sobota, 31 stycznia 2015

Zygmuś

       Zygmuś urody był, jak to mówią, dość nienachalnej. Twarz pociągła jak u konia i takaż z wyglądu: wielkie zęby (mocno zepsute i pożółkłe od nikotyny), rozdęte nozdrza...
Gdy patrzyło się na niego, na usta cisnęło się, by wydać z siebie głos paszczą: IIIIIIHAAAAAAAHAAAAAAHAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!
         Był taki znany aktor francuski, doskonały komik - Fernandel.
No to Zygmuś wyglądał mniej więcej jak on:)



Stylizował się, co prawda, w sposób troszkę uwspółcześniony, ale podobieństwo jednak uderzało.
Rzadkie włoski koloru bylejakiego (chyba ciemny blond) ułożone w niedbałą mandolinkę, jakiś zszarzały podkoszulek i dżinsy z Pewexu dopełniały wizerunku  naszego amanta.
Spodnie, mocno sprane, opinały  dość zgrabną pupę i krzywe nogi.
        Dodam tylko jeszcze, że Zyga palił papierosy jeden za drugim no i...pił hektolitry kawy jak również inne trunki. Procentowe, oczywiście.
        Zygmuś, pomimo swojego nieatrakcyjnego wyglądu, miał wprost szalone powodzenie u kobiet, co było nie lada fenomenem.  Kobiety dosłownie "waliły" do niego drzwiami i oknami. A on skwapliwie z tego korzystał.
Był znanym podrywaczem i "kasownikiem":)
W zasadzie to on podrywać nawet nie musiał, on tylko "kasował".
        Gdzie się nie pokazał, zaraz obok pojawiały się bardzo piękne panie chętne do nawiązania "głębszej" znajomości, najlepiej trwającej "aż po grób".
         Kochały się w Zygmusiu najpiękniejsze dziewczyny stolicy. I okolic. I każda pragnęła go w końcu usidlić...
Jednej się to udało...
        Na imię miała Alinka i była piękna jak marzenie. Subtelna buzia bogini jak z obrazu Sandra Botticiellego Narodziny Venus - tylko włosy miała czarne jak skrzydło kruka.




         Delikatna uroda, wrażliwość, subtelność - to wszystko spowodowało się, że Zygmunt w końcu powiedział sakramentalne "tak".
           Alinka kochała swojego męża nad życie, była w niego zapatrzona do tego stopnia, że ślepa pozostała na te "lekkie" niedociągnięcia, których była świadkiem lub też tylko się ich domyślała.
         A mężuś korzystał z tego jej "zapatrzenia" w sposób nieograniczony.
W dochowaniu "miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej" wytrzymał może ze dwa lata. Akurat do momentu kiedy to przyszła na świat jego śliczna jak mama, córeczka - Gosia.
Zygmuś dopiero wtedy poczuł, że obowiązki męża i ojca są dla niego nie do uniesienia.
         Był człowiekiem szalenie towarzyskim, z wyjątkowym poczuciem humoru, nieudawanym luzem i młodzieńczej beztrosce, toteż dalej, mimo czterdziestki na karku, podobał się płci przeciwnej. I to bardzo.
          Muszę stwierdzić, że miał w sobie to coś...
Był w sposób oryginalny czarujący, a krzywe nóżki pod opiętymi dżinsami dodawały mu męskiego seksapeelu...Babki żyć mu nie dawały wydzwaniając do niego, proponując spotkania, czasem nachodząc w pracy...Wszystkie piękne, młode, zgrabne i...chętne.
        Zygmunt czasem odmawiał, a czasem wręcz przeciwnie.
Bywało, że na parę dni znikał z  domu, a Alinka...czekała.
          Czyniła mu wyrzuty, płakała, błagała, a na końcu on robił te swoje słodkie oczka jak u Johna Belushi'ego w roli Jake Bluesa w filmie Blues Brothers (scena kiedy to ścigająca go, narzeczona, której zwiał sprzed ołtarza, próbuje wymierzyć mu sprawiedliwość przy pomocy broni palnej czy tam miotacza) i wszystko cichło. I byli znów kochającą się parą.
        Do następnego razu, oczywiście.
I sytuacja znów się powtarzała...
I tak w koło Wojciechu...
         Zygmuś w domu był wspaniałym gospodarzem: zaradny, starowny, majsterkował, a nawet gotował.
A że miał wyjątkowo wybujały temperament, wszystko szło mu szybko i sprawnie. Nawet gdy bił schab na kotlety, to się kurzyło:)
      Zygmunt miał też szalone pomysły.
Raz skombinował dla swojej córeczki pieska. Śliczny to był okaz zwierzęcia: mordka sympatyczna, troszkę przypominał spaniela...Wariat jak...jego właścieciel.
         Może zresztą i nie był wariatem, ale przy takim panu jaki mu się trafił, to każdy by zwariował.
Wyjeżdżał wtedy Zygmunt na wczasy z rodziną. Co zrobić z psem?
         Decyzja była natychmiastowa: zostawić go mnie.
Wzbraniałam się, nie chciałam, ale tu nie było żadnej dyskusji, zostałam postawiona pod murem i już.
           Nie będę opisywać, jakie piekło przeszłam z tym Jogim (tak się wabiło to bydle). Pies cały czas mi uciekał i chciał się bawić. Musiałam rzucać mu kapcia (on to lubi! - przykazał mi Zygmunt przed wyjazdem) i w ogóle to...schudłam przez dwa tygodnie 4 kilo...Z nerwów i w wyniku aktywności fizycznej (ganianie psa).
Zygmuś był taki jakiś.. wzbudzający sympatię i...pobłażliwość. Krótko mówiąc, wszyscy go lubili, nikt nie odmawiał mu niczego, a w pracy, choć często zawodził (z powodu nadmiernego nadużywania napojów wyskokowych tudzież pociągu do dam, u których często zostawał na noc i w pracy następnego dnia się nie stawiał z powodu zmęczenia i niedyspozycji) wszyscy go kryli, usprawiedliwiali i patrzyli przez palce na jego niesubordynację.
        Co było potem z Zygą to nie wiem, wiem natomiast , że wyjechał do Stanów, podobno za chlebem...
Raz nawet do mnie dzwonił, był wtedy "na bani" i jawił się jako wyjątkowo szczery...
To znaczy...odradzał mi małżeństwo:)))))
Czyli, że życzył mi dobrze :D
       Taki właśnie był mój kolega Zygmuś....


