc sobie małe przyjemności, niespodzianki, a nade wszystko nie szczędzić czułych gestów.
Czasem to nawet może być zrobienie dobrej herbatki, kupienie ulubionej gazety czy przygotowanie potrawy, którą lubi...
A dzieci tę miłość oddadzą, zapewniam Was...
Jeśli nie teraz, to kiedyś...

środa, 25 września 2013

Dawno nie było o gołębiach!

No niestety...
Wszystkie moje starania zmierzające do pogonienia natrętnego ptactwa z mojego balkonu spełzły na niczym...Gołębie jak przychodziły, tak przychodzą. W celach różnych zresztą.
Czasem jest to prokreacja, czasem...sentyment do mojego balkonu. 



W wyniku ich wizyt, balkon jest obfajdany równo i bogato. Szczególnie w jednym miejscu.
Upatrzyły sobie ptaszyska taką półeczkę, pod płytą balkonu sąsiadki z góry.
Moja drewniana kratka, którą instalowałam z wielkim pietyzmem przy pomocy męża, nie dochodzi do końca ściany lecz pozostawiona jest kilkunastocentymetrowa przestrzeń między jej górną listwą, a płytą balkonu nade mną. I tam właśnie te skunksy się roją! 
Siedzą sobie pod daszkiem, grzeją tyłki i załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne gdzie popadnie. I wcale się nie krępują! 
A ja nie mam już sił sprzątać i myślę o rozwiązaniu tego problemu.
Muszę im zająć CZYMŚ miejsce. Tylko czym?
Niektórzy sadzają na parapetach zewnętrznych pluszowe zwierzaki, inni wieszają szeleszczące torebki, wiatraczki, ale jak zauważyłam niewiele to daje..
W sklepach budowlanych sprzedają taśmy z wąsami. Przykleja się taką taśmę i gołąb nie usiądzie.
Nie wiem, czy to jest taka taśma, ale kiedyś czytałam, że na jakimś osiedlu była straszna afera, bo założono te taśmy z wąsami z drutu i gołębie po prostu nadziewały się na to, usiłując usiąść...
Ale co zrobić z takimi obsrańcami? Oto jest pytanie!




W końcu wymyśliłam. Mam taką girlandę ze sztucznej choinki, założę w sposób odpowiedni na górną część kratki i zajmę dziadom ich półeczkę. 
Już ja was dranie przechytrzę! - myślałam mściwie.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Choć mam katar i kręci mi się w głowie!
Najpierw umyłam porządnie całą kratkę i ścianę. W tym celu musiałam wejść na drabinę. Czułam się nienajlepiej, ale co tam! Już ja wam pokażę! - odgrażałam się ptaszyskom w duchu.
Myłam sobie w najlepsze kratę, gdy znienacka z obrzydliwym gruchotem nadleciał pokaźny egzemplarz! I to prosto na mnie wypadł!
O mało nie spadłam z drabiny! Tego by tylko brakowało! Stałam wysoko, mogłam wylecieć przez balkon!
I mąż by został wdowcem - myślałam sobie, widząc go oczami duszy w czarnym garniturze i krawacie, też czarnym.
- Panie kochany, a na co zmarła pana żona? - będą pytały znajome.
- A wypadła z balkonu, jak myła gó..na gołębi - odpowie on...
Nie jest to romantyczne, parwda? Już jak zejść z tego łez padołu, to godniej nieco!
Robotę zakończyłam, pomyłam jeszcze płytki i z satysfakcją spojrzałam na swoje dzieło - czyściuteńki balkon i kratę zwieńczoną sztuczną świerkową girlandą. 



Nie minęło pół godziny, przyleciała parka...Usiadły na poręczy, szacując ciekawie mój balkonik.
Wysprzątany, czyściutki, elegancki...
Tak jakby oceniały, w którym miejscu najlepiej będzie...narobić...
Myślę sobie, każdy woli nawalić na czyste jak na brudne, co nie?

wtorek, 24 września 2013

Frustracje

Opowiem Wam wczorajszą sytuację, której byłam świadkiem...
Siedzę sobie na przystanku tramwajowym, wracam z zakupów. Dobry miodek kupiłam - od tej pani, co to kiedyś mój mąż powiedział, żebym sprawdziła czy jest prawdziwą pszczelarką i niech pokaże ślady po użądleniach! Mój mąż jest trochę nieufny, jak ten Tomasz niewierny, powiada, że sprzedają niby to z własnej pasieki, a to miód chiński albo inny z Czarnobyla!!!! Oczywiście w żartach kazałam tej kobiecie pokazać te ślady, ale ona na to: pani, teraz pszczoły śpią to nie żądlą!




