niedziela, 13 lipca 2014

Grusia - gwiazda telewizyjna

     Tak. Dobrze czytacie, moi mili Czytelnicy! Wasza Grusia zostaje wielką gwiazdą!
To dla Grusi teraz lEmuzyny i czerwone dywany!
Dla niej splendor, brawa, owacje!
To przed Grusią otworzą się teraz kolejne drzwi do wielkiej kariery!
To Grusia będzie pokonywać kolejne szczeble tej drabiny (oby się tylko pod Grusią nie złamały, w końcu Grusia nie ułomek i wymoczek!).
A co!
     I jak, zatkało kakaŁo?




No, ale żarty na bok:)
     Fakt faktem, że choć parcia na szkło nie mam, coś mnie pcha do publicznego wypowiedzenia swojego zdania. Zdania, które niejednokrotnie zresztą, uznawane jest za kontrowersyjne. Dlaczego? Ano przyczyna jest prosta - najczęściej jestem w kontrze do obecnego trendu i lansu.
      Większość bezmózgowców się czymś zachłystuje, jeden ogląda się na drugiego i powtarza opinie jak papuga, a ja - NIE.
      Ja się przyglądam i zastanawiam.
Przyczepić etykietkę jest bardzo łatwo, szczególnie tym nielubianym środowiskom, zauważyliście?
Ksiądz - pedofil, katolik - moher, lekarz - łapówkarz...Itd.
      Przy tym są środowiska NIETYKALNE. Ich ruszać po prostu nie wolno, a jeśli już, to jedynie wybrańcom.
Dlaczego? Ano dlatego, że zaraz można być okrzykniętym homofobem, antysemitą czy rasistą.
      No, ale co to ja chciałam? Aha....
Pewnego dnia , a było to kilka dni temu ujrzałam anons - nabór do programu telewizyjnego, dość znanego.
       Teamat mi bliski, dotyczący dzieci...
Zadzwoniłam. Pan po pięciu minutach rozmowy już orzekł, że jestem osobą właściwą - tak mnie ocenił.
      Szybko ustaliliśmy warunki umowy i doszliśmy do porozumienia.
I teraz tak. Fakty są następujące.
      Zdaję sobie sprawę, że idę na tzw. "rozwałkę".
Stacja jest o profilu dalekim moim poglądom.
Siłą rzeczy panie prowadzące nie będą niewątpliwie okazywać stanowiska bliższego mojemu, to chyba oczywiste.
      Zachowjąc pozory neutralności, oczywiście poprowadzą tak rozmową, by moje stanowisko zostało...jeśli nie skompromitowane czy ośmieszone, to co najmniej przedstawione jako...zaściankowe, nienowoczesne, ja natomiast mogę zostać jeszcze jednym oszołomem.
      Wiem, że "nec Hercules kontra plures" i że moja gruszkowata siła jest raczej siłą dawidową w tym przypadku przeciwstawioną Goliatom - wyjadaczom dziennikarskim i rutyniarzom z kilku czy kilkunastoletnim doświadczeniem zawodowym w pracy dziennikarskiej.
      Oczywiście NIKT tego mi nie powie, jestem zachęcana do uczestnictwa, ale....swoje wiem, ciele nie jestem (jakby powiedział Kuba z "Chłopów").
    Bądźmy realistami. Gdy spytałam redaktorka, czy będę mogła zobaczyć materiał po montażu, odpowiedział, że...w zasadzie nie jest to praktykowane. To chyba coś oznacza. Kto zgadnie to, stawiam piwo:)
Ale nic to! 


     Spytacie może dlaczego się zgodziłam? Skoro wiem...
Ano powodów jest kilka.
      Nie najważniejszym powodem jest gaża - dość wysoka, ale...pieniądze szczęścia nie dają w końcu.
Choć niewątpliwie są mi potrzebne, zwłaszcza teraz, gdy zakończyłam pracę w jednej z najbardziej zakłamanych i pełnej intryg instytucji kultury, która ma tyle wspólnego z kulturą przez duże "K" co...świnia z niebem:)
     Ale to tak mimochodem. W końcu czas się pogodzić , że instytucje krzewienia kultury publicznej (utrzymywane nota bene z naszych podatków) są obecnie bardziej instytucjami wysoce skomercjalizowanymi (więcej menadżerów i promujących niż prawdziwych artystów i pracowników naukowych z prawdziwego zdarzenia) i stawia się tam raczej na rozgłos i przyciągnięcie odbiorcy metodą podania skandalizującej miernoty.
      Najważniejszym powodem jest jednak zajęcie mojego stanowiska w sprawie....
Ale tego już powiedzieć nie mogę. 


      W każdym razie temat dotyczy pośrednio dzieci - istot czystych, niewinnych, nietykalnych i świętych. Istot, których będę zawsze bronić, gdy widzę zagrożenia zmierzające w ich kierunku.
A takie zagrożena właśnie widzę i to od dawna. 
      Popatrzcie moi mili, niezależnie od oceny wiarygodności źródła...
Ale warto się przynajmniej nad tym tematem pochylić...Bo jeśli jest to prawdą, to....
(…) Na konferencji w Cambridge promowano pedofilię. Uznano, że jest to skłonność „naturalna i normalna dla mężczyzn”. Czy po homoseksualizmie przyszedł czas na legalizację seksu z dziećmi?!