sobota, 17 stycznia 2015

Róbta co chceta

       Często przemieszczam się publicznymi środkami komunikacji miejskiej, najczęściej tramwajami.
Nawet nie jest mi przykro z tego powodu, choć często cierpię niewygody - stanie w tłoku i wdychanie cudzych "zapaszków" (szczególnie latem jest czasem ciężko wytrzymać), hałas, kaszel i kichanie prosto w twarz lub w....szyję itp. Brrrrrrrr:)
      Bywa, ktoś na nodze stanie albo szturchnie torbą albo da "sójkę" w bok.
Ale w sumie to nie żałuję bo bilans zysków i strat wychodzi dodatnio. Oczywiście na korzyść tyhc pierwszych:)
       Tramwaj to doskonałe miejsce na obserwacje ludzi. 
A ludzi obserwuje zawsze, nawet bezwiednie, mimo woli. Koduję szczegóły ubioru, rysy twarzy, zachowania...
      Potem bardzo często spotykam tych samych ludzi w innym miejscu i odkrywam, że znam tę osobę, tylko...nie wiem skąd:)
       Ale dziś chciałam napisać o młodzieży.
Młodzież jest dobra, wspaniała i kochana.
Nieprawdą jest, że mamy złą młodzież, młodzież jest po prostu dokładnie taka, jaką ją wychowaliśmy/wychowujemy.
       Stoi chłopak z wielkim plecakiem na plecach w drzwiach tramwaju. Z tyłu napierają ludzie. Stoi, ani drgnie. W uszach słuchawki, muzyka głośna aż słychać naokoło. Przystanek. Ludzie chcą wysiadać. On nawet nie drgnie. Nie widzi, nie słyszy. Co go to? Ludzie się złoszczą. Niechętnie ustępuje z drogi nie zmieniając wyrazu twarzy - maski. 



       Dziewczyna młoda siedzi, a wzrok ma wlepiony w netbook. Czyta. Do szkoły jedzie, albo na studia. Szkoda czasu. Gdzieś z tyłu staruszka, ale ona tego nie widzi, musi przeczytać. ONA MUSI mieć miejsce! 
         Następny młody człowiek przebiera palcami na klawiaturze komórki. Puszcza SMS. Potem odbiera. Śmieje się do swojego nowoczesnego telefonu, czy częściej smartfonu. Jest całkowicie wyizolowany ze świata , który go otacza. Gdyby go spytać o to, czy wie kto stoi koło niego i wymienił przynajmniej jedną osobę - on nie będzie wiedział, nie potrafi. 