A to zimą było...I wtedy poznałam, że to najprawdziwsza z prawdziwych pszczelarek, bo zna te pszczół obyczaje!!!!! Od tej pory kupuję miód tylko u niej, pod warunkiem, że jest obecna.
No i cytrynki kupiłam, bo nie ma jak miód z cytryną na przeziębienia, choć podobno dobra też herbatka z imbirem. Nno i z sokiem malinowym, ale nie z Łowicza ani Paoli tylko ze swoim własnym, zrobionym w słoiczkach!!!!! Ja takiego nie mam, bo jestem leń baba i przetworów nie robię, za to w sezonie maliny zajadamy codziennie i do zimy one nigdy nie dotrwają w żadnej postaci.
Ale co to ja? Aha..
Owoż siedzę ja sobie na tym przystanku, patrzę, dziewczyna idzie może z 19 lat albo i mniej...Porządnie ubrana i czysto, ładne długie włosy powiewające na wietrze, buzia z regularnymi rysami jak u Nefretete...Spodnie dżinsowe, kurtka szara, wełniana, na nogach....sandały. Na bosych stopach...Dziwne - myślę sobie, ale nic...Widać taka tera moda...
Dziewczyna podchodzi do kosza na śmieci. Zagląda do wnętrza ciekawie...
Petów szuka - myślę sobie - ano, bywa...Może jaka narkomanka...
Ale nie, nie petów..
Dziewuszka wyciąga z kosza dwoma palcami, jakby się BRZYDZIŁA, opakowanie po waflach. Ogląda je, wącha..W środku nie ma nic...Potem wyciąga następny kartonik, również pusty. Następnie puszkę po Coli. Wącha, zagląda do środka, jakby wierząc, że wypatrzy jakieś resztki napoju...Przez małą dziurkę to raczej niemożliwe...Na koniec, po prostu niesie puszkę do ust i wytrząsa resztki picia...



Szok....
Wsiadła ze mną do tramwaju, zachowywała się całkiem normalnie...
Co trzeci człowiek obecnie ma problemy natury psychicznej.
Cierpi na depresje, stany lękowe, bezsenność, manię prześladowczą, psychozy, natręctwa, uzależnienia, objawy neurologiczne jak np. tiki...Wzrasta ilość samobójstw, wzrasta liczba pacjentów poradni psychiatrycznych. Psycholodzy mają pełne ręce roboty...
Leczenia farmakologicznego wymagają już niejednokrotnie dzieci i młodzież...
Samookaleczenia, tzw. sznyty, uzależnienia od komputera, zakupoholizm, narkomania, alkoholizm - podstępny, bo czasem jest to przymus wypicia dwóch "browarków" dziennie....Także bulimia oraz anoreksja. Również lekomania....




Gdzie tkwi przyczyna? 
Często się nad tym zastanawiam, bo nikt mi nie powie, że zawsze tak było, tylko się o tym nie mówiło...To teraz bardzo modne tłumaczenie wszystkiego: liczby samobójstw, zboczeń, chorób...
NIE. NIE. NIE.
To dzisiejsze czasy są takie wariackie!
Ten "wyścig szczurów", już od przedszkola...To posyłanie sześciolatków do szkoły. Ta wieczny przymus udziału w rywalizacji o wszystko: najpierw - bo mój tata jest prawnikiem, a mój biznesmenem, bo my mamy Audi, a my Toyotę, bo ja mam buty Adidas, a ja Nike...A potem to już lawina o wszystko: o to, ile się zna języków, jakie się ma umiejętności, ukończone kursy, studia, gdzie się było na wakacjach...
A gdzie w tym wszystkim wartości duchowe się podziały? Taka zwykła, prosta dobroć, życzliwość, sympatia, przyjaźń, miłość? To, czego kupić nie można za żadne pieniądze...
Nawet w rodzinach nie jest dobrze, bo wartość rodziny też się dewaluuje...
Kiedy mamy czas, by odwiedzić starą matkę i ojca, czy daleką kuzynkę?...Czy utrzymujemy kontakty z rodzeństwem, czy raczej żyjemy z nimi "jak pies z kotem"? A nasze dzieci? Czy potrafimy z nimi rozmawiać, dawać im wsparcie, ciepło, przytulić, nawet gdy się "jeżą", buntują, bo są dorosłe? Czy staramy się je rozumieć, poznawać, a nie tylko strofować i krytykować? Czy interesujemy się tym, czym one, a przynajmniej, czy wiemy, czym się interesują, co je pociąga? 
Z tymi pytaniami zostawiam Was, drodzy moi....
Niby NIC odkrywczego, ale może czasem warto się zatrzymać i zastanowić...
Jakie nasze dzieci i młodzież, taka nasza przyszłośc i taka nasza...starość.

piątek, 20 września 2013

Rozmyślania przy smażeniu ryby...

