czwartek, 19 lutego 2015

Szczęście w jesieni...

       Agnieszka była piękną dziewczyną. Przypominała trochę sienkiewiczowską Helenę Kuncewiczównę, a trochę tołstojowską Annę Kareninę. Z Heleny miała czarne włosy uplecione w gruby warkocz, a z Anny - przepyszną figurę.
Powodzenie u chłopaków miała że uch!
       Chłopcy latali za nią, chcieli na wyścigi się umawiać. Kto pierwszy ten lepszy!
A ona ochoczo korzystała z tego, co dała jej natura. Przebierała w zakochanych jak w przysłowiowych ulęgałkach! 
No i lubiła się całować! A potem to i nie tylko to!
       To znaczy, nie żeby zaraz...Przynajmniej nie z każdym! I nie od razu.
Gdy miała 18 lat poznała Trybiczka. Takie miał dziwne nazwisko.
         Fajny był, męski, podobał się jej...Spotkali się raz, drugi, poszli na dyskotekę, bo zabawić się Agnieszka lubiła, oj lubiła. I alkohol też. A i papieroskiem nie wzgardziła. Ot, takie grzeszki młodości...
Po dwóch miesiącach znajomości z Trybiczkiem (Trybiczek w zasadzie Leon miał na imię) , jakoś tak wyszło, że jej się spóźniało. Spóżniało i spóźniało, a potem to już był czwarty miesiąc.
        Leon był zachwycony, więc w piątym szła do ślubu.
Specjalnie nie było nawet po niej widać, a suknię białą miała jak śnieg w górach i mirt w welonie. Weselisko na 140 osób. Wszyscy się radowali i tylko niektóre ciotki coś tam komentowały. Że niby Leon się spił jak świnia na własnym weselu...Ale co tam!
Wiadomo, stare baby zawsze plotkują!
        Trybiczek nosił swoją żonusię na rękach, póki mógł, znaczy póki nie nabrała bardziej pełnych kształtów.
Był idealnym mężem. Nawet buty Agnisi sznurował. Chodził po zakupy, kupił łóżeczko, wózek...
       Że nie miał stałej pracy to szczegół. Rodzina pomagała. A i z wesela sporo zostało.
Tylko, że...nie starczyło to na długo, bo Trybiczek lubił wydawać pieniądze, a zarabiać...wręcz odwrotnie.
       Fakt faktem, gdzieś w maju, dziecko przyszło na świat. 
Dziewczynka.
Dali jej Joasia na imię. 
          Agnieszka zajęła się dzieckiem, a Leon...kolegami. Podział obowiązków był "sprawiedliwy".
On - dorywcza praca, koledzy, piwko, bary, koczowanie w parku, ona - dom, dziecko, pieluchy, pranie, prasowanie, gotowanie.
          Na szczęście pomagała jej matka, co utwierdziło beztroskiego Leona w przekonaniu, że jego rola w tej rodzinie się skończyła. 
Zresztą...rzadko bywał w domu, bo...płacz małej przeszkadzał mu w wypoczynku po "pracy".
         Zmienił się też nie do poznania. Nie tylko nie nosił swojej Agusi na rękach, ale nawet własną małą córeczkę brał tylko sporadycznie. Był zmęczony. Hałas, krzyk, zapach kupek, mleka...Nie pasowało mu to!
          I ten bałagan! Stale suszące się pieluchy, rozłożone prasowanie, sterty zabawek i kaftaników...
- Nie takiego życia, syneczku chciałam dla ciebie! - płakała jego matka. Wypoczynek ci się należy, chwili spokoju nie masz - żałowała go czule i szczerze.
       Trybiczek bardzo chciał mieć dziecko, ale miał 23 lata i "biedaczek" nie wiedział, że dziecko to płacz, choroby i zmartwienia. Myślał, że będzie wieczna sielanka, że dziecko będzie cały czas spało i obudzi się dopiero na własną osiemnastkę!
        A tu jak nie szczepienia , to bilanse w przychodni, jak nie ortopeda, to okulista...Raz nawet pogotowie przyjechało, mała trafiła do szpitala z podejrzeniem zapalenia płuc...Agnieszka szalała, on się irytował. Na nią.
- Co z  ciebie za matka? Jak ty dbasz o dziecko? Ja ciężko pracuję, ty masz tylko pilnować dziecka i domu! - krzyczał.
- A ty? Od czego ty jesteś? Tatuś się znalazł od siedmiu boleści! - odpaliła mu ona.
- W ogóle się nie nadajesz na żonę ani na matkę. Jesteś do niczego! Nawet kochanka z ciebie poniżej krytyki! - wydzierał się na cały dom Trybiczek.
- A z tobą życie to piekło! Mam cię dosyć!
- Dosyć? Ty kobieto, nie wiesz, z kim masz do czynienia! Nigdy nie potrafiłaś mnie docenić! Ani mnie, ani mojej harówki! Jak ci nie pasuje, poszukaj drugiego takiego jelenia, uważaj jak znajdziesz!
       Awantury były coraz częściej. Dziecko rosło...