     Matka z dzieckiem w błękitnej czapeczce, staruszka z wielką torbą, dziewczynki jadące do szkoły podrygujące i zaśmiewające się beztrosko (pewnie szósta klasa), urzędniczka śpiesząca się do pracy, facet z brodą po czterdziestce, gimnazjalistka z plecakiem Nike... Ci wszyscy są dla niego ludźmi bez twarzy. Nic nieznacząca grupa. To nie są jego bliźni. Zresztą...nie ma powodu by się nimi interesować...
       Nie widzi więc, że stojąca obok kobieta nagle blednie, a na jej czole widać kropelki potu. Jest w drugim miesiącu ciąży...
       Oczywiście sytuację tę przedstawiłam troszkę przerysowaną.
Czy wiecie dlaczego?
Otóż dlatego, że bardzo często zastanawiam się nad tym, jaki wpływ ma rozwój cywilizacji, pęd życia i jego styl na relacje między ludźmi...
        Nie mamy czasu dla siebie. Boimy się siebie. Boimy się podejmowania zobowiązań i odpowiedzialności za siebie i...drugiego człowieka. 
Stąd też niechęć do wiązania się na stałe, na dobre i na złe, jak to się mówi "do grobowej deski". I mówię tu i o związkach sakramentalnych i o zwyczajnych "kontraktach" cywilnych. 
       Czy kiedyś młodzi ludzie zawierając związki małżeńskie myśleli o tak dziś modnych, intercyzach?
Szli "jak w dym" za głosem miłości, wierząc, że jest to na zawsze...
A dzisiaj?
Pobierają się (jeśli w ogóle) zakładając często, że...może się to wszystko zmienić bo w życiu bywa różnie...
Może się "wypalić", "przejeść", znudzić...Mąż pzestanie imponować, a żona okaże się płytką plotkarką i marną gospodynią.
     To znaczy, że co? Nie są pewni albo siebie, albo partnera, a więc nie są pewni łączącej ich miłości...
Miłości, która ma być cierpliwa, łaskawa, niezazdrosna, nieszukająca poklasku, nieunosząca się pychą, niedopuszczająca się bezwstydu, nieszukająca swego, nieunosząca się gniewem, niepamiętająca złego, nieciesząca się z niesprawiedliwości lecz współweseląca się z prawdą, wszystko znosząca, wierząca we wszystko i we wszystkim pokładająca nadzieję, wszystko przetrzymująca  i nigdy nie ustająca!
      Podobno mamy wolność. Podobno.
Jak z niej korzystamy? Właśnie tak.
Wszystko możemy prawie bez ograniczeń, nie musimy być odpowiedzialni ani konsekwentni, możemy zmieniać zdanie w zależności od sytuacji, nie uznajemy honoru i przyzwoitości....Nie ufamy, nie wierzymy, asekurujemy się. Jesteśmy ostrożni i zimno wyrachowani....
Nie dbamy o relacje międzyludzkie, chyba, że nam się to opłaca. 
        A w pracy bardzo często rozdzielają nas boksami, ściankami i możemy się porozumiewać tylko mailowo lub telefonicznie...Bo jesteśmy tylko...zasobem ludzkim, nie zaś ludźmi...
      Pokolenie ludzi "róbta co chceta", a raczej róbta to, co się wam opłaca...Róbta tak, by wam było dobrze. Jesteście bogiem dla siebie bo Boga nie ma. Wasz los jest w waszych rękach...
No to i robią...