Dziś piątek. Dla katolików dzień postu tzw. jakościowego - powstrzymywania się od spożywania pokarmów mięsnych! I nie dajcie sobie wmówić, drodzy Siostry i Bracia - katolicy, że Papież Franciszek zniesienie ogłosił, bo nie ogłosił, a jedynie nie obowiązuje już powstrzymywanie się od zabaw, dyskotek itp. Ano, duch czasu...Nie wiem, czy to dobre, ale nie mnie oceniać...Puch marny jestem i proch na tym łez padole...
Owoż smażę ja sobie tego morszczuka i tak sobie rozmyślam...
Morszczuk skwierczy na patelni, a moje myśli ulatują gdzieś hen hen w przestworza...Taka jestem z natury filozofka amatorka...
O czym myślę? Ano o tym, że Pan Bóg człowieka stworzył na swój obraz i podobieństwo. Dał mu rozum, dał mu wolną wolę i piękne ciało. Ale to ciało to wcale nie musiało być piękne w kontekście obecnych kanonów! Ewa - pierwsza kobieta, nie musiała wcale mieć 170 cm wzrostu i wymiarów 90 - 60 - 90, ani też długich blond włosów i listka figowego jako jedynego odzienia! A Adam zapewne nie był brunetem, 190 wzrostu o męskim podbródku i wspaniałych piwnych oczach pełnych wyrazu!
Uważam, że nie popełniam tu żadnej herezji, jeśli powiem, że pierwsi rodzice mogli mieć np. ciemny kolor skóry (dla ochrony przed promieniami słonecznymi), skośne oczy, włochatą skórę i postawę niespionizowaną.
Ale pomimo tego, byli to ludzie, ludzie piękni, czyści i nieskażeni grzechem! Byli samym dobrem, miłością - w tym byli podobni do Stwórcy! Potrafili dokonywać dobrych wyborów posługując się daną im przez Pana wolną wolą...Aż do momentu gdy wdali się w dialog z szatanem i rozpoczęli z nim dyskusję...I już było po nich...
Do czego zmierzam? Ano do tego, że każdy rodzic również pragnie kształtować dziecko na swój "obraz i podobieństwo".
Tzn. może nie dosłownie, bo jak mamusia całe życie marzy o tym, że mogła być...aktorką czy prawnikiem, a nie jest, to może jak myśli, że jej córeczka mogłaby zrealizować jej niespełnione marzenia i ambicje, to niekoniecznie jest  to "na swój obraz i podobieństwo" właśnie.
Jednakże każdy chce, by taki konus miał cokolwiek po mamusi i po tatusiu, bo to tak fajnie! Taka nasza miniaturka: marszczy się jak ojciec, jak ojciec zakłada nogę na nogę.
A taka malutka wkłada mamine pantofle i lata po pokoju głośno stukając...I mówi do koleżanki przez telefon: wiesz, porozmawiałabym z tobą dłużej, ale jestem dziś ZAROBIONA!
Dzieci małe są fajne i pocieszne..
Potem dorastają. I stają się często całkowitym naszym przeciwieństwem.
Zaczynają stawać nam "okoniem", kłócić się o swoje prawa, dąsać i całkowicie nie przestrzegać dyscypliny narzucanej przez rodzica. Nas "trafia szlag", one natomiast mają się dobrze, gdyż uważają, że są dorosłe i pozjadały wszystkie rozumy. To jest moje życie, mam prawo o nim decydować! - drą się, aż do ochrypnięcia. Nie wchodź z butami w moje życie! - tokują jak nadęte cietrzewie.





Gdy mój syn był maleńki, okazało się, że niezbędna jest operacja przepuklinki. Miał wtedy niespełna 2 latka. Rozpaczałam strasznie i odchodziłam od zmysłów. Pobyt w szpitalu. Dziecko zostawione z obcymi ludźmi - nie można było wówczas być z dzieckiem...Gdy tak siedział na górnym łóżeczku jak maleńka bezradna kukiełka i zanosił się od płaczu, myśłałam, że pęknie mi serce...Ten widok zapamiętam na całe życie...Maluśki człowieczek z rozpaczą tak bezgraniczną, opuszczony i samotny...
Potem płakałam w domu, bo myślałam tak: takie ciałko delikatne, a tu przyjdzie taki rzeźnik (przepraszam chirurgów, ale tak wtedy czułam) i będzie ciął...Nie mogłam się z tym pogodzić. Po trzech dniach wrócił synek do domu. Cały i zdrowy...Ślad nawet nie pozostał, bo cięcie było w fałdce skórnej...