 „Pedofilskie zainteresowania są naturalne dla mężczyzn” – stwierdzono na konferencji, która odbyła się uniwersytecie w Cambridge. „Przynajmniej znaczna mniejszość normalnych mężczyzn chciałaby uprawiać seks z dziećmi… Normalni mężczyźni są podniecani przez dzieci” – mówiono.

 Oczywiście, zgromadzeni na konferencji w Cambridge nie mówili jeszcze o stosunkach z małymi dziećmi. Wprowadzono tu rozmywające sedno sprawy pojęcie jak hebefilia, a więc skłonność do kontaktów seksualnych z osobami w wieku dojrzewania (11-14 lat).(…)
(…)...) Brytyjski dziennik „The Telegraph” przypomina, że w świecie uczonych kwestia pedofilii jest coraz częściej uznawana za dyskryminowaną. Pedofile zaczynają być opisywani jako… kochające i całkiem normalne osoby. Dziennik przytacza opinię emerytowanego profesora z Essex, Kena Plummera.

 Pisał on w ten sposób: „Pedofilom mówi się, że są uwodzicielami i gwałcicielami dzieci; jednak oni wiedzą, że ich doświadczenia są często pełne miłości i delikatne. Mówi się im, że dzieci są czyste i niewinne, wyzbyte seksualności. Jednak oni wiedzą z własnych doświadczeń w dzieciństwie i od dzieci, które spotykają, że to nie jest prawda”.

 Ken Plummer dodaje też, że „izolacja, tajemniczość, wina i strach wielu pedofilów” są tak naprawdę efektem… „ekstremalnej społecznej represji”, która dotyka mniejszości.  (…)
http://www.fronda.pl/a/cambridge-promuje-pedofilie,39297.html


I to by było na tyle - jakby to podsumował Jan Tadeusz Stanisławski.

      I jeszcze jedno, mogę Wam obiecać, że Grusia nigdy się nie podda i darmo swojej skórki nie odda.
Może zrobią z Grusi kompot, ale na pewno nie marmEladę! Howgh!




     A tak przy okazji...To jak ja mam się ubrać?
Na  "Alegancko" czy na eko (na bosaka, naturalna sukmana) czy może na Cygankę? Albo na Żydówkę????A może na ekscentryczkę - wielka biżuteria i kapelusz w postaci statku Kolumba - mini repliki żaglowca Santa Maria z XV w.?????????????????????????

środa, 25 czerwca 2014

Numerki

     Ja to jestem taki sobie cebulak.
Minimalistka znaczy.
     Nie imponuje mi blichtr, ten cały świat ciągłego udawania, konkurencji, intryg i przybierania póz oraz zakładania tysiąca masek na różne okazje...
     Jestem jedna, taka ot, gruszkowata, niezmienna i jednakowa w różnych sytuacjach.
Kwitną sady, potem owocują, idzie zima, a Grucha jest jedna, Gruchy nic nie rusza!
    Konta w banku nie miałam do tej pory bo po co? Byłam upoważniona i tyle! Po co mi jeszcze jedno zawracanie głowy, jak można sobie w tym czasie pomyśleć o niczym i popatrzeć w chmury...
    Dzisiejszy świat to świat numerków. I wszystko trzeba pamiętać!
Wejść do własnego domu nie można jak się nie wybije kodu w domofonie!
    Te wszystkie hasła i loginy na różne okazje!
Proszę bardzo - poczta elektroniczna? Charaszo, ale pod warunkiem, że masz login i hasło! I je pamiętasz!
     Te wszystkie kody, piny, oszaleć można!
W robocie też mam kody dostępu!
     No ale o czym to ja chciałam? Ahaaaa...O tym koncie w banku. Że mi kazali otworzyć osobiste!
Tragedia! Następny kłopot i zaprzątanie pamięci.
    No ale cóż, pan każe, sługa musi. Otworzyłam sobie tam, gdzie ma większość Polaków obecnie. Wiadomo gdzie :)
    Choć teraz jest taki LekRamowany drugi bank, na którym się wręcz zarabia! Już widzę to zarabianie!
Konto, karta, przelew, 3 % i tyle hehe Co to ten aktor od księdza Popiełuszki reklamuje, wstydził by się tak chałturzyć!
     No mniejsza...
Dziś jestem ci ja w Biedronce, stoję pomiędzy regałem z nabiałem a regałem ze słodyczami a tu...z butów wyrwał mnie sygnał znanej mi aż za dobrze melodyjki mojego komórczaka.
Ki ciort? - myślę...Ale nic, odebrać wypada...
- Halo?
- Witam panią, Małgorzata P....a z tej strony... - odezwał się profesjonalny głosik.
A dalej to już był słowotok. Pani nadawała planowo, składnie i szybko w tempie karabinu maszynowego.          Nie zrozumiałam nic...
A brzmiało to mniej więcej tak: -blebleblebleblekartableblebleblebleaktywacjableblebleblestozłotychbleblebleble itd.
Na końcu nastąpiło coś takiego: bleblebleblebleblebleble??????
Z intonacji wywnioskowałam, że pani pyta mnie o coś...
- Słucham? - upewniłam się bo nic a nic nie zrozumiałam, tym bardziej, że z paletą podjechali z sałatkami...
     Pani lekko się poirytowała, ale zaczęła znów: blablebleblebleble?????
- Proszę pani, może pani powtórzyć ostatnie zdanie, bo nie dosłyszałam? (guzik prawda, po prostu nie zrozumiełam, ale wstyd się przyznać do niezrozumienia nowomowy!)
- Blebleblebleblebleblebleblebleble. Bleblebleabytegouniknąćbleblebleble. Blebleble?
I znów nic nie zrozumiałam...
- To ja bym wolała tę pierwszą opcję - powiedziałam niepewnym głosem.
- Blebleble - pani zwiększyła tempo nadawania, teraz brzmiało to jak tokowanie cietrzewia - blebleblebleble? - padło na koniec pytanie. Chyba. Tak, na pewno pytała mnie o coś...
- A czy to, co pani teraz mówi można na stronie banku znaleźć?
- Tak, ale ja muszę poinformować klienta! - stwierdziła pani zdecydowanym głosem - chodzi też o weryfikację tożsamości!
- Proszę pani, a niech sobie pani weryfikuje, ale niech mnie pani nie pyta o żadne numerki bo nie pamiętam! - zastrzegłam kategorycznie.
A potem to już było dalej: blebleblebleblebleblebleble itd długo dość...
     Wywnioskowałam, że pani oczekuje ode mnie podjęcia WAŻNEJ i DECYDUJĄCEJ decyzji między półką z serami a półką z żelkami Haribo.
Decyzji, która może zaważyć o mojej przyszłości!!!
- Proszę pani, słabo panią słyszę - powiedziałam szeleszcząc opakowaniem z sałatą - chyba tracę zasięg!
- To kiedy mogę do pani zadzwonić? - ostatkiem sił wystękała pani już nieco zrezygnowanym głosem.
- Jutro o 9.00!
- A można dziesięć po?
- Można i miłego dnia pani życzę i do usłyszenia! - powiedziałam zdecydowanym głosem oddychając z ulgą, że się baby pozbywam.
     Z nerw brzuch mnie rozbolał, ale syn powiedział: mama, na nic się nie zgadzaj!
Nie ma to jak porada fachowca - krótka i zrozumiała:)))))))