Po dwóch latach mordęgi rozstali się. Jak należy, w sądzie. 
       On wrócił do mamusi, która przyjęła swojego Leosia z otwartymi ramionami, ona została w mieszkaniu po babci. 
         Mała Joasia rosła jak na drożdżach, z tatusiem widząc się sporadycznie. 
Sąd zasądził widzenia, ale Trybiczek był obrażony na Agniechę, do tego stopnia, że o alimentach też często zapominał. Ale za to przychodził na Wigilię z prezentem - duża lala co zamykała oczka i mówiła "mama" albo wielki miś, potem mebelki, książeczki. Raz na rok był prezent. Wybrany przez Elżbietę, jego obecną "narzeczoną". Albo też Hannę, Luizę, Katarzynę...Zależy od roku...
        Bo narzeczone się zmieniały. Leon wiązać się nie chciał, miał czas.
Ponadto sparzył się i zawiódł bardzo na Agnieszce! Takie są baby! - mawiał do kolegów.
        Gdy Joasia miała szesnaście lat, zaczęła wagarować. Matka pracowała, nie miała jak upilnować...
W domu się nie przelewało, choć babcia pomagała jak mogła...
        Joasia była skryta, obracała się w jakimś nieciekawym towarzystwie, co głośno komentowały sąsiadki. Matka wiecznie nie miała czasu. Pracowała. Musiała dom utrzymać.
         Aśka czasem przychodziła do domu pod wpływem alkoholu, a czasem oczy miała jakieś takie...dziwne.
Okazało się, że bierze. 
         A potem wyszło, że jest w ciąży.
Miała 20 lat jak urodziła Kasię. Tatusia wskazać nie chciała....Może nawet nie wiedziała, który to...
       Agnieszka pomagała chować dziecko, Joanna zaś...szalała.
Coraz częściej nie wracała na noce. 
       W tym czasie zmarła matka Agnieszki, zostawiła maleńkie mieszkanko na Powiślu. Tam przeprowadziła się Joanna. Oczywiście z córeczką.
         Agnieszka  płakała po stracie własnej matki, ale cóż, życie musiało toczyć się dalej...
Cieszyła się, że Aśka w końcu jakoś się "usamodzielni", stanie się bardziej odpowiedzialna, skończy z "balangowaniem".
     Dziecko nieźle sobie radziło w żłobku, do którego oddała je matka, sama pracując i zarabiając nawet znośnie...Co prawda, nie miała specjalnego wykształcenia, ale rekompensowała jego brak urodą i sprytem...
       Zatrudniona była w eleganckim butiku...
Miała bardzo wyrozumiałą szefową, która  przymykała oko na częste absencje dziewczyny. Ano, ma małe dziecko - tłumaczyła sobie.
      Tym czasem Asia "ćpała". Była już uzależniona i traciła kontrolę nad swoim życiem...
Kiedyś dziecko bardzo płakało. Płakało i płakało. Sąsiedzi zadzwonili po policję. Weszli. Zobaczyli zaniedbaną małą i leżącą nieprzytomną prawie, jej matkę...
       Chcieli zabrać prawa rodzicielskie, dziecko miało trafić do domu dziecka...
Agnieszka powiedziała: NIE. 
        Podjęła się opieki nad wnuczką. Sąd uczynił ją prawnym opiekunem. Sprawa się więc jakoś rozwiązała...
         Joanna trochę się leczyła, ale specjalnie do swojej małej się nie garnęła. Cieszyła się z sytuacji, gdy dziecko ma opiekę, a ona...święty spokój. 
       Od czasu do czasu przychodziła, ale mała Kasia już traktowała Agnieszkę jak swoją mamę. Miała osiem lat....
          Nawet nie tęskniła...Ani ona za matką, ani matka za nią. Babcia chyba wypełniła całkowicie miejsce w maleńkim serduszku Kasi...
        Zebrania, zajęcia, lekarze, lekcje...A Agnieszka miała już grubo po czterdziestce...
Nie było jednak innego wyjścia.
        W końcu poznała Witolda. Uśmiechnął się do niej los!
Witek był ustatkowanym, poważnym wdowcem, miał dwie córki, sam był dziadkiem.
        Chętnie zaopiekował się babcią Agnieszką i jej wnuczką. Był dobrym człowiekiem...
Po roku "chodzenia" wziął ślub z Agą i pełnił obowiązki męża, dziadka i gospodarza w sposób odpowiedzialny i przyzwoity...
             Czasem widziało się tę trójkę jak idą z dwunastoletnią już małą, na zakupy albo do kina...
- Jak to dobrze Wiciu, że cię mam - mówiła ciepło żona do swojego męża - jesteś moim prezentem od losu w jesieni życia.
        A on tylko mruczal z zadowoleniem całując dojrzałą, ale nadal urokliwą kobietę.


poniedziałek, 2 lutego 2015

W kościele...

