czwartek, 8 sierpnia 2019

Miłość po japońsku

      Społeczeństwo powoli przyzwyczaja się do myśli, że są takie pary co to pani z panią albo pan z panem. Lobby gejowskie robi wszystko by z tym "tematem" oswoić tych, którzy jeszcze się bulwersują.
       Kiedyś światem rządziły proste reguły, a było to jeszcze niedawno. Owszem, zawsze "to" było, ale nie nazywano tego normą lub alternatywą dla związków hetero w sensie równości. Homoseksualizm określało się jako zboczenie lub wypaczenie. Koniec, kropka.  To z pewnością nie była norma.
      W Starożytności na przykład (i nie tylko) było wszystko, co można sobie wyobrazić. Wystarczy przeanalizować czasy Nerona, a jeszcze lepiej życiorys takiego np. Kaliguli. Fuj! Obrzydliwe.
Było tam i kazirodztwo i homoseksualizm i pedofilia i zoofilia i....wiele innych opcji.
       Homoseksualiści te fakty historyczne podają jako dowód, że było "to" zawsze , więc jest to normalne.
Cóż...Więc niebawem na tej zasadzie także zoofilia czy pedofilia stanie się normą jako, że zawsze istniały...
Ale ja nie o tym.
        Ostatnio, którejś nocy, obejrzałam sobie w tv taki program, który mnie zszokował.
Rzecz działa się w Japonii. Pan w wieku trochę więcej niż średnim, żonaty i dzieciaty, pewnego dnia zakochał się w lalce. Zobaczył ją na wystawie sklepowej i serce zabiło mu mocniej.
Laleczka była z serii takich bardziej erotycznych, miała wszystko to, co ma prawdziwa kobieta. No i oczywiście była wzrostu kobiety.
       Japończyk zapragnął laleczki i kupił ją za kwotę, w przeliczeniu na złotówki - ok. 30 tysięcy.
I tak się zaczęła jego "pasja".
       Wkrótce odszedł od żony (nieco już podstarzałej) i poświęcił całego siebie swojej nowej miłości.
Kupił lalce (która miała jakieś tam imię nawet) mnóstwo pięknych ubrań, seksowną bieliznę i wszystko, co byłoby potrzebne normalnej kobiecie.
Ale to nie wszystko.
Mężczyzna czesze ją, myje, ubiera. Przemawia do niej najczulszymi słowami. Wita się z nią i żegna. Wozi ją na wycieczki, daje "popatrzeć" przez lornetkę, pokazuje mapę....
        No kurcze, krótko mówiąc: kierunek Tworki, jak powiedziała moja koleżanka :)
Facio spotyka się ze swoją żoną i opowiada jej, jak spędzili czas (z lalą), pokazuje jej zdjęcia w plenerze, a żona stwierdza: no pięknie, wycieczka była udana, mieliście ładną pogodę.
Po prostu dom wariatów.
         Aha, zapomniałam jeszcze nadmienić, że Japończyk nie poprzestał na jednej "miłości". Potem doszła jeszcze jedna i jeszcze...Ma chyba trzy lub cztery. Taki jakby harem sobie urządził, erotoman zboczony.
       Najciekawsze jest to, że nie jest on jedyny w Japonii z tak dziwnymi preferencjami.
Laleczki idą jak woda, jest na nie popyt.
      Młodzi biznesmeni i podstarzali lowelasi nie chcą już związków z kobietami, ale często poprzestają na "związku" z silikonową lalunią.
Sodoma i Gomora. Albo gorzej.
Świat się kończy.
       I nie jest to kwestia tylko erotyczna, to nie są lale jak ze sklepu z tego typu "zabawkami".
Te lalki są "kochane" przez właścicieli. Są pięknie wykonane, mają często prawdziwe włosy i "skórę" w dotyku podobną do ludzkiej. Są idealne. Piękne, posłuszne i nad wyraz....małomówne :)
Zdrowa, hoża dziewoja odpada w przedbiegach w konkurencji z taką "damą".
        No bo co. Gada bez przerwy, wiecznie marudzi i ma pretensje. Krzyczy o obsikaną deskę, porzucone skarpetki czy rozwalone gazety. Nie przepada za transmisjami sportowymi i zapachem piwa w domu. Gdera i krzyczy, że wszystko na jej głowie. Przypala pieczeń, chodzi z kremem na twarzy i gada, gada, gada...Gada przez telefon, gada z koleżankami, sąsiadkami, gada w sklepie....
       Co prawda Japonki bardziej powściągliwe od Polek, ale...i tak szans nie mają.
A więc panowie, szable w dłoń i do laleczek!
      Jak się żona nie podoba (hihi) to uzbierajcie sobie te 30 patoli i zafundujcie niemowę.
I w końcu będzie można w spokoju zasiąść w galotach przed telewizorem, z piwkiem w garści.
Zobaczymy, jak długo wytrzymacie :)

środa, 10 lipca 2019

Pan Władek - z cyklu "Fachowcy"

      Zlew się popsuł. Elegancki, dwukomorowy, dobrej, niemieckiej firmy, której nie trzeba reklamować. Ale taka śrubka, która trzymała sitko się wzięła i rozpękła. Skorodowała na amen.
      Napisałam do producenta, zlew na gwarancji bezterminowej prawie, ja już będę wąchać kwiatki od spodu, a zlew ma w planie trwać, trwać i trwać...Na wieki wieków.
Producent przysłał 4 śrubki. Chwała mu za to. Szybko i konkretnie.
- UUUurrrraaaa - zakrzyknęłam ja, jak radziecki żołnierz idący w bój przeciwko czołgom.
      Wkręcam tę śrubkę ile sił. A tu nic.
Okazało się, że kawałek utknął w takiej tulejce nagwintowanej z PCV (chyba). Hydraulicy to wiedzą, ale nie ja. Co robić?
Grzebię i grzebię jak kura, w tej dziurze, bez efektów.
Hydraulika trzeba.
     Polecono mi pana Władka. Nie wiem, czy dobry, ale zawsze hydraulik - powiedział polecający pan Lesio, z pobliskiego sklepu z rzeczami z metalu (i nie tylko) z cyklu "urżnąć, pomalować, zaklajstrować, zapaćkać, przybić".
No dobra. Jak się nie ma co się lubi....
       Pan Władek, świetny fachura, trzy dni się umawiał. A to miał zadzwonić i nie zadzwonił. A to czasu nie miał. A to zarobiony był. A to, że "ma część poszukać".
       Po trzech dniach,  w końcu przyszedł. Części nie znalazł w swoich szpargałach, ale kupił. Za małe 30 zł. Wszystko więc , wydawałoby się, było na dobrej drodze.
      Okazało się, że część bez wlewu. A miało być z wlewem (cokolwiek by to nie było). Cóż...
Pan Władzio z zakłopotaniem podrapał się po głowie.
- O cholera, a miałem tą z wlewem w ręku, miałem! - zapewniał.
Spojrzałam na niego wymownie, a w tym spojrzeniu musiał pan Władzio dostrzec niedowierzanie albo  i co inne.
- Naprawdę miałem! - upierał się - I po co mi to? Może przyjmą..Ale opakowanie rozerwałem - zmartwił się.
- Może panu przyjmą - pocieszałam - jak nie, to na pewno się przyda.
- Ale 30 zł - jęczał jak Piekarski na mękach - A pani jest potrzebna ta druga KOMORA? Będzie pani korzystać?
Spojrzałam na niego wzrokiem Bazyliszka, więc już się nie odezwał, tylko uśmiechnął niemrawo.
Po chwili dodał - I farba mi się w samochodzie wylała. Już drugi raz!
Bardzo go pożałowałam.
- Olejna? - spytałam ze współczuciem.
- Nieeee. Emulsyjna. Ale cały dekiel wyleciał. Aż się ABS włączył!
- To może pan spróbuje TO naprawić - przypomniałam nieśmiało wskazując "pacjenta" czyli zlew.
- A co tam, w środku jest? - spytał ciekawie.
- Kawałek tej śruby utknął, przecież mówiłam - naprowadziłam go na trop.
- A ma pani taką śrubę? - spytał z nadzieją w głosie.
- Mam 4! Przysłali mi od producenta! - zakrzyknęłam z tryumfem.
Teraz pan Władzio był już "w domu". Sprawnie rozłączył szare rurki. Wyciągnął kawałek nieszczęsnej śrubki, potem skręcił to całe ustrojstwo. Trwało to ca 4 minuty.
- Gotowe! - zakrzyknął chwacko.
Ale może pan by sprawdził szczelność na wypełnionych komorach - zaproponowałam fachowo.
- Eeeeee, jakby miało kapać, to by kapało, a tu łooo - pokazał mi brudny palec.
- 30 zł się należy chociaż - przypomniało mu się - bo i w sklepie byłem po tę część!
Pomyślałam, że to w zasadzie on mi powinien zapłacić z pięć dych. Raz - za cierpliwość. Dwa - za fachowe porady. Trzy - za stratę czasu i nerwów. Cztery - że jego "bycie w sklepie" NIC, absolutnie nic nie wniosło do sprawy gdyż część była nie taka jak być powinna.
Ale zapłaciłam. W końcu klient nasz pan!

niedziela, 13 listopada 2016

Kumpel się żeni!