P.S. Pani ma zadzwonić jutro rano. Przypominam. He!
Może by tak nie odbierać????

czwartek, 19 czerwca 2014

Kopciuszek w pałacu

      W zasadzie to nic nie mam do powiedzenia ciekawego. Jak zwykle...
Ot, szarość życia, monotonia, nuda...Schemat, rutyna, szablon...
Znacie to?
     Owoż "cakiem cakowicie" (jak mawiał Kolega Kierownik u Jacka Fedorowicza w "Sześćdziesiątce") przypadkowo trafiłam sobie do znanego ekskluzywnego warszawskiego hotelu czterogwiazdkowego. W konkretnym celu zresztą. No, w celu, powiedzmy spotkania, ale mniejsza z tym...
      Ja jestem człowiek skromny, minimalistka, w tego typu przybytkach nieobyta.
Ale jak trzeba, to trzeba. Z obrzydzeniem.
      Nie znioszę tego szpanu, blichtru, tych nadętych min  niektórych gości, tych zwierciadeł w eleganckim halu, srebrzystych kilkunasu wind, labiryntów korytarzy...
      Ugrzecznionych, sztucznych uśmieszków przyklejonych do wysztafirowanych twarzyczek, wpisanych zresztą w obowiązek służbowy pracowników. Zero szczerości...
       Ano cóż. Ubrałam się elegancko - bluzeczka ze straganiku od pana Pawełka, spódniczka pamiętająca czasy króla Ćwieczka..A w ..nosie to mam! Jak się nie podoba, niech się nie patrzą!
Reklamówa w dłoń i tyle!
      Stanęłam sobie skromnie jako ta Stefcia Rudecka w komnacie zamkowej - u Mniszkówny, albo jak taki Kopciuszek w Hollywood i....poczułam się nieswojo...
Ale co tam!
     Panienka na portierni wyglądała prawie normalnie i gadała w moim ojczystym języku!
Ano powiedziałam co, jak, do kogo i że ja nietutejsza hehehe
     Panienka uśmiechnęła się karminem ustek swych, tak jakoś...bardziej po ludzku...Mniej służbowo znaczy...Jakby na chwilę zrobiła sobie przerwę w pracy, takiego spontana. Na lajciku.
     Zaanonsowała mnie w odpowiednim pokoiku i uzyskawszy potwierdzenie przystąpiła do dalszych kroków procedury.
      Powiodła mnie ku windzie, zaprosiła do właściwej, wsunęła kartę w dziurkę i nacisnęła pięterko 35.
Ano jadziem.
      Po kilkunastu sekundach winda się zatrzymała, a ja znalazłam się w nieznanym korytarzu...Poczułam się cokolwiek nieswojo, jak to w obcym miejscu bywa, ale zaczęłam szukać pokoju o wskazanym numerku...Niestety, takowego nie było!
      Pomyślałam chwilę i w swoim genialnym umyśle odkryłam straszliwą prawdę! To nie było TO piętro!Po prostu na początku każdego numerku była liczba nie "35" lecz "34"!
      Cóż robić? Szukać klatki schodowej? Przecie w takim miejscu tylko idiota chodzi schodami! 
Właśnie mijał mnie mężczyzna ubrany w śnieżnobiały szlafrok. Urodę miał coś a la młody Banderas skrzyżowany z młodym Iglesiasem (tatą). Uśmiech bardziej biały od szlafroka, cera oliwkowa...
Nie do mnie zresztą chyba był ten uśmiech adresowany, tak myślę.
Ale na wszelki wypadek "spiekłam raka":)
       W panice skryłam się w windzie z powrotem i zaczęłam wyciskać przycisk z numerkiem "35". Z całych sił!
Jak myślicie, czy winda ruszyła?
Oczywiście, że nie! Zresztą na to i nie liczyłam! Karty nie miałam.
      I tak winda zaczęła sobie jeździć -  ze mną w lśniącym wnętrzu. 
Wsiadł jakiś ugarniturowany dżentelmen. Popatrzył na moją zastrachaną minę...
- Du ju spik inglisz? - spytał ugrzecznionym tonem z lekkim oksfordzkim akcentem
- Noł - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, mrucząc coś do siebie w ojczystym języku...
Podjechał ze mną ze dwa piętra, po czym wysiadł usiłując coś mi wytłumaczyć po angielsku.
- Tsenkju! - rzuciłam, starając się fachowo trzymać język między zębami, by wyszło naturalnie.
Spojrzał na mnie zdziwiony. Pewnie nie znał angielskiego literackiego!
       Zostałam sama w windzie...
Klatka ruszyła i ze trzy piętra niżej zatrzymała się by wpuścić parę niemłodych ludzi.
      Ona była niezbyt urodziwa, ale miała poważną zaletę: znała język polski. On, jak się okazało za chwilę też, marnie bo marnie ale zawsze...
- Ty nie mieć karteczki! Ty nie ruszyć! - odezwał się ze swadą.
- Jes, ja nie mieć karteczki - potwierdziłam automatycznie.
- O, to niedobrze, musi pani zjechać na sam dół na recepcję i wjechać raz jeszcze.
       Oczywiście. Tyle to ja sama wiem.
Podziękowałam jednak łaskawym uśmiechem.
       Znów recepcja w cudownym zwierciadlano-srebrzystym, rzęsiście oświetlonym hollu...
Tym razem "mojej" panienki nie było tylko jakiś śniadawy nie - Polak. 
      Zameldowałam się raz jeszcze. Spojrzał podejrzliwie na moją torbę. Pewnie myślał, żem terrorystka.
I tak dobrze , że brygady antyterrorystycznej od raz nie zawezwał!
      Potem było już z górki. Powiedziałam, że błędnie mi zaprogramowano windę (niech se nie myślą, że mnie zmylą te cudowności, jak bałagan mają!). 
      Pan coś tam chrząkał w języku podobnym do polskiego.
Spojrzałam na niego z naganą.
W POLSCE się mówi porządnie po polsku - pomyślałam - było się uczyć języków, ciućmoku! 