poniedziałek, 1 grudnia 2014

Ząb do usunięcia

Miałam zamówioną wizytę u stomatologa. Na czwartek.
Sporo czekałam, ale udało się!
Chirurgia szczękowa. Muszę usunąć "ósemkę" na górze po lewej.
Przykra sprawa. Cóż....
Przeżywałam już od poniedziałku. A jakże!
Podzieliłam się więc z koleżankami z pracy swoim zmartwieniem. 
- Ósemka? - ni to spytała, ni stwierdziła Marlenka - ooooo, to trzeba mieć prześwietlenie. Jaki korzeń ma. mały czy duży. I czy nie pokręcony albo splątany! - dodała z przekonaniem.
- Mam prześwietlenie. Wszystko ok, niesplątany! - stwierdziłam z tryumfem.
- Uuuuuu - zawyła rzewnie Joanna - tu by trzeba całej szczęki zdjęcie, to się nazywa... - tu utknęła - panto...pantograf... - dodała niepewnie.
- Pantogram albo penaten - zawyrokowała Mariola.
- PANTOMOGRAM! - krzyknęła pewnie Aśka - ja takie coś miałam jak mi usuwali, 120 złoty kosztuje! Ale masz potem wszystko jak idziesz wyrywać!
Poczułam się nieswojo.
- Ja to jak byłam na chirurgii, to taki dentysta był przystojny, pani się kładzie, powiada, a ja, że po co, pani się kładzie to pani tylko tam popatrzę. No to poprosiłam go coś na uspokojenie. A on tak stanął nade mną jak upiór i: pani otworzy usta! - na jednym wydechu wyrecytowała Asia.
- I co? I co? - rozgorączkowała się Marlenka.
- Zajrzał, a ja dalej siedzę z otwartymi ustami..A pielęgniarka do mnie: co pani ust nie zamyka? Ja na to, że: to rwać nie będziecie? A lekarz, że już wyrwany! - zakończyła Aśka z entuzjazmem.
Zrobiło mi się jakoś tak... błogo na duszy.
- Bać to się nie ma co - zabrała głos Marlena - teraz to oni tylko wkręcają takie coś jak korkociąg w zęba i już! A znieczulenie takie dają, że mogą ci nawet ŁEB URŻNĄĆ i nie poczujesz! - zakończyła z humorem.
Poczułam się znów tak sobie i zrobiło mi się niedobrze jak wyobraziłam sobie jak mi w znieczuleniu "łeb użynają". Jakoś to znieczulenie mnie nie przekonało nic a nic.
- A mój brat to nie ma wcale ósemek - stwierdziła zawsze opanowana Mariola - nie wyrosły mu.
- Ma, na pewno ma, ale w dziąśle! Mnie to tak strasznie bolało, jak mi wyrastały, jak byłam w twoim wieku, że wyłam przez miesiąc - zwróciła się do Marioli, Marlena - takie miałam kulki na dziąsłach i bolało to jak cholera! A potem zaraz mi się popsuły i trzeba było je powyrywać! Ale to bolało! Jakaś tam torbiel była pod zębem, lekarz powiedział, że jakby wiedział, to by się nie podjął! - dodała z przekonaniem.
Poczułam zawrót główny na myśl, że mogę TEŻ mieć torbiel.
- Bo taka torbiel jak się rozleje to uhhhhhhh! - zawyła Asia robiąc pełną boleści minę co podkreśliło dynamikę jej wypowiedzi.
- Tak. Zakażenie krwi MUROWANE! - zapewniła Mariola.
- A ja - odezwała się Joanna - to raz miałam rwany 45 minut ząb! 45 minut, macie pojęcie? Aż sąsiadka moja to myślała, że zasłabłam albo co! Nie mogła mi wyrwać, no nie dawała rady! Prywatnie to było! Potem pieniędzy wziąć nie chciała.
Wyszłam. Nie chciałam więcej słuchać.
A wizytę przełożyłam. Muszę to wszystko jeszcze raz przemyśleć!

niedziela, 9 listopada 2014

Boże Narodzenie już niebawem...

      Zbliżają się wielkimi krokami Święta Bożego Narodzenia.
Święta chrześcijańskie, związane z różnymi miłymi symbolami: choinką, opłatkiem, prezentami...
     Często nawet ludzie niepraktykujący religijnie wybierają się w wigilijną noc do kościoła, aby "zaliczyć" tradycyjną pasterkę, nie zawsze zresztą będąc w stanie całkowitej świadomości - patrz trzeźwości.
Tacy "wierzący" okazjonalnie, ale czy wierzący naprawdę? Czy można też ich nazwać katolikami, czy tylko "zarejestrowanymi" - ochrzczonymi zgodnie z wolą ich rodziców?
Co zrobili z tym darem Chrztu Św.????
Ale nie o tym...
       Tradycja obdarowywania się prezentami jest dawna i dla wszystkich chyba sympatyczna. 
Nie wspominam o kłopotach  z tym związanych, gdyż nie każdego stać na to, by spełnić marzenia swoich bliskich. Nie zawsze też prezenty okazują się trafione, czasem kupowane są w pośpiechu, nieprzemyślane lub wręcz przypadkowe. Aby były.
I warto się nad tym zastanowić, o co naprawdę chodzi w tym tak miłym, tradycyjnym geście.
       Prezent powinien być czymś związnym z odruchem serca, z tym, że myślimy o danej osobie, że chcemy sprawić jej przyjemność...Nie powinno się więc to wiązać głównie z wartością materialną, ale raczej...być kwestią uczuć, więc wynikiem tego wszystkiego co się w nas kumuluje w stosunku do osoby, którą obdarować pragniemy...
      Ale mój głos to głos wołającego na pustyni, więc już przestanę...
I tak będzie zatrzęsienie zabawek, krawatów, szalików, portfeli i promocyjnych kosmetyków...
Może tak ma być?

Swojego czasu popełniłam taki "twór":

Idą Święta

Już reklamy Coca Coli w "Ti Vi"
aż pod sufit "drzewka życzeń" stoją w centrach
sto neonów krzyczy: IDĄ ŚWIĘTA!
I dzieciaki zagadują o prezentach

Dom wysprzątać jeszcze trzeba
wypróbować te nowości
co to same wszystko czyszczą
bez wysiłku - do białości!

Na wyścigi kupujemy
przecież każdy z nas pamięta
byle więcej byle szybciej
bo...IDĄ ŚWIĘTA!