      Bobek był bardzo przejęty...
Dlaczego? Oooo...to była POWAŻNA sprawa.
Miał stracić kumpla. Na wieki wieków amen...Wszyscy jego koledzy mieli stracić tego kumpla, który miał być niebawem "pogrzebany" towarzysko.
Dobrze, że tylko towarzysko!
        Cóż więc się stało?
Sprawa w zasadzie prosta i stara jak świat. Kolega miał się ożenić. Koniec, kropka.
Stąd to przejęcie Bobka.
        Najpierw - zaskoczenie (gdy się dowiedział pocztą "adidasową" - pantoflowa to u "bab").
Potem - pogodzenie z sytuacją. Tym bardziej, że ślub miał być cokolwiek szybki, bo narzeczona się "zbrzusiła".  Znaczy się - była w ciąży, krótko mówiąc. Nic nadzwyczajnego - zwłaszcza w dzisiejszych czasach.
        A potem zaproszenie na ślub i weselicho!
Ślub - oczywiście w kościele o "wysokiej randze" , a weselicho - niewielkie co prawda - tylko na 100 osób - w restauracji hotelu Sobieski.
        Garnitur...Tiaaaa...Bobek dysponował takowym, jeszcze z matury...To jakieś 8 lat z okładem...
Fason przestarzały, spodnie - jak szarawary, marynara dłuuuuga...Bobek się krzywił. Nie może dać plamy! Fason być musi!
         Teraz garnitury inne! Popatrzcie sobie np. na współczesne seriale o młodych, gniewnych i kreatywnych ludziach sukcesu - prawnikach ("O mnie się nie martw") czy pracownikach agencji, redakcji lub banków.
Garnitur MUSI być rozmiar mniejszy. I we wzroście i w wymiarach. Klapy rozwalają się na boki i odsłaniają, przy wszelkich ruchach, umięśnioną klatę. Umięśnioną, oczywiście, nie od ciężkiej fizycznej pracy, lecz od "siłki"czy innych treningów rozwijających muskulaturę. Spodnie - mają być za krótkie deczko, wąskie i opięte. Takie trochę "metro":)
Garnitur musi być oczywiście kupiony w galerii, a nie na jakimś bazarku czy u prywaciarza. Do tego elegancka koszula - co najmniej Wólczanka!
Krawat - firmówka - jakiś tam Kevin Klein...Skarpety - długie do butów - w kolorze garnituru lub obuwia. Mogą być Tommy'ego Hilfigera czy jakoś...
        To wszystko Bobek "odptaszkował". Garnitur nabył z kolegą w promocji dwa w cenie jednego - Vistuli od Lewandowskiego:) Za "jedyne" i "okazyjne" tysiąc piŃcset:) Ciasny i krótki. Marynara za pępek, spodnie ledwo, ledwo...
       Kłopocik był zasznurować trzewiczki...Oj, kłopocik. Trzeba było stanąć w przykucu na jednej nodze, drugą wyciągnąć i dopiero. Spodnie z lekka trzeszczały.
Nooo, a już po zakąski sięgnąć będzie niemożliwie dwoma rękami. Plecy "trzasną".
Ale trzeba się pomęczyć by być trendy!
           Kwestia butów była dość drażliwa...Nie pomyślał! Czasu nie było!
Miał jakieś czarne, sznurowane, "garniturówki" - jeszcze od matury. Niemodne, ale cóż...Odczyściło się, wypolerowało jak lustro...Jeszcze tylko srebrna kopertka z "prezentem", jakiś wiecheć kwiatowy i...hajda na balety!
          Po kwiaty do galerii. Tam jest elegancka kwiaciarnia - postanowił Bobek. Będzie po drodze.
Wysiadł z impetem ze środka komunikacji miejskiej prosto na mokry przystanek i poczuł, że...w lewym bucie robi mu się cokolwiek wilgotno. Podejrzanie wilgotno. Ki diabeł!
Okazało się, że "leciwy" but w swojej niewątpliwej złośliwości rzeczy martwych, wziął i się "rozdupcył"!
Podeszwa pękła i tyle!
          I cały efekt wizualny postaci Bobka trafiłby szlag gdyby nie jego refleks i dysponowanie kartą płatniczą.
           W centrach handlowych butów pod dostatkiem więc Bobek ciepłą rączką wybulił te kilka stówek na eleganckie, czarne buciki, w których, już szczęśliwie i bez przygód dotarł na uroczystości.
A po zakąski starał się sięgać jedną ręką!!!!! 