        Dziś Święto mamy. Katolicy znaczy.
Matki Boskiej Gromnicznej czyli Ofiarowania Pańskiego. Jakby ktoś nie wiedział.
       Ale nie mam zamiaru tu indoktrynować, raczej chcę opisać ciekawe pewne zjawisko, którego byłam świadkiem, właśnie w świątyni...
        Nie żebym tam zaraz się aż tak rozglądała, ale...samo się w oczy rzuciło. To zjawisko.
Jak wiadomo, w tym dniu zapala się gromnice w kościele, a te z kolei są święcone itede.
No to zapaliłam. 
      Na przeciwko, w ławce siedziała starsza pani. Szary berecik (chyba nie z moheru!), wielkie okularki jak u sowy (choć przecie sowa w okularach nie chodzi), kołnierz futrzany no i znak charakterystyczny w tym dniu - gromnica w dłoni. Świeca posiadała osłonkę i misternie utrefioną wstążeczkę koloru błękitnego (kolor Maryjny).
      Widać, że kobicina się starała.
Świeca paliła się jakoś tak...mizernie.
       Babinka z niepokojem zerkała na płomień. W końcu zaczęła go podsycać, by nie zgasł.
Najpierw próbowała zapałką wyżłobić rowek wokół knotka, zawczasu wyskubanego pieczołowicie paznokciami. Nie pomogło, płomień był dalej mizerny.
       Babcia zaczęła więc "dorzucać drew" - zapałek znaczy. 
Płomień buchnął na kilkanaście centymetrów. Kobieta popatrzyła na niego z uznaniem.
Potem już sukcesywnie "dowalała szczapek". Płomień buchał jak z miotacza ogniowego.
        Ale tego było babince mało. Palcem poczęła ugniatać wosk naokoło knotka.
Potem znów płomień buchnął na piętnaście centymetrów w górę. Babcia uśmiechnęła się do siebie.
       Jej radość jednak nie trwała długo. Chyba zabrakło jej zapałek.
Zaczęła więc szukać "paliwa" gdzie indziej. Paznokciem oskrobała osłonkę o kształcie tulipana. Uzyskany wosk podrzuciła płomieniowi "na pożarcie".
Świeca jakoś się paliła...Ale jednak niezbyt satysfakcjonująco. 
        Babcia w końcu ją zgasiła. Chyba straciła cierpliwość.
"Będzie spokój" - pomyślałam z ulgą. Ale moje nadzieje były płonne.
        Okazało się, że babinka wypaprała stearyną ławkę. Już zamaszyście czyściła ją chusteczką higieniczną, aż cała ławka się trzęsła, a pozostałe trzy staruszki podskakiwały. 
         Kobieta cierpliwie nacierała ławkę, świecę postawiła obok. Zgaszoną.
Czuła wsparcie parafianek siedzących obok.
         Uczynne "sąsiadki"  użyczyły jej nawet kilku chusteczek. Chyba jej współczuły z powodu kłopotu.
       Już cała ławka była zaangażowana. Babcie ze zrozumieniem kiwały główkami odzianymi w berety i kapelusiki.
        Potem okazało się, że wióry stearyny upaprały babci kapotę. Stearyna była nawet w futrzanym kołnierzu.
"Moherowy beret" począł trzepać wszystko po kolei. Zaczęła od kołnierza jadąc w dół: klatka piersiowa, brzuch, kolana. 
          Wtedy była już Ewangelia.
Babcia zaczęła zbierać "obierki" stearyny w chusteczkę ofiarowaną przez życzliwą "sąsiadkę" z ławki, siedzącą najbliżej.
         Okazało się, że ławkę można doskrobać paznokciem. Szło dobrze. Słychać było skrobanie.
Potem gromnica spadła staruszce pod ławkę.
       Babcia zaczęła wiercić się nerwowo. Gromnica potoczyła się pod klęcznik.
Jakoś udało się kobiecie ją wydłubać. Westchnęła z ulgą, po czym odkryła, że na świecy jest sporo stearyny do odskrobania, na "tulipanie" też. Wszystko co uzyskała, skrzętnie ukryła w białej chusteczce jednorazowej.
         Potem się uspokoiła. Chyba była usatysfakcjonowana swoim zbiorem.
A później to był już koniec mszy świętej. 
Wszyscy odeszli w pokoju.

sobota, 31 stycznia 2015

Zygmuś

       Zygmuś urody był, jak to mówią, dość nienachalnej. Twarz pociągła jak u konia i takaż z wyglądu: wielkie zęby (mocno zepsute i pożółkłe od nikotyny), rozdęte nozdrza...
Gdy patrzyło się na niego, na usta cisnęło się, by wydać z siebie głos paszczą: IIIIIIHAAAAAAAHAAAAAAHAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!
         Był taki znany aktor francuski, doskonały komik - Fernandel.
No to Zygmuś wyglądał mniej więcej jak on:)