A teraz co? To moje dziecko, z własnej nieprzymuszonej woli, sobie malowankę robi! Oszpeca się tym ohydnym tatuażem! No i co ja mogę? Głową muru nie przebije...
I jeszcze mu doradzam kolorystykę hehehe  Synku, nie ro sobie papuzich kolorów, może do czerwonego np. zielony! Tak się mądrzę, bo lubię zielony, a co!
Skoro nie mogę zwalczyć, muszę się przyłączyć, co nie?
A może sama se trzepnę jakieś skrzydła janielskie na plecach albo różyczkę na dekolcie, kto wie:)




wtorek, 17 września 2013

Bitwa o pierogi








Od poniedziałku do środy 40% taniej w "Biedronce" - pizze i pierogi!
Okazja nie byle jaka! Szczególnie dla ludzi borykających się na co dzień z problemem cienkiego portfela.
Ja tam nie mam nic przeciwko pierożkom z "Biedronki" firmy "Swojska Chata", zwłaszcza z mięsem. Zdaję sobie sprawę z tego, że ich produkcja, by była opłacalna, odbywa się "po taniości" tzn. to mięso w farszu w rzeczywistości składa się z uszu, wymion, oczu, rogów, ogonów, kopyt i podrobów hihihi
Ale zbytnio mi to nie przeszkadza, ważne, że dobrze przyprawione i smakują prawie jak domowe.
Oprócz tych pseudomięsnych są jeszcze: z serem i truskawką, jagodą, ruskie, z kapustą i grzybami, a nawet sezonowo ze szpinakiem!