Są promocje i okazje
każdy chciałby coś odnaleźć
przepychają się już w tłoku
"niebiskupi" Mikołaje

Już nadeszły...
Pierwsza gwiazdka karp kupiony w wyprzedaży
i choinka plastikowa
Wnet się ziści pełnia marzeń!

Tylko Chrystus narodzony
leży cicho w swej stajence
ubogością żłóbka z sianem
nie wytrzymał konkurencji...

W tym pośpiechu zamieszaniu
gdy ma spełnić się życzenie
wszyscy naraz zapomnieli
że to BOGA NARODZENIE.

      Przy okazji jeszcze jedno...
Adam „Nergal” Darski i Maria Czubaszek biorą udział w reklamie sieci Empik. Bożonarodzeniowej....
Hmmmm...
Troszkę to dziwne. Osoby , które otwarcie mówią, że z chrześcijaństwem nic wspólnego nie mają...
Jak wiadomo, zwłaszcza Nergal zasłynął jako ten, który darł Biblię i podpalał krzyże oraz w programie Wojewódzkiego rozbrajająco szczerze wyznał , że cyt. „nie cierpi tego okresu, irytuje go bożonarodzeniowa otoczka, a żeby nie uczestniczyć w wigilijnej wieczerzy, wyjeżdża do ciepłych krajów”...





Teraz naraz promuje coś, co jest związane z tradycją chrześcijańską - obchodami Świąt...Cóż, widać wszystko jest na sprzedaż, kwestia ceny...
     Co do pani Marii Czubaszek...Zasłynęła ona z mocno kontrowersyjnych wypowiedzi promujących aborcję, co pozwala sądzić, że również z chrześcijaństwem ma niewiele wspólnego, więc tym bardziej raczej nie na miejscu jej udział w reklamie związanej w taki czy inny sposób z Świętem Kościoła Katolickiego...
Może to ma być prowokacja, których oststnio nam w karju nie brak, wspomnijmy choćby spektakl "Golgota picnic"...
Ano..."Róbta co chceta"...
I czekajcie na efekty...

poniedziałek, 29 września 2014

Mosuo

Moi Kochani,
      Kilka dni temu oglądałam program z Martyną Wojciechowską, pisarką, dziennikarką, a w szczególności wielką podróżniczką, obieżyświatką, globtroterką, zwolenniczką sportów ekstremalnych, prywatnie mamą szesnastoletniej córki, zagorzała przeciwniczka "instytucji" małżeństwa.
     Owoż Martyna w tym programie wyraziła swoją fascynację plemieniem Mosuo żyjącym w południowych Chinach.
     Kilka słów o tym plemieniu. Społeczność ta ma bardzo ciekawą konstrukcję. Zwłaszcza jeśli chodzi o pojęcie rodziny.
     Nie ma w ich języku określenia "mąż" i "ojciec". Kobiety są związane z mężczyznami tylko jako matki lub doraźnie - seksualnie, o ile mają na to ochotę. Biologiczny ojciec dziecka, w zasadzie nie pełni w żadnym sensie roli ojca, ani w kwestii praw, ani obowiązków. Nigdy nie opuszcza on domu swojej matki i bardziej jest związany z dziećmi swoich sióstr niż własnymi. Krótko mówiąc, zarówno kobieta, jak i mężczyzna, nie opuszczają swojego domu rodzinnego. Mężczyzna może być przyjmowany na noce przez kobietę, o ile ona ma na to ochotę. Konsekwencje tych wizyt, o ile takie zaistnieją, ponosi tylko i wyłącznie kobieta.