Stylizował się, co prawda, w sposób troszkę uwspółcześniony, ale podobieństwo jednak uderzało.
Rzadkie włoski koloru bylejakiego (chyba ciemny blond) ułożone w niedbałą mandolinkę, jakiś zszarzały podkoszulek i dżinsy z Pewexu dopełniały wizerunku  naszego amanta.
Spodnie, mocno sprane, opinały  dość zgrabną pupę i krzywe nogi.
        Dodam tylko jeszcze, że Zyga palił papierosy jeden za drugim no i...pił hektolitry kawy jak również inne trunki. Procentowe, oczywiście.
        Zygmuś, pomimo swojego nieatrakcyjnego wyglądu, miał wprost szalone powodzenie u kobiet, co było nie lada fenomenem.  Kobiety dosłownie "waliły" do niego drzwiami i oknami. A on skwapliwie z tego korzystał.
Był znanym podrywaczem i "kasownikiem":)
W zasadzie to on podrywać nawet nie musiał, on tylko "kasował".
        Gdzie się nie pokazał, zaraz obok pojawiały się bardzo piękne panie chętne do nawiązania "głębszej" znajomości, najlepiej trwającej "aż po grób".
         Kochały się w Zygmusiu najpiękniejsze dziewczyny stolicy. I okolic. I każda pragnęła go w końcu usidlić...
Jednej się to udało...
        Na imię miała Alinka i była piękna jak marzenie. Subtelna buzia bogini jak z obrazu Sandra Botticiellego Narodziny Venus - tylko włosy miała czarne jak skrzydło kruka.




         Delikatna uroda, wrażliwość, subtelność - to wszystko spowodowało się, że Zygmunt w końcu powiedział sakramentalne "tak".
           Alinka kochała swojego męża nad życie, była w niego zapatrzona do tego stopnia, że ślepa pozostała na te "lekkie" niedociągnięcia, których była świadkiem lub też tylko się ich domyślała.
         A mężuś korzystał z tego jej "zapatrzenia" w sposób nieograniczony.
W dochowaniu "miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej" wytrzymał może ze dwa lata. Akurat do momentu kiedy to przyszła na świat jego śliczna jak mama, córeczka - Gosia.
Zygmuś dopiero wtedy poczuł, że obowiązki męża i ojca są dla niego nie do uniesienia.
         Był człowiekiem szalenie towarzyskim, z wyjątkowym poczuciem humoru, nieudawanym luzem i młodzieńczej beztrosce, toteż dalej, mimo czterdziestki na karku, podobał się płci przeciwnej. I to bardzo.
          Muszę stwierdzić, że miał w sobie to coś...
Był w sposób oryginalny czarujący, a krzywe nóżki pod opiętymi dżinsami dodawały mu męskiego seksapeelu...Babki żyć mu nie dawały wydzwaniając do niego, proponując spotkania, czasem nachodząc w pracy...Wszystkie piękne, młode, zgrabne i...chętne.
        Zygmunt czasem odmawiał, a czasem wręcz przeciwnie.
Bywało, że na parę dni znikał z  domu, a Alinka...czekała.
          Czyniła mu wyrzuty, płakała, błagała, a na końcu on robił te swoje słodkie oczka jak u Johna Belushi'ego w roli Jake Bluesa w filmie Blues Brothers (scena kiedy to ścigająca go, narzeczona, której zwiał sprzed ołtarza, próbuje wymierzyć mu sprawiedliwość przy pomocy broni palnej czy tam miotacza) i wszystko cichło. I byli znów kochającą się parą.
        Do następnego razu, oczywiście.
I sytuacja znów się powtarzała...
I tak w koło Wojciechu...
         Zygmuś w domu był wspaniałym gospodarzem: zaradny, starowny, majsterkował, a nawet gotował.
A że miał wyjątkowo wybujały temperament, wszystko szło mu szybko i sprawnie. Nawet gdy bił schab na kotlety, to się kurzyło:)
      Zygmunt miał też szalone pomysły.
Raz skombinował dla swojej córeczki pieska. Śliczny to był okaz zwierzęcia: mordka sympatyczna, troszkę przypominał spaniela...Wariat jak...jego właścieciel.
         Może zresztą i nie był wariatem, ale przy takim panu jaki mu się trafił, to każdy by zwariował.
Wyjeżdżał wtedy Zygmunt na wczasy z rodziną. Co zrobić z psem?
         Decyzja była natychmiastowa: zostawić go mnie.
Wzbraniałam się, nie chciałam, ale tu nie było żadnej dyskusji, zostałam postawiona pod murem i już.
           Nie będę opisywać, jakie piekło przeszłam z tym Jogim (tak się wabiło to bydle). Pies cały czas mi uciekał i chciał się bawić. Musiałam rzucać mu kapcia (on to lubi! - przykazał mi Zygmunt przed wyjazdem) i w ogóle to...schudłam przez dwa tygodnie 4 kilo...Z nerwów i w wyniku aktywności fizycznej (ganianie psa).
Zygmuś był taki jakiś.. wzbudzający sympatię i...pobłażliwość. Krótko mówiąc, wszyscy go lubili, nikt nie odmawiał mu niczego, a w pracy, choć często zawodził (z powodu nadmiernego nadużywania napojów wyskokowych tudzież pociągu do dam, u których często zostawał na noc i w pracy następnego dnia się nie stawiał z powodu zmęczenia i niedyspozycji) wszyscy go kryli, usprawiedliwiali i patrzyli przez palce na jego niesubordynację.
        Co było potem z Zygą to nie wiem, wiem natomiast , że wyjechał do Stanów, podobno za chlebem...
Raz nawet do mnie dzwonił, był wtedy "na bani" i jawił się jako wyjątkowo szczery...
To znaczy...odradzał mi małżeństwo:)))))
Czyli, że życzył mi dobrze :D
       Taki właśnie był mój kolega Zygmuś....