czwartek, 22 maja 2014

Holter

     Ja już kiedyś pisałam: nienawidzę chodzić do lekarzy!
Po prostu nie znoszę!
     To czekanie w poczekalni, potem gabinet waniający jakimiś środkami dezynfekcyjnymi, lekami...
W szpitalu byłam jak rodziłam moje skarbuńki i też miałam dość tej krwi, tego cierpienia...To było dawno, dawno temu, gdzieś w okolicach epoki węgla...
     Ale w zasadzie to aż tak wiele raczej się nie zmieniło...
Raz byłam też w hospitalizowana dni paręnaście przy innej okazji. Rzucałam kapciami w robaki w nocy.
    Robaki łaziły po ścianach i suficie...Nie lubię jak coś łazi po mnie, taka dziwna jestem:)
Jednak trzeba przyznać, że niektóre placówki są obecnie zadbane, odnowione, wyremontowane, ale i tak nie lubię tych miejsc bo tam można gronkowca "zaliczyć". Albo mogą coś zdrowego człowiekowi wyciąć!
    Te wszystkie badania, urządzenia, które robią ludziom "kuku", te tomografy, rentgeny, holtery, rozruszniki, sztuczne stawy..



Ano właśnie...
Moja koleżanka Bożenka opowiedziała dziś taką oto historyjkę "z życia wziętą", którą przytaczam w wersji oryginalnej, za zgodą autorki.

Podczas kontrolnej wizyty u dochtorka, coś usłyszał w moim sercu, co mu się nie spodobało i trzy dni temu założyli mi coś na wzór holtera
( nie wiem jak to się pisze?), ale jest mniejsze, ma dwie elektrody przymocowane w okolicach pompki, kable łączące z nagrywarką, która jest przymocowana jak komórka do paska spodni. Pojemność pamięci przy normalnej pracy serca, powinna wystarczyć na 24 godz i jak już jest pełna, to załącza się czerwona pulsacyjna dioda i co chwilę wydaje ostry dźwięk.
Byłam wczoraj akurat w sklepie, kiedy ta łajza się zaczęła upominać o opróżnienie- ten monitor mam przykryty bluzką, ale nawet przez nią było widać to mrugające czerwone światełko, echo niosło to pi,pi,pi.......
Ludzie zaczęli przede mną uciekać patrząc w popłochu na bluzkę spod której jakoś wymknęły się na domiar wszystkiego 2 kabelki!
Taka matka łapnęła dzieciaka w wieku Komarka na ręce i biegiem ruszyła do wyjścia szarpiąc swoją koleżankę, która zastygła patrząc na te moje atrybuty. W jednej chwili dookoła mnie było puściutko!
Przyszło mi do głowy, że zaraz mnie otoczą z ochrony i wsadzą do pierdla jako terrorystkę- jak tylko o tym pomyślałam, to też inteligencję przerzuciłam w nogi i uciekłam wzorem innych z tego sklepu:)