niedziela, 15 marca 2015

Pokorne ciele

       Grażyna miała 25 lat i była całkiem niebrzydką kobietą.
Pracowała od pięciu lat w biurze na Jasnej i właśnie zmieniła dział.
      Dostała propozycję pracy w innej komórce i zdecydowała się na zmianę swojej ścieżki "kariery zawodowej.
Zresztą...nowa pracownia dawała jej lepsze perspektywy rozwoju. Więc....szybko podjęła decyzję.
- Pani Grażynko, będzie nam pani brak, ale rozumiemy, że tak będzie lepiej dla pani - wyrozumiały szef - Leszek Krupski, patrzył na nią z sympatią, gdy wszyscy obecni współpracownicy ją żegnali.
Co prawda nie odchodziła daleko, wszystko odbywało się w obrębie jednej instytucji, ale to już nie było to samo...
      Tu, zdążyła przyzwyczaić się do ludzi, poznać ich, wymienić poglądy, wysłuchać opowieści o rodzinach, znajomych, smucić się razem z nimi gdy były ku temu powody oraz cieszyć sukcesami ich dzieci, żon czy mężów...Ot, życie...
      Teraz miała to wszystko zostawić i iść na nowe...Jak tam będzie? Tego nie wiedziała...
Nie lubiła zmian, była nieśmiała, troszeczkę zakompleksiona.
Nowych współpracowników znała jedynie z widzenia.
      Kierownik działu - pan Henryk Zatorski był starszym mężczyzną, pewnym siebie, zadbanym, pachnącym zawsze dobrą wodą kolońską, który to zapach wzbijał się na korytarzu jeszcze kilka minut po jego przejściu. Twarz zdobiły spore okulary, był postawny, mocno zbudowany i jak na swój wiek dość atrakcyjny. Miał też opinię niezłego fachowca.
W każdym razie dział premie miał przyzwoite, co dla Grażyny było sprawą niebagatelną ponieważ, jak każda młoda kobieta miała swoje potrzeby - kosmetyki, ubrania, rozrywki...
      W dziale pracował też Zbigniew - stary kawaler koło czterdziestki, Elka, Jadwiga i Ewa. 
Ewa była niską, przysadzistą babeczką przed czterdziestką. Z urody przeciętna. Mąż, dwóch synów. Standard. Z tym, że mąż już od pół roku "siedział" w Niemczech, zarabiał marki...Musiał. Żona miała wymagania.
      Ewa była głucha. Prawie całkowicie. Można było jednak z nią się porozumiewać ponieważ słowa czytała z ruchu warg osoby z którą rozmawiała.
Grażyna trafiła do pokoju  do Ewy. I do kierownika.
        Zatorski miał w biurze opinię lovelasa. Podobno posiadał ileś dzieci w świecie i obecnie czwartą żonę. Mówiono o nim, że kawał łajdusa i "lubi te rzeczy".
       Ale w końcu jakie to miało znaczenie? Każdy jest jakiś...
Nie moja sprawa - myślała Grażynka - zresztą...może to tylko plotki - sama się uspokajała.
        Kierownik "posadził" Grażynę koło siebie. Biurko w biurko.
Troszkę ją to krępowało, ale musiała to przyjąć bo jakie miała inne wyjście?
- Pani Grażyno, mam nadzieję, że będzie się nam dobrze współpracować - powiedział szef na wstępie i mrugnął do niej wyblakłym okiem zza tych swoich wielkich okularów.
         Grażyna troszkę się speszyła. Nie należała do osób zbyt śmiałych i otwartych. Nie miała też takich bardzo istotnych cech jak pewność siebie i śmiałość. Jeśli ktoś zrobił jej przykrość lub wykorzystywał ją zawodowo, nie potrafiła zareagować. Zero asertywności.
        Od pierwszego dnia wykonywała swoją pracę pod badawczym wzrokiem kierownika.
Chyba nie zdecydowałaby się na przejście do tego działu, gdyby wiedziała, że tak będzie....
Teraz to nawet zaczynała żałować.
       Pan Henryk wyraźnie zaczynał ją adorować.
Bez przerwy ją zaczepiał. Coś od niej chciał, robił aluzje. Trącał niby niechcący albo obejmował. Tak po ojcowsku. Niby.
       Świadkiem tych sytuacji była głucha Ewa. Szef wyraźnie ją lubił i faworyzował, a jej osoba wcale niehamowała  go w umizgach.
- Pani Grażynko, my z Ewą się znamy, że hoho! Ewa, jak Zbyszek? - zwrócił się w kierunku podwładnej.
        Ewa sepleniła. Ale nie zbijało ją to z pantałyku, była wręcz nadmiernie gadatliwa. Zbyszek był od 15 lat jej mężem, a przy okazji kolegą Henryka.
- Zbysek dzwonił. Pewnie psyjedzie na swięta. Zadowooolony! - podsumowała przeciągle.
Szef spojrzał na nią z uznaniem.
- Pani Grażynko - zwrócił się do pracownicy tak, by Ewa nie "słyszała", zobaczy pani, jaka ta Ewa seksowna, jaki ma cyc! Zbyszek to chyba na te jej duże piersi poleciał! 
         Młoda kobieta stropiła się. Nie była przyzwyczajona do tak bezceremonialnej otwartości. Uśmiechnęła się blado patrząc krytycznie na Ewę. Trzeba przyznać, że zawsze była elegancka i zadbana. Wypielęgnowane dłonie o wylakierowanych paznokciach, modna fryzura, duże klipsy, zawsze staranny makijaż i obcasiki. Była niziutka i te obcasy dodawały jej i wzrostu i powabu.
        Tak mijały dnie. Grażyna dawała sobie radę w pracy, toteż szef załatwił jej dodatkową fuchę. Musiała zostawać po godzinach, ale bez zbytniego pośpiechu, termin wykonania był odległy...
        Pewnego dnia kobieta przeżyła szok.
Kierownik ni stąd ni zowąd podetknął jej pod nos "świerszczyk". Otworzył akurat na dość drastycznej stronie. 
- Pani popatrzy, te to potrafią! - stwierdził z uznaniem.
Grażyna spiekła raka. Krew uderzyła jej do głowy. Nie chciała patrzeć, a zmieszanie starała się pokryć bladym uśmiechem. Czuła, że Ewa obecna w pokoju badawczo ich obserwuje.
- Wie pani na co skarżą się prostytutki? - kontynuował temat wyraźnie zadowolony szef.
- ?????
- Że klienci przegryzają im brodawki! - wykrzyknął z tryumfem wykrzywiając się lubieżnie.
          Ewa wybuchła perlistym śmiechem i śmieli się teraz oboje.
Grażyna nie wiedziała jak się zachować i gdzie podziać oczy.
Kierownik patrzył na nią z dezaprobatą.
        A potem...Potem to już zaczęło się.
Czepiał się o wszystko. O zbyt wiele przedmiotów na biurku. Podobno bałagan. O zbyt powolną pracę. O zbyt długie wyjście do toalety...
- Co pani ma okres? - bombardował ją intymnymi pytaniami. Że niby tyle czasu spędziła w toalecie...
         Grażyna była bardzo zdenerwowana. Wiedziała, że coś jest na rzeczy.
Skończyła właśnie prace zlecone, za które przy premii miała dostać dodatkowe pieniądze. Całkiem niemałe.
         Przyszedł dzień wypłaty premii. Szef poinformował ile komu.
Okazało się, że dostała tyle samo co Ewa.
- Panie kierowniku - zaczepiła go na osobności - przepraszam, ale obiecał mi pan dodatkowe pieniądze za dodatkową pracę...Zostawałam po godzinach - upominała się nieśmiało
- Już pani otrzymała te pieniądze właśnie w ramach premii! -stwierdził kategorycznie i sucho.
- Ależ....ja dostałam tyle samo co pani Ewa...Ona nie wykonywała prac dodatkowych - wysiliła się na delikatny ton.
- A ile pani czasu tu pracuje? Co się pani porównuje? Ma pani dzieci, męża? Po co pani pieniądze? - ryczał już nie udając wcale ani życzliwego, ani pełnego do niej sympatii.
        Rozbolała ją głowa, w oczach stanęły jej łzy...Taka niesprawiedliwość! Takie upokorzenie!
Poszła do dyrektora.
        Dyrektor razem z panem Henrykiem byli członkami organizacji partyjnej w instytucji. Popierali się wzajemnie z jej ramienia. Chociażby.
      Gdy przedstawiła swoją sprawę - naiwnie licząc na sprawiedliwe potraktowanie - dyrektor natychmiast wezwał Zatorskiego.
Co było dalej, nietrudno się domyśleć...
      Obaj naskoczyli na Grażynę z argumentami typu: po co pani pieniądze, za krótko pani pracuje, nie ma pani męża ani dzieci...Na koniec nastąpiła konkluzja z ust jej szefa: pani Grażyno, niech pani zapamięta, pokorne ciele dwie matki ssie!
To ją całkiem upokorzyło....
Po dwóch miesiącach pracowała już w całkiem innej instytucji.....


czwartek, 19 lutego 2015

Szczęście w jesieni...