sobota, 17 stycznia 2015

Róbta co chceta

       Często przemieszczam się publicznymi środkami komunikacji miejskiej, najczęściej tramwajami.
Nawet nie jest mi przykro z tego powodu, choć często cierpię niewygody - stanie w tłoku i wdychanie cudzych "zapaszków" (szczególnie latem jest czasem ciężko wytrzymać), hałas, kaszel i kichanie prosto w twarz lub w....szyję itp. Brrrrrrrr:)
      Bywa, ktoś na nodze stanie albo szturchnie torbą albo da "sójkę" w bok.
Ale w sumie to nie żałuję bo bilans zysków i strat wychodzi dodatnio. Oczywiście na korzyść tyhc pierwszych:)
       Tramwaj to doskonałe miejsce na obserwacje ludzi. 
A ludzi obserwuje zawsze, nawet bezwiednie, mimo woli. Koduję szczegóły ubioru, rysy twarzy, zachowania...
      Potem bardzo często spotykam tych samych ludzi w innym miejscu i odkrywam, że znam tę osobę, tylko...nie wiem skąd:)
       Ale dziś chciałam napisać o młodzieży.
Młodzież jest dobra, wspaniała i kochana.
Nieprawdą jest, że mamy złą młodzież, młodzież jest po prostu dokładnie taka, jaką ją wychowaliśmy/wychowujemy.
       Stoi chłopak z wielkim plecakiem na plecach w drzwiach tramwaju. Z tyłu napierają ludzie. Stoi, ani drgnie. W uszach słuchawki, muzyka głośna aż słychać naokoło. Przystanek. Ludzie chcą wysiadać. On nawet nie drgnie. Nie widzi, nie słyszy. Co go to? Ludzie się złoszczą. Niechętnie ustępuje z drogi nie zmieniając wyrazu twarzy - maski. 



       Dziewczyna młoda siedzi, a wzrok ma wlepiony w netbook. Czyta. Do szkoły jedzie, albo na studia. Szkoda czasu. Gdzieś z tyłu staruszka, ale ona tego nie widzi, musi przeczytać. ONA MUSI mieć miejsce! 
         Następny młody człowiek przebiera palcami na klawiaturze komórki. Puszcza SMS. Potem odbiera. Śmieje się do swojego nowoczesnego telefonu, czy częściej smartfonu. Jest całkowicie wyizolowany ze świata , który go otacza. Gdyby go spytać o to, czy wie kto stoi koło niego i wymienił przynajmniej jedną osobę - on nie będzie wiedział, nie potrafi. 