No i pizza na tacce - z salami lub szynką albo z nutką orientu...Też ma być okazyjna!
Nie kupuję często tych  "frykasów", wolę domowe, ale czasem się zdarza...
Taka okazja 40% taniej nie prędko się powtórzy! To prawie połowa ceny, pierożki po 2,69 zł, pizza 4 z groszami...
Poszłam więc do najbliższej Biedronki, a tam puchy. Wymiecione równo półki, tylko ceny zostały.
Takich jak ja amatorów taniości widać zatrzęsienie, skoro nie został ani okruszek.
Pytam panią co i jak. Dostawa ma być po godzinie dziesiątej...
No to idę raz jeszcze, "Biedronka" blisko...
Tym razem trafiłam na dostawę. Pierożki kupiłam bez problemu - te z "mięsem". Ja wzięłam skromnie 4 opakowania dla siebie i dla mamy, ale ludzie pakowali całe wózki. Po kilku minutach zostały puste półki...
Jednak mi zależało na pizzy. Spytałam więc o nią panią ekspedientkę.
- Proszę pani, zamówiliśmy, ale nie przyszła...Wczoraj było, ale mało. My zamawiamy, ale oni i tak przywożą tyle, ile uważają albo wcale...Niech pani spróbuje przy Wiatracznej, oni mają dostawę po nas...
Ano spróbuję, choć deszcz pada..
Pojechałam. 
Tu spory sklep, przechodzę koło półek z pierogami. Pusto. Stoją dwie panie. Jedna starsza, druga młodsza. Usteczka tajemniczo zasznurowane, wzrok bystry, spojrzenie czujne, nozdrza ruchliwe wskazujące na pełne napięcie..
- Czekacie panie na towar? - pytam grzecznie.
- Jestem tu drugi raz i NIC nie ma!  - z rozżaleniem mówi młodsza. 
- Pewnie jeszcze nie rozpakowali, z tego co wiem, towar ma być, tak mi powiedzieli na Terespolskiej - odpowiadam.
- Tak? - tu wzrok kobiety staje się bardziej czujny, czuje już we mnie groźną konkurentkę w walce o pierogi.
W tym momencie podchodzi starsza kobieta o dużych gabarytach.
- No i gdzie te pierogi? - pyta sapiąc.
- Jeszcze nie ma, może są na tamtej palecie, można sprawdzić - wpadam na pomysł.
Przy okazji nadmieniam, że mnie pierogi już nie interesują tylko pizza! Niech baby nie widzą we mnie konkurentki pierogowej!
Idę żwawo pierwsza w kierunku stojącej palety, za mną sznureczek kobiet...
No i zaczęło się...piekło ogniste! 
Okazało się, że na palecie paczki z pierogami stoją wśród innych paczek, a nikt ich nie rozładowuje. I DLACZEGO???? Oburzenie sięga zenitu. Ludziska czekają, personelu mało. 
Z zaplecza wychodzi miła dziewczyna w firmowym seledynowo-niebieskim polarku. Z palety zdejmuje paczkę pierogów. Nie donosi ich na półkę, gdyż panie nie dają jej żadnych szans. Nec Hercules contra plures! Paczka zostaje dziewczyninie wyrwana, potem następna "żywcem" ściągnięta z palety... 
Z magazynu wychodzi pan wyglądający na kierownika.
- Proszę państwa, proszę nie ruszać paczek! Towar jest jeszcze nie sprawdzony.
- Kim pan jest, kim pan w ogóle jest? - wydziera się jakaś nerwowa niewiasta - chcecie nas w konia zrobić, macie towar, a nie dajecie!
- Towar to się sprawdza w magazynie! - krzyczy inna.
- Niech pan nie kłamie, już nam tamta pani wydała towar! - wrzeszczy energiczna pani, którą miałam okazję poznać gdy oczekiwała.
- Tamta pani zrobiła źle i zostaną wobec niej wyciągnięte konsekwencje - lakonicznie stwierdza mężczyzna.
- Co nam pan tu? - krzyczy babcia o sporych gabarytach - ja chcę kupić ruskie, te z mięsem to świństwo!
W końcu klientki osiągają zwyciestwo, pierogi zostają ściągnięte z palety i trafiają w ręce spragnionych. Natarcie na paletę niczym szturm na Pałac Zimowy uwieńczone zostaje sukcesem.
I tu się okazuje wyższość argumentów słowno-siłowych nad głosem rozsądku.
Ale teraz dzieją się dopiero sceny dantejskie! Bitwa pod Grunwaldem, w porównaniu z tymi scenami batalistycznymi, których jestem świadkiem, to mały Pikuś!
Staruszki, znękane w środkach komunikacji,  nagle nabierają energii i nacierają na te młodsze i silniejsze pełną parą. Ta o dużych gabarytach ładuje czubato cały koszyk. Nie patrzy już na etykietki, nawet to "świństwo z mięsem" znajduje swoje miejsce. Patrzę na nią ze zdziwieniem. Sapie nerwowo roztrącając inne konkurentki łokciami. 
- Ojej, niech pani uważa, stratuje mnie pani! - słychać krzyk jakiejś nieszczęśnicy.
Ta sytuacja trwała około 15 minut i... już było po pierogach.
Patrzę, ta z dużymi gabarytami, dysząc ciężko, przegląda zawartość koszyka. Okazało się, że napakowała jak leci, teraz dopiero wybiera te, które ją interesują...Ot, cwaniara, egoistka!
No, ale pomagam jej...Widzę, że strasznie jest zdenerwowana, jeszcze na serducho kipnie...
- Szkoda zdrowia - mówię pomagając jej oddzielić "ziarno od plew". 
Przy okazji decyduję się na dwa opakowania ruskich, podobno niezłe. Dwa złote z groszami nie majątek, można spróbować...Pomogłam paniusi, która już była ledwo żywa, spocona i czerwona na twarzy...Słowa "dziękuję" nie usłyszałam, pewnie zbyt była zaabsorbowana, ale co tam, zrobiłam dobry uczynek..
- Jakaś mi mało oka nie wydłubała paczką z pieluchami - sapie gniewnie matrona - nie wiem, która to. Chyba już sama zapomniała jak osobiście dawała "z łokcia" wszystkim naokoło...
Można by powiedzieć w konkluzji, iż bitwa zakończyła się spektakularnym sukcesem, gdyż większość klientek odeszła zadowolona. Mało tego, udało się zdenerwowanej ekspedientce dojść, ile paczek z pierogami zostało wydanych na sklep...
Potem jeszcze na spokojnie udało mi się kupić pizzę mrożoną - w cenie atrakcyjnej. Miła pani poinformowała mnie, że jest tylko taka, bo "tamtej to mi też nie udało się kupić, za mało dali". 
Wróciłam więc zadowolona do domu, myśląc, jak to niewele człowiekowi do szczęścia potrzeba!
Po drodze lało jak z cebra i przejeżdżający samochód ochlapał mnie od czubka dżinsowego kapelusika aż po brązowe laczki.