       Agnieszka była piękną dziewczyną. Przypominała trochę sienkiewiczowską Helenę Kuncewiczównę, a trochę tołstojowską Annę Kareninę. Z Heleny miała czarne włosy uplecione w gruby warkocz, a z Anny - przepyszną figurę.
Powodzenie u chłopaków miała że uch!
       Chłopcy latali za nią, chcieli na wyścigi się umawiać. Kto pierwszy ten lepszy!
A ona ochoczo korzystała z tego, co dała jej natura. Przebierała w zakochanych jak w przysłowiowych ulęgałkach! 
No i lubiła się całować! A potem to i nie tylko to!
       To znaczy, nie żeby zaraz...Przynajmniej nie z każdym! I nie od razu.
Gdy miała 18 lat poznała Trybiczka. Takie miał dziwne nazwisko.
         Fajny był, męski, podobał się jej...Spotkali się raz, drugi, poszli na dyskotekę, bo zabawić się Agnieszka lubiła, oj lubiła. I alkohol też. A i papieroskiem nie wzgardziła. Ot, takie grzeszki młodości...
Po dwóch miesiącach znajomości z Trybiczkiem (Trybiczek w zasadzie Leon miał na imię) , jakoś tak wyszło, że jej się spóźniało. Spóżniało i spóźniało, a potem to już był czwarty miesiąc.
        Leon był zachwycony, więc w piątym szła do ślubu.
Specjalnie nie było nawet po niej widać, a suknię białą miała jak śnieg w górach i mirt w welonie. Weselisko na 140 osób. Wszyscy się radowali i tylko niektóre ciotki coś tam komentowały. Że niby Leon się spił jak świnia na własnym weselu...Ale co tam!
Wiadomo, stare baby zawsze plotkują!
        Trybiczek nosił swoją żonusię na rękach, póki mógł, znaczy póki nie nabrała bardziej pełnych kształtów.
Był idealnym mężem. Nawet buty Agnisi sznurował. Chodził po zakupy, kupił łóżeczko, wózek...
       Że nie miał stałej pracy to szczegół. Rodzina pomagała. A i z wesela sporo zostało.
Tylko, że...nie starczyło to na długo, bo Trybiczek lubił wydawać pieniądze, a zarabiać...wręcz odwrotnie.
       Fakt faktem, gdzieś w maju, dziecko przyszło na świat. 
Dziewczynka.
Dali jej Joasia na imię. 
          Agnieszka zajęła się dzieckiem, a Leon...kolegami. Podział obowiązków był "sprawiedliwy".
On - dorywcza praca, koledzy, piwko, bary, koczowanie w parku, ona - dom, dziecko, pieluchy, pranie, prasowanie, gotowanie.
          Na szczęście pomagała jej matka, co utwierdziło beztroskiego Leona w przekonaniu, że jego rola w tej rodzinie się skończyła. 
Zresztą...rzadko bywał w domu, bo...płacz małej przeszkadzał mu w wypoczynku po "pracy".
         Zmienił się też nie do poznania. Nie tylko nie nosił swojej Agusi na rękach, ale nawet własną małą córeczkę brał tylko sporadycznie. Był zmęczony. Hałas, krzyk, zapach kupek, mleka...Nie pasowało mu to!
          I ten bałagan! Stale suszące się pieluchy, rozłożone prasowanie, sterty zabawek i kaftaników...
- Nie takiego życia, syneczku chciałam dla ciebie! - płakała jego matka. Wypoczynek ci się należy, chwili spokoju nie masz - żałowała go czule i szczerze.
       Trybiczek bardzo chciał mieć dziecko, ale miał 23 lata i "biedaczek" nie wiedział, że dziecko to płacz, choroby i zmartwienia. Myślał, że będzie wieczna sielanka, że dziecko będzie cały czas spało i obudzi się dopiero na własną osiemnastkę!
        A tu jak nie szczepienia , to bilanse w przychodni, jak nie ortopeda, to okulista...Raz nawet pogotowie przyjechało, mała trafiła do szpitala z podejrzeniem zapalenia płuc...Agnieszka szalała, on się irytował. Na nią.
- Co z  ciebie za matka? Jak ty dbasz o dziecko? Ja ciężko pracuję, ty masz tylko pilnować dziecka i domu! - krzyczał.
- A ty? Od czego ty jesteś? Tatuś się znalazł od siedmiu boleści! - odpaliła mu ona.
- W ogóle się nie nadajesz na żonę ani na matkę. Jesteś do niczego! Nawet kochanka z ciebie poniżej krytyki! - wydzierał się na cały dom Trybiczek.
- A z tobą życie to piekło! Mam cię dosyć!
- Dosyć? Ty kobieto, nie wiesz, z kim masz do czynienia! Nigdy nie potrafiłaś mnie docenić! Ani mnie, ani mojej harówki! Jak ci nie pasuje, poszukaj drugiego takiego jelenia, uważaj jak znajdziesz!
       Awantury były coraz częściej. Dziecko rosło...
Po dwóch latach mordęgi rozstali się. Jak należy, w sądzie. 
       On wrócił do mamusi, która przyjęła swojego Leosia z otwartymi ramionami, ona została w mieszkaniu po babci. 
         Mała Joasia rosła jak na drożdżach, z tatusiem widząc się sporadycznie. 
Sąd zasądził widzenia, ale Trybiczek był obrażony na Agniechę, do tego stopnia, że o alimentach też często zapominał. Ale za to przychodził na Wigilię z prezentem - duża lala co zamykała oczka i mówiła "mama" albo wielki miś, potem mebelki, książeczki. Raz na rok był prezent. Wybrany przez Elżbietę, jego obecną "narzeczoną". Albo też Hannę, Luizę, Katarzynę...Zależy od roku...
        Bo narzeczone się zmieniały. Leon wiązać się nie chciał, miał czas.
Ponadto sparzył się i zawiódł bardzo na Agnieszce! Takie są baby! - mawiał do kolegów.
        Gdy Joasia miała szesnaście lat, zaczęła wagarować. Matka pracowała, nie miała jak upilnować...
W domu się nie przelewało, choć babcia pomagała jak mogła...
        Joasia była skryta, obracała się w jakimś nieciekawym towarzystwie, co głośno komentowały sąsiadki. Matka wiecznie nie miała czasu. Pracowała. Musiała dom utrzymać.
         Aśka czasem przychodziła do domu pod wpływem alkoholu, a czasem oczy miała jakieś takie...dziwne.
Okazało się, że bierze. 
         A potem wyszło, że jest w ciąży.
Miała 20 lat jak urodziła Kasię. Tatusia wskazać nie chciała....Może nawet nie wiedziała, który to...
       Agnieszka pomagała chować dziecko, Joanna zaś...szalała.
Coraz częściej nie wracała na noce. 
       W tym czasie zmarła matka Agnieszki, zostawiła maleńkie mieszkanko na Powiślu. Tam przeprowadziła się Joanna. Oczywiście z córeczką.
         Agnieszka  płakała po stracie własnej matki, ale cóż, życie musiało toczyć się dalej...
Cieszyła się, że Aśka w końcu jakoś się "usamodzielni", stanie się bardziej odpowiedzialna, skończy z "balangowaniem".
     Dziecko nieźle sobie radziło w żłobku, do którego oddała je matka, sama pracując i zarabiając nawet znośnie...Co prawda, nie miała specjalnego wykształcenia, ale rekompensowała jego brak urodą i sprytem...
       Zatrudniona była w eleganckim butiku...
Miała bardzo wyrozumiałą szefową, która  przymykała oko na częste absencje dziewczyny. Ano, ma małe dziecko - tłumaczyła sobie.
      Tym czasem Asia "ćpała". Była już uzależniona i traciła kontrolę nad swoim życiem...
Kiedyś dziecko bardzo płakało. Płakało i płakało. Sąsiedzi zadzwonili po policję. Weszli. Zobaczyli zaniedbaną małą i leżącą nieprzytomną prawie, jej matkę...
       Chcieli zabrać prawa rodzicielskie, dziecko miało trafić do domu dziecka...
Agnieszka powiedziała: NIE. 
        Podjęła się opieki nad wnuczką. Sąd uczynił ją prawnym opiekunem. Sprawa się więc jakoś rozwiązała...
         Joanna trochę się leczyła, ale specjalnie do swojej małej się nie garnęła. Cieszyła się z sytuacji, gdy dziecko ma opiekę, a ona...święty spokój. 
       Od czasu do czasu przychodziła, ale mała Kasia już traktowała Agnieszkę jak swoją mamę. Miała osiem lat....
          Nawet nie tęskniła...Ani ona za matką, ani matka za nią. Babcia chyba wypełniła całkowicie miejsce w maleńkim serduszku Kasi...
        Zebrania, zajęcia, lekarze, lekcje...A Agnieszka miała już grubo po czterdziestce...
Nie było jednak innego wyjścia.
        W końcu poznała Witolda. Uśmiechnął się do niej los!
Witek był ustatkowanym, poważnym wdowcem, miał dwie córki, sam był dziadkiem.
        Chętnie zaopiekował się babcią Agnieszką i jej wnuczką. Był dobrym człowiekiem...
Po roku "chodzenia" wziął ślub z Agą i pełnił obowiązki męża, dziadka i gospodarza w sposób odpowiedzialny i przyzwoity...
             Czasem widziało się tę trójkę jak idą z dwunastoletnią już małą, na zakupy albo do kina...
- Jak to dobrze Wiciu, że cię mam - mówiła ciepło żona do swojego męża - jesteś moim prezentem od losu w jesieni życia.
        A on tylko mruczal z zadowoleniem całując dojrzałą, ale nadal urokliwą kobietę.


poniedziałek, 2 lutego 2015

W kościele...