     Matka z dzieckiem w błękitnej czapeczce, staruszka z wielką torbą, dziewczynki jadące do szkoły podrygujące i zaśmiewające się beztrosko (pewnie szósta klasa), urzędniczka śpiesząca się do pracy, facet z brodą po czterdziestce, gimnazjalistka z plecakiem Nike... Ci wszyscy są dla niego ludźmi bez twarzy. Nic nieznacząca grupa. To nie są jego bliźni. Zresztą...nie ma powodu by się nimi interesować...
       Nie widzi więc, że stojąca obok kobieta nagle blednie, a na jej czole widać kropelki potu. Jest w drugim miesiącu ciąży...
       Oczywiście sytuację tę przedstawiłam troszkę przerysowaną.
Czy wiecie dlaczego?
Otóż dlatego, że bardzo często zastanawiam się nad tym, jaki wpływ ma rozwój cywilizacji, pęd życia i jego styl na relacje między ludźmi...
        Nie mamy czasu dla siebie. Boimy się siebie. Boimy się podejmowania zobowiązań i odpowiedzialności za siebie i...drugiego człowieka. 
Stąd też niechęć do wiązania się na stałe, na dobre i na złe, jak to się mówi "do grobowej deski". I mówię tu i o związkach sakramentalnych i o zwyczajnych "kontraktach" cywilnych. 
       Czy kiedyś młodzi ludzie zawierając związki małżeńskie myśleli o tak dziś modnych, intercyzach?
Szli "jak w dym" za głosem miłości, wierząc, że jest to na zawsze...
A dzisiaj?
Pobierają się (jeśli w ogóle) zakładając często, że...może się to wszystko zmienić bo w życiu bywa różnie...
Może się "wypalić", "przejeść", znudzić...Mąż pzestanie imponować, a żona okaże się płytką plotkarką i marną gospodynią.
     To znaczy, że co? Nie są pewni albo siebie, albo partnera, a więc nie są pewni łączącej ich miłości...
Miłości, która ma być cierpliwa, łaskawa, niezazdrosna, nieszukająca poklasku, nieunosząca się pychą, niedopuszczająca się bezwstydu, nieszukająca swego, nieunosząca się gniewem, niepamiętająca złego, nieciesząca się z niesprawiedliwości lecz współweseląca się z prawdą, wszystko znosząca, wierząca we wszystko i we wszystkim pokładająca nadzieję, wszystko przetrzymująca  i nigdy nie ustająca!
      Podobno mamy wolność. Podobno.
Jak z niej korzystamy? Właśnie tak.
Wszystko możemy prawie bez ograniczeń, nie musimy być odpowiedzialni ani konsekwentni, możemy zmieniać zdanie w zależności od sytuacji, nie uznajemy honoru i przyzwoitości....Nie ufamy, nie wierzymy, asekurujemy się. Jesteśmy ostrożni i zimno wyrachowani....
Nie dbamy o relacje międzyludzkie, chyba, że nam się to opłaca. 
        A w pracy bardzo często rozdzielają nas boksami, ściankami i możemy się porozumiewać tylko mailowo lub telefonicznie...Bo jesteśmy tylko...zasobem ludzkim, nie zaś ludźmi...
      Pokolenie ludzi "róbta co chceta", a raczej róbta to, co się wam opłaca...Róbta tak, by wam było dobrze. Jesteście bogiem dla siebie bo Boga nie ma. Wasz los jest w waszych rękach...
No to i robią...



poniedziałek, 1 grudnia 2014

Ząb do usunięcia

Miałam zamówioną wizytę u stomatologa. Na czwartek.
Sporo czekałam, ale udało się!
Chirurgia szczękowa. Muszę usunąć "ósemkę" na górze po lewej.
Przykra sprawa. Cóż....
Przeżywałam już od poniedziałku. A jakże!
Podzieliłam się więc z koleżankami z pracy swoim zmartwieniem. 
- Ósemka? - ni to spytała, ni stwierdziła Marlenka - ooooo, to trzeba mieć prześwietlenie. Jaki korzeń ma. mały czy duży. I czy nie pokręcony albo splątany! - dodała z przekonaniem.
- Mam prześwietlenie. Wszystko ok, niesplątany! - stwierdziłam z tryumfem.
- Uuuuuu - zawyła rzewnie Joanna - tu by trzeba całej szczęki zdjęcie, to się nazywa... - tu utknęła - panto...pantograf... - dodała niepewnie.
- Pantogram albo penaten - zawyrokowała Mariola.
- PANTOMOGRAM! - krzyknęła pewnie Aśka - ja takie coś miałam jak mi usuwali, 120 złoty kosztuje! Ale masz potem wszystko jak idziesz wyrywać!
Poczułam się nieswojo.
- Ja to jak byłam na chirurgii, to taki dentysta był przystojny, pani się kładzie, powiada, a ja, że po co, pani się kładzie to pani tylko tam popatrzę. No to poprosiłam go coś na uspokojenie. A on tak stanął nade mną jak upiór i: pani otworzy usta! - na jednym wydechu wyrecytowała Asia.
- I co? I co? - rozgorączkowała się Marlenka.
- Zajrzał, a ja dalej siedzę z otwartymi ustami..A pielęgniarka do mnie: co pani ust nie zamyka? Ja na to, że: to rwać nie będziecie? A lekarz, że już wyrwany! - zakończyła Aśka z entuzjazmem.
Zrobiło mi się jakoś tak... błogo na duszy.
- Bać to się nie ma co - zabrała głos Marlena - teraz to oni tylko wkręcają takie coś jak korkociąg w zęba i już! A znieczulenie takie dają, że mogą ci nawet ŁEB URŻNĄĆ i nie poczujesz! - zakończyła z humorem.
Poczułam się znów tak sobie i zrobiło mi się niedobrze jak wyobraziłam sobie jak mi w znieczuleniu "łeb użynają". Jakoś to znieczulenie mnie nie przekonało nic a nic.
- A mój brat to nie ma wcale ósemek - stwierdziła zawsze opanowana Mariola - nie wyrosły mu.
- Ma, na pewno ma, ale w dziąśle! Mnie to tak strasznie bolało, jak mi wyrastały, jak byłam w twoim wieku, że wyłam przez miesiąc - zwróciła się do Marioli, Marlena - takie miałam kulki na dziąsłach i bolało to jak cholera! A potem zaraz mi się popsuły i trzeba było je powyrywać! Ale to bolało! Jakaś tam torbiel była pod zębem, lekarz powiedział, że jakby wiedział, to by się nie podjął! - dodała z przekonaniem.
Poczułam zawrót główny na myśl, że mogę TEŻ mieć torbiel.
- Bo taka torbiel jak się rozleje to uhhhhhhh! - zawyła Asia robiąc pełną boleści minę co podkreśliło dynamikę jej wypowiedzi.
- Tak. Zakażenie krwi MUROWANE! - zapewniła Mariola.
- A ja - odezwała się Joanna - to raz miałam rwany 45 minut ząb! 45 minut, macie pojęcie? Aż sąsiadka moja to myślała, że zasłabłam albo co! Nie mogła mi wyrwać, no nie dawała rady! Prywatnie to było! Potem pieniędzy wziąć nie chciała.
Wyszłam. Nie chciałam więcej słuchać.
A wizytę przełożyłam. Muszę to wszystko jeszcze raz przemyśleć!