:)))

poniedziałek, 19 maja 2014

Książki mojego dzieciństwa - Dziesięć miast

Książeczka "Dziesięć miast".
Tytuł oryginalny "Le dieci città".
Autor: Argilli Marcello.
      Często wspominam tę lekturę dla dzieci....
Dlaczego? Spróbuję to Wam zreferować, drodzy moi Czytelnicy...
      Książeczka zawiera dziesięć opowiadań. Każde z nich jest krótkim przedstawieniem jednego, fikcyjnego miejsca - miasteczka. 
      Miasteczek tych nie uświadczysz nigdzie na kuli ziemskiej, a noszą one bardzo dziwne nazwy: jest Poezjogród, Policjopolis...Niestety więcej nazw nie pamiętam, a szkoda...
      Co w książce jest godnego uwagi? Ano...dydaktyczne przesłanie.
Przesłanie tak ważne we wszelkiego rodzaju bajkach, opowiadaniach,przypowieściach, balladach...
      Zawsze tak było, jest i będzie, że autorzy poprzez jakąś konkretną treść, starali się przekazać coś więcej, coś co zawsze jest "pod podszewką",a czego się domyślić nietrudno...Jeśli tylko się chce i ma się pewną...wrażliwość...Dotyczy to także dzieci.
      Oto jedno z miast, szczególnie bliskie memu sercu, Poezjogród.
Wszyscy tam mieli obowiązek mówienia rymem, co było wręcz regulowane prawnie. Ale mieszkańcom wcale nie było z tym źle, czynili to wręcz z ochotą, gdyż ambicją każdego z nich było uzewnętrznienie swojej poetyckiej duszy i ubranie w słowa poezji, codzienności - zakupu bułeczek w sklepiku, jazdy tramwajem, powitań z sąsiadami, a nawet...kłótni :)
      Jednak mieszkała tam jedna mała dziewczynka, która miała dobry charakter, była życzliwa dla ludzi, ale największym jej problemem było, że nijak nie mogła sobie poradzić z rymami.
A przecież w tym mieście, było to hańbą...
    Gdy np. starała się powiedzieć koleżance coś miłego mówiła:

Jaka ładna sukieneczka
wiesz, wyglądasz w niej jak beczka

zamiast "wyglądasz w niej jak laleczka", co myślała.

       I koleżanka obrażała się na nią, okręcając się na pięcie i odchodząc.
I tak było zawsze.
      Ciągłe nieporozumienia i gniewy: w domu, w szkole, na ulicy...
Została uznana za niesympatyczną, wręcz niesforną. Sąsiedzi jej unikali, rodzice krzyczeli i złościli się na nią, nie miała koleżanek....
      Aż raz tak zabrnęła w swoich pomyłkach, że wzięto ją za terrorystkę z bombą!
Zaaresztowano i doprowadzono przed oblicze prokuratora, by wydał na nią surowy wyrok.
      Ale ten był najwspanialszym z poetów i od razu zrozumiał w czym jest problem.
Popatrzył na zapłakaną buzię dziewczynki, przez nikogo nie zrozumianej i powiedział (oczywiście wierszem), że osóbka ta, jest niewinna, że ma dobre serduszko, kocha ludzi, nie jest żadną terrorystką, a całą jej "winą" jest to, że nie może sobie poradzić z rymami.
     Uświadomił też mieszkańcom, domagającym się dla niej surowej kary, że prawdziwą duszę poety ma ten, kto nie patrzy tylko na słowa i prawidłowość rymów, lecz zagląda w serce, bo słowa nie są aż tak ważne, lecz to, co ktoś czuje, myśli i jakie ma intencje.
      I wtedy mieszkańcy miasteczka bardzo się zawstydzili, bo wyszło na jaw, że byli poetami bardzo powierzchownymi, skoro nie potrafili zrozumieć dziewczynki i jej docenić.
     Od tej pory już wszystko było dobrze, a mała mieszkanka miasteczka została zrozumiana, dowartościowana i była w końcu szczęśliwa. 
     I nawet gdy z rymami było coś nie tak, bo jej problem trwał nadal i tu nic się nie zmieniło, nikt już nie miał do niej pretensji.
     To piękne opowiadanie, daje nam naukę. Myślę, że wiecie jaką, prawda?
Inne opisane miasteczko było sportowe. Tam wszyscy uprawiali jakąś dyscyplinę sportu, a nawet zwyczajne czynności związane były z biegiem, skokiem, rzucaniem itd.
     W miasteczku mieszkał chłopiec, który chciał zostać mistrzem piłki nożnej, ale nie bardzo miał ku temu warunki i choć pilnie trenował, nie odnosił sukcesów.
     Pewnego dnia dostał od tajemniczej staruszki zaczarowane buty do gry w piłkę...
Co było dalej? Nie powiem. Sami sprawdźcie. Książki są dostępne na Allegro! :)
     Proponuję zdobyć i przeczytać.
Super opisanym miejscem, zdecydowanie niegodnym naśladowania było miasto Policjopolis, gdzie wszyscy wszystkich szpiegowali i podsłuchiwali...Cóż...może to jakieś przesłanie związane z obecną rzeczywistością?