        Dziś Święto mamy. Katolicy znaczy.
Matki Boskiej Gromnicznej czyli Ofiarowania Pańskiego. Jakby ktoś nie wiedział.
       Ale nie mam zamiaru tu indoktrynować, raczej chcę opisać ciekawe pewne zjawisko, którego byłam świadkiem, właśnie w świątyni...
        Nie żebym tam zaraz się aż tak rozglądała, ale...samo się w oczy rzuciło. To zjawisko.
Jak wiadomo, w tym dniu zapala się gromnice w kościele, a te z kolei są święcone itede.
No to zapaliłam. 
      Na przeciwko, w ławce siedziała starsza pani. Szary berecik (chyba nie z moheru!), wielkie okularki jak u sowy (choć przecie sowa w okularach nie chodzi), kołnierz futrzany no i znak charakterystyczny w tym dniu - gromnica w dłoni. Świeca posiadała osłonkę i misternie utrefioną wstążeczkę koloru błękitnego (kolor Maryjny).
      Widać, że kobicina się starała.
Świeca paliła się jakoś tak...mizernie.
       Babinka z niepokojem zerkała na płomień. W końcu zaczęła go podsycać, by nie zgasł.
Najpierw próbowała zapałką wyżłobić rowek wokół knotka, zawczasu wyskubanego pieczołowicie paznokciami. Nie pomogło, płomień był dalej mizerny.
       Babcia zaczęła więc "dorzucać drew" - zapałek znaczy. 
Płomień buchnął na kilkanaście centymetrów. Kobieta popatrzyła na niego z uznaniem.
Potem już sukcesywnie "dowalała szczapek". Płomień buchał jak z miotacza ogniowego.
        Ale tego było babince mało. Palcem poczęła ugniatać wosk naokoło knotka.
Potem znów płomień buchnął na piętnaście centymetrów w górę. Babcia uśmiechnęła się do siebie.
       Jej radość jednak nie trwała długo. Chyba zabrakło jej zapałek.
Zaczęła więc szukać "paliwa" gdzie indziej. Paznokciem oskrobała osłonkę o kształcie tulipana. Uzyskany wosk podrzuciła płomieniowi "na pożarcie".
Świeca jakoś się paliła...Ale jednak niezbyt satysfakcjonująco. 
        Babcia w końcu ją zgasiła. Chyba straciła cierpliwość.
"Będzie spokój" - pomyślałam z ulgą. Ale moje nadzieje były płonne.
        Okazało się, że babinka wypaprała stearyną ławkę. Już zamaszyście czyściła ją chusteczką higieniczną, aż cała ławka się trzęsła, a pozostałe trzy staruszki podskakiwały. 
         Kobieta cierpliwie nacierała ławkę, świecę postawiła obok. Zgaszoną.
Czuła wsparcie parafianek siedzących obok.
         Uczynne "sąsiadki"  użyczyły jej nawet kilku chusteczek. Chyba jej współczuły z powodu kłopotu.
       Już cała ławka była zaangażowana. Babcie ze zrozumieniem kiwały główkami odzianymi w berety i kapelusiki.
        Potem okazało się, że wióry stearyny upaprały babci kapotę. Stearyna była nawet w futrzanym kołnierzu.
"Moherowy beret" począł trzepać wszystko po kolei. Zaczęła od kołnierza jadąc w dół: klatka piersiowa, brzuch, kolana. 
          Wtedy była już Ewangelia.
Babcia zaczęła zbierać "obierki" stearyny w chusteczkę ofiarowaną przez życzliwą "sąsiadkę" z ławki, siedzącą najbliżej.
         Okazało się, że ławkę można doskrobać paznokciem. Szło dobrze. Słychać było skrobanie.
Potem gromnica spadła staruszce pod ławkę.
       Babcia zaczęła wiercić się nerwowo. Gromnica potoczyła się pod klęcznik.
Jakoś udało się kobiecie ją wydłubać. Westchnęła z ulgą, po czym odkryła, że na świecy jest sporo stearyny do odskrobania, na "tulipanie" też. Wszystko co uzyskała, skrzętnie ukryła w białej chusteczce jednorazowej.
         Potem się uspokoiła. Chyba była usatysfakcjonowana swoim zbiorem.
A później to był już koniec mszy świętej. 
Wszyscy odeszli w pokoju.

sobota, 31 stycznia 2015

Zygmuś

       Zygmuś urody był, jak to mówią, dość nienachalnej. Twarz pociągła jak u konia i takaż z wyglądu: wielkie zęby (mocno zepsute i pożółkłe od nikotyny), rozdęte nozdrza...
Gdy patrzyło się na niego, na usta cisnęło się, by wydać z siebie głos paszczą: IIIIIIHAAAAAAAHAAAAAAHAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!
         Był taki znany aktor francuski, doskonały komik - Fernandel.
No to Zygmuś wyglądał mniej więcej jak on:)



Stylizował się, co prawda, w sposób troszkę uwspółcześniony, ale podobieństwo jednak uderzało.
Rzadkie włoski koloru bylejakiego (chyba ciemny blond) ułożone w niedbałą mandolinkę, jakiś zszarzały podkoszulek i dżinsy z Pewexu dopełniały wizerunku  naszego amanta.
Spodnie, mocno sprane, opinały  dość zgrabną pupę i krzywe nogi.
        Dodam tylko jeszcze, że Zyga palił papierosy jeden za drugim no i...pił hektolitry kawy jak również inne trunki. Procentowe, oczywiście.
        Zygmuś, pomimo swojego nieatrakcyjnego wyglądu, miał wprost szalone powodzenie u kobiet, co było nie lada fenomenem.  Kobiety dosłownie "waliły" do niego drzwiami i oknami. A on skwapliwie z tego korzystał.
Był znanym podrywaczem i "kasownikiem":)
W zasadzie to on podrywać nawet nie musiał, on tylko "kasował".
        Gdzie się nie pokazał, zaraz obok pojawiały się bardzo piękne panie chętne do nawiązania "głębszej" znajomości, najlepiej trwającej "aż po grób".
         Kochały się w Zygmusiu najpiękniejsze dziewczyny stolicy. I okolic. I każda pragnęła go w końcu usidlić...
Jednej się to udało...
        Na imię miała Alinka i była piękna jak marzenie. Subtelna buzia bogini jak z obrazu Sandra Botticiellego Narodziny Venus - tylko włosy miała czarne jak skrzydło kruka.




         Delikatna uroda, wrażliwość, subtelność - to wszystko spowodowało się, że Zygmunt w końcu powiedział sakramentalne "tak".
           Alinka kochała swojego męża nad życie, była w niego zapatrzona do tego stopnia, że ślepa pozostała na te "lekkie" niedociągnięcia, których była świadkiem lub też tylko się ich domyślała.
         A mężuś korzystał z tego jej "zapatrzenia" w sposób nieograniczony.
W dochowaniu "miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej" wytrzymał może ze dwa lata. Akurat do momentu kiedy to przyszła na świat jego śliczna jak mama, córeczka - Gosia.
Zygmuś dopiero wtedy poczuł, że obowiązki męża i ojca są dla niego nie do uniesienia.
         Był człowiekiem szalenie towarzyskim, z wyjątkowym poczuciem humoru, nieudawanym luzem i młodzieńczej beztrosce, toteż dalej, mimo czterdziestki na karku, podobał się płci przeciwnej. I to bardzo.
          Muszę stwierdzić, że miał w sobie to coś...
Był w sposób oryginalny czarujący, a krzywe nóżki pod opiętymi dżinsami dodawały mu męskiego seksapeelu...Babki żyć mu nie dawały wydzwaniając do niego, proponując spotkania, czasem nachodząc w pracy...Wszystkie piękne, młode, zgrabne i...chętne.
        Zygmunt czasem odmawiał, a czasem wręcz przeciwnie.
Bywało, że na parę dni znikał z  domu, a Alinka...czekała.
          Czyniła mu wyrzuty, płakała, błagała, a na końcu on robił te swoje słodkie oczka jak u Johna Belushi'ego w roli Jake Bluesa w filmie Blues Brothers (scena kiedy to ścigająca go, narzeczona, której zwiał sprzed ołtarza, próbuje wymierzyć mu sprawiedliwość przy pomocy broni palnej czy tam miotacza) i wszystko cichło. I byli znów kochającą się parą.
        Do następnego razu, oczywiście.
I sytuacja znów się powtarzała...
I tak w koło Wojciechu...
         Zygmuś w domu był wspaniałym gospodarzem: zaradny, starowny, majsterkował, a nawet gotował.
A że miał wyjątkowo wybujały temperament, wszystko szło mu szybko i sprawnie. Nawet gdy bił schab na kotlety, to się kurzyło:)
      Zygmunt miał też szalone pomysły.
Raz skombinował dla swojej córeczki pieska. Śliczny to był okaz zwierzęcia: mordka sympatyczna, troszkę przypominał spaniela...Wariat jak...jego właścieciel.
         Może zresztą i nie był wariatem, ale przy takim panu jaki mu się trafił, to każdy by zwariował.
Wyjeżdżał wtedy Zygmunt na wczasy z rodziną. Co zrobić z psem?
         Decyzja była natychmiastowa: zostawić go mnie.
Wzbraniałam się, nie chciałam, ale tu nie było żadnej dyskusji, zostałam postawiona pod murem i już.
           Nie będę opisywać, jakie piekło przeszłam z tym Jogim (tak się wabiło to bydle). Pies cały czas mi uciekał i chciał się bawić. Musiałam rzucać mu kapcia (on to lubi! - przykazał mi Zygmunt przed wyjazdem) i w ogóle to...schudłam przez dwa tygodnie 4 kilo...Z nerwów i w wyniku aktywności fizycznej (ganianie psa).
Zygmuś był taki jakiś.. wzbudzający sympatię i...pobłażliwość. Krótko mówiąc, wszyscy go lubili, nikt nie odmawiał mu niczego, a w pracy, choć często zawodził (z powodu nadmiernego nadużywania napojów wyskokowych tudzież pociągu do dam, u których często zostawał na noc i w pracy następnego dnia się nie stawiał z powodu zmęczenia i niedyspozycji) wszyscy go kryli, usprawiedliwiali i patrzyli przez palce na jego niesubordynację.
        Co było potem z Zygą to nie wiem, wiem natomiast , że wyjechał do Stanów, podobno za chlebem...
Raz nawet do mnie dzwonił, był wtedy "na bani" i jawił się jako wyjątkowo szczery...
To znaczy...odradzał mi małżeństwo:)))))
Czyli, że życzył mi dobrze :D
       Taki właśnie był mój kolega Zygmuś....