niedziela, 9 listopada 2014

Boże Narodzenie już niebawem...

      Zbliżają się wielkimi krokami Święta Bożego Narodzenia.
Święta chrześcijańskie, związane z różnymi miłymi symbolami: choinką, opłatkiem, prezentami...
     Często nawet ludzie niepraktykujący religijnie wybierają się w wigilijną noc do kościoła, aby "zaliczyć" tradycyjną pasterkę, nie zawsze zresztą będąc w stanie całkowitej świadomości - patrz trzeźwości.
Tacy "wierzący" okazjonalnie, ale czy wierzący naprawdę? Czy można też ich nazwać katolikami, czy tylko "zarejestrowanymi" - ochrzczonymi zgodnie z wolą ich rodziców?
Co zrobili z tym darem Chrztu Św.????
Ale nie o tym...
       Tradycja obdarowywania się prezentami jest dawna i dla wszystkich chyba sympatyczna. 
Nie wspominam o kłopotach  z tym związanych, gdyż nie każdego stać na to, by spełnić marzenia swoich bliskich. Nie zawsze też prezenty okazują się trafione, czasem kupowane są w pośpiechu, nieprzemyślane lub wręcz przypadkowe. Aby były.
I warto się nad tym zastanowić, o co naprawdę chodzi w tym tak miłym, tradycyjnym geście.
       Prezent powinien być czymś związnym z odruchem serca, z tym, że myślimy o danej osobie, że chcemy sprawić jej przyjemność...Nie powinno się więc to wiązać głównie z wartością materialną, ale raczej...być kwestią uczuć, więc wynikiem tego wszystkiego co się w nas kumuluje w stosunku do osoby, którą obdarować pragniemy...
      Ale mój głos to głos wołającego na pustyni, więc już przestanę...
I tak będzie zatrzęsienie zabawek, krawatów, szalików, portfeli i promocyjnych kosmetyków...
Może tak ma być?

Swojego czasu popełniłam taki "twór":

Idą Święta

Już reklamy Coca Coli w "Ti Vi"
aż pod sufit "drzewka życzeń" stoją w centrach
sto neonów krzyczy: IDĄ ŚWIĘTA!
I dzieciaki zagadują o prezentach

Dom wysprzątać jeszcze trzeba
wypróbować te nowości
co to same wszystko czyszczą
bez wysiłku - do białości!

Na wyścigi kupujemy
przecież każdy z nas pamięta
byle więcej byle szybciej
bo...IDĄ ŚWIĘTA!

Są promocje i okazje
każdy chciałby coś odnaleźć
przepychają się już w tłoku
"niebiskupi" Mikołaje

Już nadeszły...
Pierwsza gwiazdka karp kupiony w wyprzedaży
i choinka plastikowa
Wnet się ziści pełnia marzeń!

Tylko Chrystus narodzony
leży cicho w swej stajence
ubogością żłóbka z sianem
nie wytrzymał konkurencji...

W tym pośpiechu zamieszaniu
gdy ma spełnić się życzenie
wszyscy naraz zapomnieli
że to BOGA NARODZENIE.

      Przy okazji jeszcze jedno...
Adam „Nergal” Darski i Maria Czubaszek biorą udział w reklamie sieci Empik. Bożonarodzeniowej....
Hmmmm...
Troszkę to dziwne. Osoby , które otwarcie mówią, że z chrześcijaństwem nic wspólnego nie mają...
Jak wiadomo, zwłaszcza Nergal zasłynął jako ten, który darł Biblię i podpalał krzyże oraz w programie Wojewódzkiego rozbrajająco szczerze wyznał , że cyt. „nie cierpi tego okresu, irytuje go bożonarodzeniowa otoczka, a żeby nie uczestniczyć w wigilijnej wieczerzy, wyjeżdża do ciepłych krajów”...