Jednym słowem, polecam lekturę i to nie tylko dzieciom!





niedziela, 18 maja 2014

Jola

     Jola...Nie była ładna. A właściwie to była zdecydowanie nieładna. A nawet bardziej niż nieładna. Do tego brudna i brzydko pachniała. A miała już czternaście lat!
Widać nie lubiła się myć...
     Dziewczynka była w dodatku bardzo otyła, zwały sadła odznaczały się i uwydatniały pod opiętymi elastycznymi bluzkami.
     W dodatku Jola cały czas ruszała ustami. Coś jadła. Jej szczęki poruszały się rytmicznie i bardzo szybko. Czasem też przeżuwała albo popijała jakiś napój, najczęściej oranżadę. Nigdy nie pozostawała obojętna wobec jedzenia i picia.
- Mariolka (tak wołali na nią rodzice), idź do zielonej budki, kup wodę sodową, ser biały, jabłka, ze czterdzieści deka kapusty kwaszonej, takiej dobrej, na surówkę na obiad! - mama wręczała jej porcelanową miseczkę.
     Jola szła. Po drodze zjadała większą część kapusty, wypijała prosto z syfonu z połowę wody, serka też nie omieszkała spróbować...Taki miała apetyt niepohamowany ta Jolcia...
      Dziewczynka pochodziła z domu inteligencji pracującej - matka, piękna i wykształcona kobieta, o jasnych oczach i długich włosach. Córka była zupełnie niepodobna do niej. Ani z urody, ani tym bardziej z intelektu.
     Tata - jego troszkę córka przypominała, ale tylko z wyglądu...Niestety. Pracował w banku i zajmował tam jedno z kierowniczych stanowisk.
      Dziewczyna była jedynaczką, rodzice kochali ją szalenie i bezgranicznie. Byli ślepi na jej wyskoki i złe zachowania.  I tak była oczkiem w głowie całej rodziny.
      Zapracowani - matka i ojciec nie wiedzieli o wielu sprawkach swojej ukochanej jedynaczki, pozostawała ona sama po szkole na długie godziny w wypielęgnowanym, urządzonym drogo, mieszkaniu. Miała swój pokoik umeblowany ze smakiem, w nim szafę z tonami garderoby. Robiła co chciała i co jej podpowiadał umysł...
      W wieku lat trzynastu paliła regularnie papierosy, a namiętność ta stopniowo rozwijała się w nałóg.
Tak w ogóle, to pomimo, że chodziła do normalnej szkoły, z jej umysłem nie całkiem było wszystko w porządku. Miała wielkie trudności w zapamiętywaniu i w zrozumieniu lekcji, tak, że rodzice, a szczególnie tata, byli bardzo zaangażowani w pomoc dla niej - w różnych formach, aby swoją córkę przepychać z klasy do klasy...
     Pewnego dnia Mariolka...Ale zacznijmy od początku.
Dziewczynka bardzo wcześnie zainteresowała się seksem. Pierwsze epizody były sporadyczne, niby nieszkodliwe, ot całowała się z kolegami z klasy, dla nich to były żarty...
      Strzelali jej na lekcji z gumki od biustonosza, albo wołali za nią: Jola, chcesz polatać? Taki zgryw...Czasem któryś złapał za biust...Na ogół drugoroczny Jacek albo Julek z rodziny patologicznej...
       Ona była w siódmym niebie. Czuła zainteresowanie.
W wieku piętnastu lat zrobiła TO po raz pierwszy. Z jakimś dziesięć lat starszym facetem...Poznała go...na ulicy...
      A potem...Potem to już szukała okazji. Lubiła to, interesowało ją to...
O okazję nie było trudno, idąc ulicą w mini (nogi miała dość zgrabne, umięśnione) wielu mężczyzn zwracało na nią uwagę. Cóż, prawdę powiedziawszy nie z powodu jej urody...Była nadal otyła, ćlamkała lizaki, lody, jadła na ulicy zapiekanki, buzię miała zawsze umorusaną, ulepioną...niczym małe dziecko. Ponadto gapiła się, oglądała...No i czasem bywała podpita...
      Mirka poznała w wieku lat osiemnastu. Miała za sobą już bogatą przeszłość erotyczną.
Był w mundurze Kościuszkowców. Na pierwszej "randce" zrobiła to z nim w krzakach. Potem przespała się z jego kolegą, z którym sam ją zapoznał, też bardzo szybko, tego samego dnia...
      A później odwiedziła chłopaków w jednostce. I tam...Wóda - bo alkohol obok papierosów to było to, co Mariolka lubiła bardzo - i...jakoś tak, że z opasłego ciała dziewczyny skorzystało pięciu szeregowców plus jeden zawodowy nieco wyższej rangi...Może kapral?
     Rodzice się dowiedzieli. Wytoczyli w jej imieniu proces jednostce, tata miał znajomości...
Uzyskali niemałe odszkodowanie, kupili kolorowy telewizor, meble zmienili...Przeszło bez większego echa...Wszyscy  wiedzieli, ale zapomnieli po jakimś czasie...
     A potem Jola skończyła szkołę zawodową. Ledwo, ledwo, tata pomógł. Korepetycje, prezenty...
     Praca. Ze względu na ojca, z łatwością dostała niezłe stanowisko w banku. Tata postarał się, by nie ponosiła zbytniej odpowiedzialności, załatwił jakiś "nadzór" nad nią. Może troszkę zapłacił... Pensję miała niezbyt wygórowaną, ale przyzwoitą...
       Pewnego dnia, a miała wówczas lat 22 , poznała Romka...
Romek, dziesięć lat starszy, robotnik na budowie, był rozwiedziony, miał dwójkę dzieci...
     Ponadto...był wyjątkowo nieatrakcyjny z wyglądu. Twarz z dziobami, bardzo niski, mocno przerzedzone włosiny koloru siana...Ale Joli to wcale nie przeszkadzało! Od razu zaczęła zabiegać o jego względy, a współżyć regularnie rozpoczęli natychmiastowo. 
      Oczywiście ciąża nastąpiła dość szybko...Romek niby uważał, ale Jola...Cóż...
Rodzice urządzili wspaniałe wesele. Ślub - tylko cywilny - w Pałacu Ślubów. Mariolka miała piękną, krótką suknię koloru łososiowego i pękatą wiązankę z frezji. Romek - elegancki, stalowoszary garnitur - kupiony przez teściów. Wszystko dla ich jedynaczki, byle była szczęśliwa!
      Na świat przyszła Marzenka. Podobna do matki jak "kropla wody"...
Jola kochała córeczkę, ale...jeszcze bardziej kochała swobodę. Nie potrafiła zresztą się zajmować dzieckiem...Często pochylała się nad maleńką, kilkumiesięczną Marzenką z papierosem w ustach...
     Babcia i dziadek, w miarę możliwości, wyręczali ich jedynaczkę w opiece nad córeczką, także pomagali "młodym" finansowo...Kupili im mieszkanie dwupokojowe w pobliżu, pomagali Mariolce w prowadzeniu gospodarstwa...Robili co tylko mogli. 
      Romek pił coraz więcej. Zresztą pił od zawsze. Teraz miał za co, bo źle im się nie powodziło. Jego zarobki szły w części na pokrycie alimentów, ale Jola zarabiała całkiem, całkiem, plus pomoc hojnych teściów....
       Często wybuchały kłótnie i awantury. Romek bywał coraz mniej w domu, podobno miał "babę" na boku, a Jola...też jakoś sobie radziła...Jak kiedyś, nie stroniła od przygodnych znajomości.
       Rozwód nastąpił gdy Marzenka miała sześć lat...
Rodzice nadal córce pomagali. Biedna, porzucona...
     Marzenka rosła jak na drożdżach, otaczana miłością...głównie dziadków. Jola miała swoje sprawy, swoje życie...
        Dziecko było wybitnie zdolne. Już w podstawówce wykazywało wyjątkowe talenty. Do matki podobna z twarzy, natomiast intelektualnie "poszła"...chyba w dziadków.
     Nie była też otyła, delikatną, zgrabną figurą przypominała swoją piękną babcię Marię. Miała długie włosy i inteligentne, bystre spojrzenie.
      Jej zdolności były liczne: muzyka (grała na pianinie), pięknie rysowała i malowała, pisała ciekawe wypracowania, a nawet...wiersze. Miała też zmysł matematyczny.
     W siódmej i ósmej klasie brała udział w olimpiadach. Zajmowała dobre miejsca. Miała nawet jedno pierwsze - z matematyki.
       Prócz tego dziewczynka była: mądra, zaradna, samodzielna, miała dobre serce i wyobraźnię. I bogate życie wewnętrzne. Zawsze otwarta na potrzeby innych, koleżeńska i lubiana.
     Minęły lata. Jola posiwiała, postarzała się, zaczęła niedomagać. Jej ojciec dawno zmarł - na serce, mama była schorowana mocno...
     Marzenka zajmowała się troskliwie i matką i babcią... 