      Dlaczego piszę o tym?
Nie tylko ze względu na dziwność zjawiska, ale także ze względu na szokujący zachwyt pani Martyny nad takim właśnie modelem życia. Wojciechowska, jak wnioskuję, jest kobietą całkowicie "wyzwoloną" i małżeństwo jest dla niej czymś dalece niestosownym. Taka jej postawa przewijała się w całym programie.
Powiem szczerze, taka kobieta budzi we mnie mocno mieszane uczucia.
       Wg mnie to postawa mocno egoistyczna. Sprawienie z założenia, że dziecko nie ma obydwojga rodziców na co dzień ,jest patologią.
Rozumiem, gdy matka wychowuje samotnie dziecko z przyczyn niezależnych od niej, lub też w wyniku nieszczęśliwego splotu wydarzeń, ale zachwyt tym, że owe "wyzwolone" kobiety skazują własne dzieci na wychowywanie bez ojca jest po prostu chory.
     Niestety, w dzisiejszych czasach, różne rzeczy stara się wmówić społeczeństwu jak np. to, że dwóch tatusiów wychowa dziecko równie dobrze jak matka i ojciec, a nawet lepiej. 
     Moi mili, nie dajmy się zwariować! Na świecie jest taki porządek naturalny, że tylko model matka i ojciec gwarantuje dziecku prawidłowy rozwój, gdyż dziecko od urodzenia ma przykład roli matki i roli ojca, a te role jednak się różnią, ze względu choćby na różnice psychiczne kobiety i mężczyzny.
     Marnym argumentem jest tak chętnie przez niektóre środowiska (Biedroń & Co)używany argument, że zawsze to lepsze jak rodzina patologiczna lub dom dziecka. To tak jakby porównać pociąg i samochód. Albo nawet pociąg i zebrę. To są całkiem różne rzeczy. Mówimy o normalnej, zdrowej rodzinie: matka, ojciec, dziecko. I nikt mi nie powie, że dziecko będzie tak samo dobrze się rozwijać pod względem psychicznym i emocjonalnym oraz...seksualnym w pseudo rodzinie, gdzie mamusie są dwiema lesbijkami. Albo jest dwóch tatusiów homo. Podkreślam, że mamusie to lesbijki, nie matka i babcia wychowujące dziecko bo np. ojciec zmarł, albo nawet rodzice się rozeszli, to jest całkiem inny układ, inna relacja.
     Młodzi ludzie (i nie tylko młodzi) mają w dzisiejszych czasach różne wizje swojego życia.
Bardzo często są to wizje życia wygodnego, bez zobowiązań, bez konsekwencji tego, co się robi.
Czy rzeczywiście taki program "róbta co chceta" zagwarantuje szczęście?
Czy faktycznie żyjąc w ten sposób nie skrzywdzimy siebie i innych?
Może warto się nad tym czasem zastanowić...