sobota, 17 stycznia 2015

Róbta co chceta

       Często przemieszczam się publicznymi środkami komunikacji miejskiej, najczęściej tramwajami.
Nawet nie jest mi przykro z tego powodu, choć często cierpię niewygody - stanie w tłoku i wdychanie cudzych "zapaszków" (szczególnie latem jest czasem ciężko wytrzymać), hałas, kaszel i kichanie prosto w twarz lub w....szyję itp. Brrrrrrrr:)
      Bywa, ktoś na nodze stanie albo szturchnie torbą albo da "sójkę" w bok.
Ale w sumie to nie żałuję bo bilans zysków i strat wychodzi dodatnio. Oczywiście na korzyść tyhc pierwszych:)
       Tramwaj to doskonałe miejsce na obserwacje ludzi. 
A ludzi obserwuje zawsze, nawet bezwiednie, mimo woli. Koduję szczegóły ubioru, rysy twarzy, zachowania...
      Potem bardzo często spotykam tych samych ludzi w innym miejscu i odkrywam, że znam tę osobę, tylko...nie wiem skąd:)
       Ale dziś chciałam napisać o młodzieży.
Młodzież jest dobra, wspaniała i kochana.
Nieprawdą jest, że mamy złą młodzież, młodzież jest po prostu dokładnie taka, jaką ją wychowaliśmy/wychowujemy.
       Stoi chłopak z wielkim plecakiem na plecach w drzwiach tramwaju. Z tyłu napierają ludzie. Stoi, ani drgnie. W uszach słuchawki, muzyka głośna aż słychać naokoło. Przystanek. Ludzie chcą wysiadać. On nawet nie drgnie. Nie widzi, nie słyszy. Co go to? Ludzie się złoszczą. Niechętnie ustępuje z drogi nie zmieniając wyrazu twarzy - maski. 



       Dziewczyna młoda siedzi, a wzrok ma wlepiony w netbook. Czyta. Do szkoły jedzie, albo na studia. Szkoda czasu. Gdzieś z tyłu staruszka, ale ona tego nie widzi, musi przeczytać. ONA MUSI mieć miejsce! 
         Następny młody człowiek przebiera palcami na klawiaturze komórki. Puszcza SMS. Potem odbiera. Śmieje się do swojego nowoczesnego telefonu, czy częściej smartfonu. Jest całkowicie wyizolowany ze świata , który go otacza. Gdyby go spytać o to, czy wie kto stoi koło niego i wymienił przynajmniej jedną osobę - on nie będzie wiedział, nie potrafi. 


     Matka z dzieckiem w błękitnej czapeczce, staruszka z wielką torbą, dziewczynki jadące do szkoły podrygujące i zaśmiewające się beztrosko (pewnie szósta klasa), urzędniczka śpiesząca się do pracy, facet z brodą po czterdziestce, gimnazjalistka z plecakiem Nike... Ci wszyscy są dla niego ludźmi bez twarzy. Nic nieznacząca grupa. To nie są jego bliźni. Zresztą...nie ma powodu by się nimi interesować...
       Nie widzi więc, że stojąca obok kobieta nagle blednie, a na jej czole widać kropelki potu. Jest w drugim miesiącu ciąży...
       Oczywiście sytuację tę przedstawiłam troszkę przerysowaną.
Czy wiecie dlaczego?
Otóż dlatego, że bardzo często zastanawiam się nad tym, jaki wpływ ma rozwój cywilizacji, pęd życia i jego styl na relacje między ludźmi...
        Nie mamy czasu dla siebie. Boimy się siebie. Boimy się podejmowania zobowiązań i odpowiedzialności za siebie i...drugiego człowieka. 
Stąd też niechęć do wiązania się na stałe, na dobre i na złe, jak to się mówi "do grobowej deski". I mówię tu i o związkach sakramentalnych i o zwyczajnych "kontraktach" cywilnych. 
       Czy kiedyś młodzi ludzie zawierając związki małżeńskie myśleli o tak dziś modnych, intercyzach?
Szli "jak w dym" za głosem miłości, wierząc, że jest to na zawsze...
A dzisiaj?
Pobierają się (jeśli w ogóle) zakładając często, że...może się to wszystko zmienić bo w życiu bywa różnie...
Może się "wypalić", "przejeść", znudzić...Mąż pzestanie imponować, a żona okaże się płytką plotkarką i marną gospodynią.
     To znaczy, że co? Nie są pewni albo siebie, albo partnera, a więc nie są pewni łączącej ich miłości...
Miłości, która ma być cierpliwa, łaskawa, niezazdrosna, nieszukająca poklasku, nieunosząca się pychą, niedopuszczająca się bezwstydu, nieszukająca swego, nieunosząca się gniewem, niepamiętająca złego, nieciesząca się z niesprawiedliwości lecz współweseląca się z prawdą, wszystko znosząca, wierząca we wszystko i we wszystkim pokładająca nadzieję, wszystko przetrzymująca  i nigdy nie ustająca!
      Podobno mamy wolność. Podobno.
Jak z niej korzystamy? Właśnie tak.
Wszystko możemy prawie bez ograniczeń, nie musimy być odpowiedzialni ani konsekwentni, możemy zmieniać zdanie w zależności od sytuacji, nie uznajemy honoru i przyzwoitości....Nie ufamy, nie wierzymy, asekurujemy się. Jesteśmy ostrożni i zimno wyrachowani....
Nie dbamy o relacje międzyludzkie, chyba, że nam się to opłaca. 
        A w pracy bardzo często rozdzielają nas boksami, ściankami i możemy się porozumiewać tylko mailowo lub telefonicznie...Bo jesteśmy tylko...zasobem ludzkim, nie zaś ludźmi...
      Pokolenie ludzi "róbta co chceta", a raczej róbta to, co się wam opłaca...Róbta tak, by wam było dobrze. Jesteście bogiem dla siebie bo Boga nie ma. Wasz los jest w waszych rękach...
No to i robią...