     Aha, jeszcze jedno...Marzenka skończyła studia prawnicze i...filozofię.
Wyszła szczęśliwie za mąż za prawnika, ma dwoje dzieci , którym razem z mężem Markiem, stworzyli wspaniały dom.
     Prowadzą jedną z najbardziej znanych w Warszawie kancelarii.
     


piątek, 16 maja 2014

Kluski

     Kubuś uwielbiał kluchy. Lubił je od dzieciństwa.
Kluski kochał pasjami i to wszystkie, to znaczy różne ich rodzaje : kopytka, kładzione, makaron, pyzy, śląskie..
     We wczesnym dzieciństwie mały Kubuś jeździł na wioskę - do Klimentowic, niedaleko Lublina.
Tam mieszkał z matką i ojcem w domu ciotki.
      Za domem był mały ogródek kwietno-warzywny, a dalej bezkresne pola, pola, pola...
W zasadzie był ich kres - sięgały aż do odległego lasu. Dla małego Jakubka jednak były to nieskończone przestrzenie pasów zieleni.
     Rosły tam zagony truskawek, całe plantacje malin i czarnych porzeczek.
Były też uparwy chmielu, który mały chłopczyk z wielkim zaangażowaniem pomagał zbierać. Zresztą pomagał jak potrafił także w innych pracach: karmił kury, kopał ziemniaki...
     Wioska była niewielka, stały tam drewniane domy, ale także murowane. Z daleka widać było stojący na górce,  stary, zabytkowy kościółek.
Tyle pamiętał z dzieciństwa Jakub.
     No i te kluski...Nie była to potrawa ani skomplikowana, ani pracochłonna, ani droga...
Pracujący w polu nie mieli czasu na gotowanie czegoś wykwintnego...