niedziela, 21 września 2014

Bardzo smutna historia

      Dorotka miała dwadzieścia jeden lat i była piękna jak marzenie.
Wysoka, prawie 180 cm wzrostu (wyrośniętą mamy teraz młodzież, chyba na hormonach w mięsie), szczupła i zgrabna jak modelka. Długie, kasztanowo-złote włosy, lekko falowane i gęste, mały nosek, ładnie wykrojone usta i oczy o kształcie migdała, nieco może zbyt wąskie, ale pasujące do "całości". 
      Ubierała się fajnie i właśnie kończyła swoją "szkółkę". Liceum ogólnokształcące wieczorowe...
Lekki miała "poślizg" w nauce... Ano, jak się ma taką urodę, czasem "coś" przeszkadza - usprawiedliwiali ją znajomi.
     Teraz szykowała się do matury, jednocześnie pracując w biurze, gdzie mama zaklepała jej pracę sekretarki.
      Dorotka początkowo robiła wrażenie "pokornego cielęcia" i posłusznie wykonywała wszystkie polecenia przełożonych. 
      Równolegle "załapała" się jako fotomodelka. Miała warunki, o czym doskonale wiedziała! I bardzo pragnęła wykorzystać swoją urodę. Za pozowanie płacili całkiem dobrze. A w tej branży najlepsze zarabiają krocie, a co do tego, że ona właśnie może być tą najlepszą nie miała żadnych wątpliwości!
       Zaczynała od pozowania do jakiejś gazetki reklamowej, potem jej zdjęcia można było zobaczyć w znanym pisemku dla kobiet...
To był hit! 
Fotki dodatkowo reklamowały piękną bieliznę koronkową!
        Panowie dyrektorowie z biura oszaleli! Jak to faceci. Dyrektor Marczak, którego była sekretarką, zaraz pogalopował z gazetą do dyrektora Okonia!
      A Dorotka krok po kroczku poczęła wykorzystywać tę męską słabość. 
Zaczęła do biura ubierać się...jak na bal lub..na wycieczkę. Powłóczyste suknie zdekoltami zamiennie z króciuteńkimi szorcikami, które sporo odsłaniały, gdy Dorotka pochylała się nad biurkiem stojąc np. tyłem do pana dyrektora Marczaka.
        Oczywiście zamierzony efekt był. Szefostwo zaczęło traktować Dorotkę jak gwiazdę i stopnowo wymagać od niej coraz mniej, a od innych - więcej. Ktoś musiał przecież pracować!
A tym "ktosiem" były mniej urodziwe i zdecydowanie starsze pracownice.
- Panie dyrektorze - pytała Dorota słodkim, wystudiowanym głosiczkiem - czy ja muszę pisać to sprawozdanie?
- Nie, pani Dorotko, zrobi to pani Morawska - odpowiadał pan dyrektor, a oczy wychodziły mu z orbit bo pani Dorotka miała dziś dekolcik, że...uhhhh!
     Dziewczyna miała teraz aż nadto czasu i na ploteczki i na przechadzanie się po biurze i na jedzenie swoich witaminowych sałatek w szklanych pucharkach, które miały zapewnić jej dożywotnio obecną linię modelki. Jadła owe sałatki dostojnie, unosząc w górę paluszek wypielęgnowanej dłoni trzymającej srebrny widelczyk.
    Czas mijał.
Dorotka dalej była fotomodelką tego samego znanego pisemka dla pań, a jej zdjęcia podziwiali niezmiennie oczarowani panowie dyrektorowie i męscy pracownicy, panie zaś oglądały je z zazdrością, starając się na wszystkie sposoby znaleźć w wizerunku "gwiazdy" jakąś rysę lub skazę. 
- Pani Dorotko, czy tu nad kolankiem to żyłka? - pytała życzliwie pani Krysia.
- Nie, nie widzi pani, pani Krysiu, to cień tak pada z parasolki! - z politowaniem patrzyła na koleżankę ignorantkę, gwiazda Dorotka. Nic nie było w stanie zaćmić jej jasnego światła.
Tak wtedy myślała...
Aż raz przyszła do pracy jakaś markotna...
- Pani Dorotko, a gdzie gazetka z pani zdjęciami? - spytała zaraz pani Basia. Był poniedziałek, a zawsze w poniedziałek tradycyjnie oglądano nowe zdjęcia "królowej".
- Nie będzie już zdjęć - burknęła Dorota.
- Ale dlaczego? - koleżanki były "życzliwie" dociekliwe.
- Po prostu! - warknęła Dorota wściekle.
Potem okazało się, że takich pięknotek było więcej, a nawet najpiękniejsza buzia w końcu się opatrzy...Zmiana fotomodelki i tyle.
       Ano...Atrakcje się skończyły i panowie dyrektorowie jakoś tak mniej przychylnie patrzyli na Dorotkę. I sprawozdania już pisać musiała i porządek w papierach utrzymywać...Biedaczka!
      Pewnego dnia Dorotka "sprowadziła" do biura swojego chłopaka, Ryśka. Znalazła mu robotę, którą mógł wykonywać - obsługiwał xerograf. Chłopak był dość przystojny, czarniawy jak Cygan, choć trochę "niekumaty". Podobno w dzieciństwie miał kilka upadków na głowę. Może dlatego....
W sumie sympatyczny, skromny...
     Dorotka czasem schodziła do niego, do pracowni. Chyba była zakochana. Chłopak kończył szkołę wieczorowo, technikum samochodowe...Pracował w instytucji koło roku - na zlecenie...
     Minęły dwa lata. Dorota miała 23 lata i nieco spoważniała, choć nadal trochę "zadzierała nosa". Jej uroda wybujała, a że zarabiała niezłe pieniądze, mogła się ubrać, stać ją było też na drogie kosmetyki. Dorabiała często jako hostessa na różnych imprezach, organizowanych głównie dla biznesmenów i vipów...
     Tam poznała Roberta.
Robert miał 32 lata, był przystojnym biznesmenem - bardzo bogatym.
Wielki majątek i dom w Żabiej Woli - okazały niczym forteca.
Obsypywał prezentami i kwiatami Dorotkę, prawił komplementy...
     Dorotka zakochała się bez pamięci, a i pieniądze ukochanego zrobiły swoje.
Oczywiście Rysio "poszedł w odstawkę", a pięcioletni z nim związek pozostał bladym wspomnieniem, teraz liczył się tylko Robert.
    A potem był ślub. Szybki i wystawny, po czteromiesięcznej znajomości. 
Podróż do Paryża, razem ze śwadkami - Gośką i Wieśkiem....
Trochę nietypowo, ale w końcu ich wybór. Miało być wesoło, bogato, szampańska zabawa...
     Po dwóch tygodniach urlopu Dorota nie wróciła do pracy i ślad po niej zaginął....
Mijały tygodnie...W końcu "bomba pękła".
      Stopniowo z plotek korytarzowych zaczął wyłaniać się obraz tragicznej prawdy.
Okazało się, że  ślicznotka wyszła za mąż za psychopatycznego zwyrodnialca...
Facet był dodatkowo maniakalnym zazdrośnikiem. 
Pod wpływem jakiegoś zrodzonego w jego chorym umyśle podejrzenia, pobił biedną dziewczynę do nieprzytomności. Ledwo uszła z życiem. Podobno patrzyła się na kelnera zbyt natarczywie w jakiejś ekskluzywnej restauracji. To wystarczyło, by "włączył mu się szperacz" i by bestialsko skatował swą młodą i piękną żonę.
     Potem już nigdy nie słyszało się o Dorotce, podobno straciła nie tylko zdrowie (zaburzenia neurologiczne), ale i urodę. Miała uszkodzenie oka, złamany nos, liczne blizny...Przeszła dwie poważne operacje...
      Mężczyzna stanął przed sądem, a że był bogaty...Wiadomo...
Sprawiedliwość nie jest ślepa i  kocha...pieniądze...Świadkowie często też...