Teraz naraz promuje coś, co jest związane z tradycją chrześcijańską - obchodami Świąt...Cóż, widać wszystko jest na sprzedaż, kwestia ceny...
     Co do pani Marii Czubaszek...Zasłynęła ona z mocno kontrowersyjnych wypowiedzi promujących aborcję, co pozwala sądzić, że również z chrześcijaństwem ma niewiele wspólnego, więc tym bardziej raczej nie na miejscu jej udział w reklamie związanej w taki czy inny sposób z Świętem Kościoła Katolickiego...
Może to ma być prowokacja, których oststnio nam w karju nie brak, wspomnijmy choćby spektakl "Golgota picnic"...
Ano..."Róbta co chceta"...
I czekajcie na efekty...

poniedziałek, 29 września 2014

Mosuo

Moi Kochani,
      Kilka dni temu oglądałam program z Martyną Wojciechowską, pisarką, dziennikarką, a w szczególności wielką podróżniczką, obieżyświatką, globtroterką, zwolenniczką sportów ekstremalnych, prywatnie mamą szesnastoletniej córki, zagorzała przeciwniczka "instytucji" małżeństwa.
     Owoż Martyna w tym programie wyraziła swoją fascynację plemieniem Mosuo żyjącym w południowych Chinach.
     Kilka słów o tym plemieniu. Społeczność ta ma bardzo ciekawą konstrukcję. Zwłaszcza jeśli chodzi o pojęcie rodziny.
     Nie ma w ich języku określenia "mąż" i "ojciec". Kobiety są związane z mężczyznami tylko jako matki lub doraźnie - seksualnie, o ile mają na to ochotę. Biologiczny ojciec dziecka, w zasadzie nie pełni w żadnym sensie roli ojca, ani w kwestii praw, ani obowiązków. Nigdy nie opuszcza on domu swojej matki i bardziej jest związany z dziećmi swoich sióstr niż własnymi. Krótko mówiąc, zarówno kobieta, jak i mężczyzna, nie opuszczają swojego domu rodzinnego. Mężczyzna może być przyjmowany na noce przez kobietę, o ile ona ma na to ochotę. Konsekwencje tych wizyt, o ile takie zaistnieją, ponosi tylko i wyłącznie kobieta.



      Dlaczego piszę o tym?
Nie tylko ze względu na dziwność zjawiska, ale także ze względu na szokujący zachwyt pani Martyny nad takim właśnie modelem życia. Wojciechowska, jak wnioskuję, jest kobietą całkowicie "wyzwoloną" i małżeństwo jest dla niej czymś dalece niestosownym. Taka jej postawa przewijała się w całym programie.
Powiem szczerze, taka kobieta budzi we mnie mocno mieszane uczucia.
       Wg mnie to postawa mocno egoistyczna. Sprawienie z założenia, że dziecko nie ma obydwojga rodziców na co dzień ,jest patologią.
Rozumiem, gdy matka wychowuje samotnie dziecko z przyczyn niezależnych od niej, lub też w wyniku nieszczęśliwego splotu wydarzeń, ale zachwyt tym, że owe "wyzwolone" kobiety skazują własne dzieci na wychowywanie bez ojca jest po prostu chory.
     Niestety, w dzisiejszych czasach, różne rzeczy stara się wmówić społeczeństwu jak np. to, że dwóch tatusiów wychowa dziecko równie dobrze jak matka i ojciec, a nawet lepiej. 
     Moi mili, nie dajmy się zwariować! Na świecie jest taki porządek naturalny, że tylko model matka i ojciec gwarantuje dziecku prawidłowy rozwój, gdyż dziecko od urodzenia ma przykład roli matki i roli ojca, a te role jednak się różnią, ze względu choćby na różnice psychiczne kobiety i mężczyzny.
     Marnym argumentem jest tak chętnie przez niektóre środowiska (Biedroń & Co)używany argument, że zawsze to lepsze jak rodzina patologiczna lub dom dziecka. To tak jakby porównać pociąg i samochód. Albo nawet pociąg i zebrę. To są całkiem różne rzeczy. Mówimy o normalnej, zdrowej rodzinie: matka, ojciec, dziecko. I nikt mi nie powie, że dziecko będzie tak samo dobrze się rozwijać pod względem psychicznym i emocjonalnym oraz...seksualnym w pseudo rodzinie, gdzie mamusie są dwiema lesbijkami. Albo jest dwóch tatusiów homo. Podkreślam, że mamusie to lesbijki, nie matka i babcia wychowujące dziecko bo np. ojciec zmarł, albo nawet rodzice się rozeszli, to jest całkiem inny układ, inna relacja.
     Młodzi ludzie (i nie tylko młodzi) mają w dzisiejszych czasach różne wizje swojego życia.
Bardzo często są to wizje życia wygodnego, bez zobowiązań, bez konsekwencji tego, co się robi.
Czy rzeczywiście taki program "róbta co chceta" zagwarantuje szczęście?
Czy faktycznie żyjąc w ten sposób nie skrzywdzimy siebie i innych?
Może warto się nad tym czasem zastanowić...