     Ot, brało się dużą michę, wsypywało do niej mąkę, dolewało wody...Gdy masa zgęstniała odpowiednio i przybrała stosowną konsystencję, kładło się zgrabne, "wycięte" ostrym brzegiem łychy, uformowane w kształcie łezki, kluseczki na osolony wrzątek. Po ugotowaniu polewało się je skwarkami, posypując szczodrze białym serem. 



     Potrawa prosta, mało wartościowa i niezdrowa, ale pożywna i smaczna.  Na swój sposób.
     A co najważniejsze, kojarzyła się Kubusiowi, już później, w życiu dorosłym, ze szczęśliwymi latami dzieciństwa.
Gdy jadł owe kluchy kładzione, przyrządzane (!!!!!!!!) przez mamę, zapijane kefirkiem, widział oczami duszy te rozległe pola i zagony. I to było to!
      Wspominał drewniany dom babci, dom ciotki, wieczory chłodne i ciche, odległe szczekanie psa i księżyc który tak jasno świecił tylko tam, w Klimentowicach.
     Przypominał sobie zapach drewna w chałupie babci, mdlącą woń krzaków czarnych porzeczek, bajeczny i cudowny zapach maciejki,  posianej w przydomowym ogródku, którą czuło się tylko wieczorem...
     Malwy kiwały się koło płotu, słoneczniki odwracały do słońca swoje tarcze, a małe ptaszki fruwały nad polem...
Właściwie co to były za ptaki? - zastanawiał się czasem Jakub. I zaraz sam sobie odpowiadał - jaskółki i skowronki. Tak, to były czasy beztroski...
      Kubuś ożenił się w wieku trzydziestu lat. Wziął sobie za żonę pannę energiczną i zdecydowaną.
Był szczęśliwy. Wiedział, że zawsze w domu ktoś na niego czeka...
     Bardzo brakowało mu jednak smaku tych klusek....Jego mamy już wtedy nie było...
Powiecie może: nie miał poważniejszych marzeń? Nie miał czego wymyślić?
     Oczywiście, w dorosłym życiu Jakub miał już problemy i troski, ale....cały czas myślał o tych kluskach...
Urosły one w jego wyobraźni na miarę symbolu: wolności, beztroski. swobody....Stały się jak sztandar dla wojownika średniowiecznego, jak transparent w pochodzie pierwszomajowym w czasie PRL-u, jak ikona, jak...
      Kaśka, jego żona, troszkę go lubiła. Gdy zaraz po ślubie pojechali do Klimentowic, Kubuś nieśmiało poprosił swoją cioteczną siostrę, matkę trzech uroczych córeczek, o przyrządzenie mu owych klusek.
- Nie ma problemu - powiedziała ona z uśmiechem.
Nastawiła gar wody...Po kilkunastu minutach Jakub siedział za stołem z uszczęśliwioną miną. Spełniło się jego marzenie.
      Kasia była niezłą kucharką. Obserwowała jak Alicja gotuje kluchy. Potem widziała zachwyconą minę męża, gdy pałaszował potrawę z takim apetytem, jakby były to najpyszniejsze delicje, albo jakaś ambrozja na Olimpie.
      Raz postanowiła zrobić mężowi niespodziankę. a było to przed Świętami Bożego Narodzenia...
Wzięła porcelanową miskę, nasypała mąki Wrocławskiej, przygotowała serek i słoninkę do kraszenia. Był też kefirek. Wszystko przebiegało planowo, a mąż nie posiadał się z radości, gdy Katarzyna postawiła przed nim parującą michę z potrawą.
      Wdychał pachnącą parę unoszącą się z misy, a minę miał przy tym rozkoszną jakby był w "siódmym niebie". Zabrał się z entuzjazmem do jedzenia.
      Kasia stała akurat przy kuchni mieszając bigosik w wielkim garze..
Naraz z pokoju posłyszała jakiś krzyk....Nawet nie krzyk, a jęk rozpaczy i bólu! Niczym ryk zranionego łosia u Szekspira!
     Wpadła zaniepokojona do pokoju. Jej małżonek siedział przy stole trzymając się za szczękę.
- Co ci się stało? - krzyknęła Kaśka z niepokojem.
- Żąb! - wyjęczał Kuba.
- Co "ząb"? - dociekała ona.
- Żłamałem żąb! - boleściwie wystękał mąż z miną Piekarskiego na mękach. Albo jeszcze gorszą.
- Jak to? - zdziwiła się żona.
- Uuuuuuu! - odpowiedział jej on boleściwie.
- Ale na czym? - zdziwiła się kobieta.
- NA KLUSKU! - wyjęczał nieszczęśnik.
I dwa dni przed Świętami było szukanie stomatologa i niemały rachunek do zapłacenia.
     Do dziś dnia nie wiadomo, na czym tak naprawdę ząb został złamany...
Złośliwcy powiadają, że Kasia pomyliła pojemniczki i zamiast mąki nasypała do misy...GIPSU.