poniedziałek, 1 grudnia 2014

Ząb do usunięcia

Miałam zamówioną wizytę u stomatologa. Na czwartek.
Sporo czekałam, ale udało się!
Chirurgia szczękowa. Muszę usunąć "ósemkę" na górze po lewej.
Przykra sprawa. Cóż....
Przeżywałam już od poniedziałku. A jakże!
Podzieliłam się więc z koleżankami z pracy swoim zmartwieniem. 
- Ósemka? - ni to spytała, ni stwierdziła Marlenka - ooooo, to trzeba mieć prześwietlenie. Jaki korzeń ma. mały czy duży. I czy nie pokręcony albo splątany! - dodała z przekonaniem.
- Mam prześwietlenie. Wszystko ok, niesplątany! - stwierdziłam z tryumfem.
- Uuuuuu - zawyła rzewnie Joanna - tu by trzeba całej szczęki zdjęcie, to się nazywa... - tu utknęła - panto...pantograf... - dodała niepewnie.
- Pantogram albo penaten - zawyrokowała Mariola.
- PANTOMOGRAM! - krzyknęła pewnie Aśka - ja takie coś miałam jak mi usuwali, 120 złoty kosztuje! Ale masz potem wszystko jak idziesz wyrywać!
Poczułam się nieswojo.
- Ja to jak byłam na chirurgii, to taki dentysta był przystojny, pani się kładzie, powiada, a ja, że po co, pani się kładzie to pani tylko tam popatrzę. No to poprosiłam go coś na uspokojenie. A on tak stanął nade mną jak upiór i: pani otworzy usta! - na jednym wydechu wyrecytowała Asia.
- I co? I co? - rozgorączkowała się Marlenka.
- Zajrzał, a ja dalej siedzę z otwartymi ustami..A pielęgniarka do mnie: co pani ust nie zamyka? Ja na to, że: to rwać nie będziecie? A lekarz, że już wyrwany! - zakończyła Aśka z entuzjazmem.
Zrobiło mi się jakoś tak... błogo na duszy.
- Bać to się nie ma co - zabrała głos Marlena - teraz to oni tylko wkręcają takie coś jak korkociąg w zęba i już! A znieczulenie takie dają, że mogą ci nawet ŁEB URŻNĄĆ i nie poczujesz! - zakończyła z humorem.
Poczułam się znów tak sobie i zrobiło mi się niedobrze jak wyobraziłam sobie jak mi w znieczuleniu "łeb użynają". Jakoś to znieczulenie mnie nie przekonało nic a nic.
- A mój brat to nie ma wcale ósemek - stwierdziła zawsze opanowana Mariola - nie wyrosły mu.
- Ma, na pewno ma, ale w dziąśle! Mnie to tak strasznie bolało, jak mi wyrastały, jak byłam w twoim wieku, że wyłam przez miesiąc - zwróciła się do Marioli, Marlena - takie miałam kulki na dziąsłach i bolało to jak cholera! A potem zaraz mi się popsuły i trzeba było je powyrywać! Ale to bolało! Jakaś tam torbiel była pod zębem, lekarz powiedział, że jakby wiedział, to by się nie podjął! - dodała z przekonaniem.
Poczułam zawrót główny na myśl, że mogę TEŻ mieć torbiel.
- Bo taka torbiel jak się rozleje to uhhhhhhh! - zawyła Asia robiąc pełną boleści minę co podkreśliło dynamikę jej wypowiedzi.
- Tak. Zakażenie krwi MUROWANE! - zapewniła Mariola.
- A ja - odezwała się Joanna - to raz miałam rwany 45 minut ząb! 45 minut, macie pojęcie? Aż sąsiadka moja to myślała, że zasłabłam albo co! Nie mogła mi wyrwać, no nie dawała rady! Prywatnie to było! Potem pieniędzy wziąć nie chciała.
Wyszłam. Nie chciałam więcej słuchać.
A wizytę przełożyłam. Muszę to wszystko jeszcze raz przemyśleć!

niedziela, 9 listopada 2014

Boże Narodzenie już niebawem...

      Zbliżają się wielkimi krokami Święta Bożego Narodzenia.
Święta chrześcijańskie, związane z różnymi miłymi symbolami: choinką, opłatkiem, prezentami...
     Często nawet ludzie niepraktykujący religijnie wybierają się w wigilijną noc do kościoła, aby "zaliczyć" tradycyjną pasterkę, nie zawsze zresztą będąc w stanie całkowitej świadomości - patrz trzeźwości.
Tacy "wierzący" okazjonalnie, ale czy wierzący naprawdę? Czy można też ich nazwać katolikami, czy tylko "zarejestrowanymi" - ochrzczonymi zgodnie z wolą ich rodziców?
Co zrobili z tym darem Chrztu Św.????
Ale nie o tym...
       Tradycja obdarowywania się prezentami jest dawna i dla wszystkich chyba sympatyczna. 
Nie wspominam o kłopotach  z tym związanych, gdyż nie każdego stać na to, by spełnić marzenia swoich bliskich. Nie zawsze też prezenty okazują się trafione, czasem kupowane są w pośpiechu, nieprzemyślane lub wręcz przypadkowe. Aby były.
I warto się nad tym zastanowić, o co naprawdę chodzi w tym tak miłym, tradycyjnym geście.
       Prezent powinien być czymś związnym z odruchem serca, z tym, że myślimy o danej osobie, że chcemy sprawić jej przyjemność...Nie powinno się więc to wiązać głównie z wartością materialną, ale raczej...być kwestią uczuć, więc wynikiem tego wszystkiego co się w nas kumuluje w stosunku do osoby, którą obdarować pragniemy...
      Ale mój głos to głos wołającego na pustyni, więc już przestanę...
I tak będzie zatrzęsienie zabawek, krawatów, szalików, portfeli i promocyjnych kosmetyków...
Może tak ma być?

Swojego czasu popełniłam taki "twór":

Idą Święta

Już reklamy Coca Coli w "Ti Vi"
aż pod sufit "drzewka życzeń" stoją w centrach
sto neonów krzyczy: IDĄ ŚWIĘTA!
I dzieciaki zagadują o prezentach

Dom wysprzątać jeszcze trzeba
wypróbować te nowości
co to same wszystko czyszczą
bez wysiłku - do białości!

Na wyścigi kupujemy
przecież każdy z nas pamięta
byle więcej byle szybciej
bo...IDĄ ŚWIĘTA!

Są promocje i okazje
każdy chciałby coś odnaleźć
przepychają się już w tłoku
"niebiskupi" Mikołaje

Już nadeszły...
Pierwsza gwiazdka karp kupiony w wyprzedaży
i choinka plastikowa
Wnet się ziści pełnia marzeń!

Tylko Chrystus narodzony
leży cicho w swej stajence
ubogością żłóbka z sianem
nie wytrzymał konkurencji...

W tym pośpiechu zamieszaniu
gdy ma spełnić się życzenie
wszyscy naraz zapomnieli
że to BOGA NARODZENIE.

      Przy okazji jeszcze jedno...
Adam „Nergal” Darski i Maria Czubaszek biorą udział w reklamie sieci Empik. Bożonarodzeniowej....
Hmmmm...
Troszkę to dziwne. Osoby , które otwarcie mówią, że z chrześcijaństwem nic wspólnego nie mają...
Jak wiadomo, zwłaszcza Nergal zasłynął jako ten, który darł Biblię i podpalał krzyże oraz w programie Wojewódzkiego rozbrajająco szczerze wyznał , że cyt. „nie cierpi tego okresu, irytuje go bożonarodzeniowa otoczka, a żeby nie uczestniczyć w wigilijnej wieczerzy, wyjeżdża do ciepłych krajów”...





Teraz naraz promuje coś, co jest związane z tradycją chrześcijańską - obchodami Świąt...Cóż, widać wszystko jest na sprzedaż, kwestia ceny...
     Co do pani Marii Czubaszek...Zasłynęła ona z mocno kontrowersyjnych wypowiedzi promujących aborcję, co pozwala sądzić, że również z chrześcijaństwem ma niewiele wspólnego, więc tym bardziej raczej nie na miejscu jej udział w reklamie związanej w taki czy inny sposób z Świętem Kościoła Katolickiego...
Może to ma być prowokacja, których oststnio nam w karju nie brak, wspomnijmy choćby spektakl "Golgota picnic"...
Ano..."Róbta co chceta"...
I czekajcie na efekty...

poniedziałek, 29 września 2014

Mosuo

Moi Kochani,
      Kilka dni temu oglądałam program z Martyną Wojciechowską, pisarką, dziennikarką, a w szczególności wielką podróżniczką, obieżyświatką, globtroterką, zwolenniczką sportów ekstremalnych, prywatnie mamą szesnastoletniej córki, zagorzała przeciwniczka "instytucji" małżeństwa.
     Owoż Martyna w tym programie wyraziła swoją fascynację plemieniem Mosuo żyjącym w południowych Chinach.
     Kilka słów o tym plemieniu. Społeczność ta ma bardzo ciekawą konstrukcję. Zwłaszcza jeśli chodzi o pojęcie rodziny.
     Nie ma w ich języku określenia "mąż" i "ojciec". Kobiety są związane z mężczyznami tylko jako matki lub doraźnie - seksualnie, o ile mają na to ochotę. Biologiczny ojciec dziecka, w zasadzie nie pełni w żadnym sensie roli ojca, ani w kwestii praw, ani obowiązków. Nigdy nie opuszcza on domu swojej matki i bardziej jest związany z dziećmi swoich sióstr niż własnymi. Krótko mówiąc, zarówno kobieta, jak i mężczyzna, nie opuszczają swojego domu rodzinnego. Mężczyzna może być przyjmowany na noce przez kobietę, o ile ona ma na to ochotę. Konsekwencje tych wizyt, o ile takie zaistnieją, ponosi tylko i wyłącznie kobieta.