środa, 17 września 2014

Zakazany owoc

Dziś takie moje refleksje.
Oczywiście głupio myślę, jak zwykle, ale dobrze, że w ogóle.
Kiedyś to się mówiło, że zakazany owoc bardziej smakuje. Zresztą teraz też się tak powiada.
A do czego piję?
Ano do tego, że niektórzy "światowcy" domagają się legalizacji wszystkiego. Wszystkiego - tzn. pornografii, narkotyków, domów publicznych, prostytucji itd. 
Żeby człowiek obdarzony wolną wolą mógł sobie wybrać. I z pewnością jak wszystkie te "atrakcje" będzie miał na wyciągnięcie ręki i przestaną one być owym "zakazanym owocem" , osłabnie zainteresowanie tego typu formami "rozrywki". 
Nigdy nie zgadzałam się z tego typu teoriami, nigdy. To bzdura!
Ot, na przykład taki pogląd, że jak będzie dostęp do pornografii, nawet tej "ostrej" to nie będzie np. gwałtów. 
Akurat! Ja uważam właśnie, że tego typu "publikacje" właśnie napędzają i nakręcają te rzesze dewiantów, podsuwają im pomysły, zachęcają do spróbowania. I idzie taki i właśnie próbuje, nie zawsze za zgodą tej strony na której te próby się odbywają!
Tak samo z innymi wspomnianymi przeze mnie "tematami".
Czy myślicie, że jak narkotyki będzie można nabyć w każdym kiosku ruchu to spadnie nimi zainteresowanie? Guzik prawda. Obecnie taka np. marihuana oraz inne narkotyki jest bardzo łatwo dostępna choćby w każdym klubie, także w innych miejscach. To żadna tajemnica. I co, spadło "spożycie"? Nie, wręcz przeciwnie, coraz więcej ćpunów. I jeszcze się mówi, że to wcale nie szkodzi, nie uzależnia, że papierosy są bardziej szkodliwe. 
Wyobrażacie sobie co będzie jak legalnie maryhę zaczną sprzedawać w kiosku za rogiem?
Dlaczego taki temat i skąd?
Ano oglądałam dziś program Młynarskiej jak to pijany kierowca zabił małżeństwo - żona była w siódmym miesiącu ciąży. Zabite zostały więc trzy osoby. Osierocony został trzyletni ich synek...
Straszna tragedia. Kierowcy grozi...12 lat więzienia! To jest po prostu żenada, taka wysokość kary. I to w dodatku kara maksymalna!
Ale nie o tym....
Gościem programu była Ilona Felicjańska. Swojego czasu pod wpływem alkoholu spowodowała wypadek. Otwarcie przyznała się, że jest uzależniona, obecnie po odwyku...I powiedziała ona coś takiego, że jej nałogowi sprzyjała DOSTĘPNOŚĆ alkoholu - sklepy monopolowe na każdym rogu - i to na ogół czynne całą dobę, także na stacjach benzynowych i po prostu wszędzie. Ktoś może powiedzieć, że takie jej tłumaczenie...Po części tak, bo przecież nie każdy jest alkoholikiem, choć ma dostępne, jednak...Coś w tym jest...
Powiem krótko. Dostępność szeroka tych, degradujących moralnie społeczeństwo, "ATRAKCJI" jest policzona na rozsądek człowieka, a ja, wybaczcie, w ten rozsądek nie wierzę! Człowiek ma naturę ułomną i wcale nie jest rozsądny tylko odwrotnie. A i jeszcze teraz jak się lansuje pogląd "róbta co chceta"!
No i tacy "światowi" chcemy być, tacy niezaściankowi! Tacy wyzwoleni z kołtuństwa!
Bo "kołtuństwo" to oczywiście (wg niektórych) życie w zgodzie z dawnymi zdrowymi, ba, fundamentalnymi, zasadami! Taka zasada "Bóg, honor, Ojczyzna" - to dopiero kołtuństwo!
No bo, wiadomo, Bóg wg niektórych nie istnieje, a religia służy tylko po to, by naiwnych utrzymać w karbach. Co do honoru - to niektórzy nawet nie wiedzą jak napisać to słowo, a co dopiero uznawać jakiś tam kodeks honorowy! Starocie! Ojczyzna...hmmmm...Tam ojczyzna gdzie płacą dobrze! Teraz mamy być obywatelami świata, poliglotami, globtroterami, podróżnikami, emigrantami itede, itepe.
No i jak to społeczeństwo ma być zdrowe, no jak?