      Dlaczego piszę o tym?
Nie tylko ze względu na dziwność zjawiska, ale także ze względu na szokujący zachwyt pani Martyny nad takim właśnie modelem życia. Wojciechowska, jak wnioskuję, jest kobietą całkowicie "wyzwoloną" i małżeństwo jest dla niej czymś dalece niestosownym. Taka jej postawa przewijała się w całym programie.
Powiem szczerze, taka kobieta budzi we mnie mocno mieszane uczucia.
       Wg mnie to postawa mocno egoistyczna. Sprawienie z założenia, że dziecko nie ma obydwojga rodziców na co dzień ,jest patologią.
Rozumiem, gdy matka wychowuje samotnie dziecko z przyczyn niezależnych od niej, lub też w wyniku nieszczęśliwego splotu wydarzeń, ale zachwyt tym, że owe "wyzwolone" kobiety skazują własne dzieci na wychowywanie bez ojca jest po prostu chory.
     Niestety, w dzisiejszych czasach, różne rzeczy stara się wmówić społeczeństwu jak np. to, że dwóch tatusiów wychowa dziecko równie dobrze jak matka i ojciec, a nawet lepiej. 
     Moi mili, nie dajmy się zwariować! Na świecie jest taki porządek naturalny, że tylko model matka i ojciec gwarantuje dziecku prawidłowy rozwój, gdyż dziecko od urodzenia ma przykład roli matki i roli ojca, a te role jednak się różnią, ze względu choćby na różnice psychiczne kobiety i mężczyzny.
     Marnym argumentem jest tak chętnie przez niektóre środowiska (Biedroń & Co)używany argument, że zawsze to lepsze jak rodzina patologiczna lub dom dziecka. To tak jakby porównać pociąg i samochód. Albo nawet pociąg i zebrę. To są całkiem różne rzeczy. Mówimy o normalnej, zdrowej rodzinie: matka, ojciec, dziecko. I nikt mi nie powie, że dziecko będzie tak samo dobrze się rozwijać pod względem psychicznym i emocjonalnym oraz...seksualnym w pseudo rodzinie, gdzie mamusie są dwiema lesbijkami. Albo jest dwóch tatusiów homo. Podkreślam, że mamusie to lesbijki, nie matka i babcia wychowujące dziecko bo np. ojciec zmarł, albo nawet rodzice się rozeszli, to jest całkiem inny układ, inna relacja.
     Młodzi ludzie (i nie tylko młodzi) mają w dzisiejszych czasach różne wizje swojego życia.
Bardzo często są to wizje życia wygodnego, bez zobowiązań, bez konsekwencji tego, co się robi.
Czy rzeczywiście taki program "róbta co chceta" zagwarantuje szczęście?
Czy faktycznie żyjąc w ten sposób nie skrzywdzimy siebie i innych?
Może warto się nad tym czasem zastanowić...

niedziela, 21 września 2014

Bardzo smutna historia

      Dorotka miała dwadzieścia jeden lat i była piękna jak marzenie.
Wysoka, prawie 180 cm wzrostu (wyrośniętą mamy teraz młodzież, chyba na hormonach w mięsie), szczupła i zgrabna jak modelka. Długie, kasztanowo-złote włosy, lekko falowane i gęste, mały nosek, ładnie wykrojone usta i oczy o kształcie migdała, nieco może zbyt wąskie, ale pasujące do "całości". 
      Ubierała się fajnie i właśnie kończyła swoją "szkółkę". Liceum ogólnokształcące wieczorowe...
Lekki miała "poślizg" w nauce... Ano, jak się ma taką urodę, czasem "coś" przeszkadza - usprawiedliwiali ją znajomi.
     Teraz szykowała się do matury, jednocześnie pracując w biurze, gdzie mama zaklepała jej pracę sekretarki.
      Dorotka początkowo robiła wrażenie "pokornego cielęcia" i posłusznie wykonywała wszystkie polecenia przełożonych. 
      Równolegle "załapała" się jako fotomodelka. Miała warunki, o czym doskonale wiedziała! I bardzo pragnęła wykorzystać swoją urodę. Za pozowanie płacili całkiem dobrze. A w tej branży najlepsze zarabiają krocie, a co do tego, że ona właśnie może być tą najlepszą nie miała żadnych wątpliwości!
       Zaczynała od pozowania do jakiejś gazetki reklamowej, potem jej zdjęcia można było zobaczyć w znanym pisemku dla kobiet...
To był hit! 
Fotki dodatkowo reklamowały piękną bieliznę koronkową!
        Panowie dyrektorowie z biura oszaleli! Jak to faceci. Dyrektor Marczak, którego była sekretarką, zaraz pogalopował z gazetą do dyrektora Okonia!
      A Dorotka krok po kroczku poczęła wykorzystywać tę męską słabość. 
Zaczęła do biura ubierać się...jak na bal lub..na wycieczkę. Powłóczyste suknie zdekoltami zamiennie z króciuteńkimi szorcikami, które sporo odsłaniały, gdy Dorotka pochylała się nad biurkiem stojąc np. tyłem do pana dyrektora Marczaka.
        Oczywiście zamierzony efekt był. Szefostwo zaczęło traktować Dorotkę jak gwiazdę i stopnowo wymagać od niej coraz mniej, a od innych - więcej. Ktoś musiał przecież pracować!
A tym "ktosiem" były mniej urodziwe i zdecydowanie starsze pracownice.
- Panie dyrektorze - pytała Dorota słodkim, wystudiowanym głosiczkiem - czy ja muszę pisać to sprawozdanie?
- Nie, pani Dorotko, zrobi to pani Morawska - odpowiadał pan dyrektor, a oczy wychodziły mu z orbit bo pani Dorotka miała dziś dekolcik, że...uhhhh!
     Dziewczyna miała teraz aż nadto czasu i na ploteczki i na przechadzanie się po biurze i na jedzenie swoich witaminowych sałatek w szklanych pucharkach, które miały zapewnić jej dożywotnio obecną linię modelki. Jadła owe sałatki dostojnie, unosząc w górę paluszek wypielęgnowanej dłoni trzymającej srebrny widelczyk.
    Czas mijał.
Dorotka dalej była fotomodelką tego samego znanego pisemka dla pań, a jej zdjęcia podziwiali niezmiennie oczarowani panowie dyrektorowie i męscy pracownicy, panie zaś oglądały je z zazdrością, starając się na wszystkie sposoby znaleźć w wizerunku "gwiazdy" jakąś rysę lub skazę. 
- Pani Dorotko, czy tu nad kolankiem to żyłka? - pytała życzliwie pani Krysia.
- Nie, nie widzi pani, pani Krysiu, to cień tak pada z parasolki! - z politowaniem patrzyła na koleżankę ignorantkę, gwiazda Dorotka. Nic nie było w stanie zaćmić jej jasnego światła.
Tak wtedy myślała...
Aż raz przyszła do pracy jakaś markotna...
- Pani Dorotko, a gdzie gazetka z pani zdjęciami? - spytała zaraz pani Basia. Był poniedziałek, a zawsze w poniedziałek tradycyjnie oglądano nowe zdjęcia "królowej".
- Nie będzie już zdjęć - burknęła Dorota.
- Ale dlaczego? - koleżanki były "życzliwie" dociekliwe.
- Po prostu! - warknęła Dorota wściekle.
Potem okazało się, że takich pięknotek było więcej, a nawet najpiękniejsza buzia w końcu się opatrzy...Zmiana fotomodelki i tyle.
       Ano...Atrakcje się skończyły i panowie dyrektorowie jakoś tak mniej przychylnie patrzyli na Dorotkę. I sprawozdania już pisać musiała i porządek w papierach utrzymywać...Biedaczka!
      Pewnego dnia Dorotka "sprowadziła" do biura swojego chłopaka, Ryśka. Znalazła mu robotę, którą mógł wykonywać - obsługiwał xerograf. Chłopak był dość przystojny, czarniawy jak Cygan, choć trochę "niekumaty". Podobno w dzieciństwie miał kilka upadków na głowę. Może dlatego....
W sumie sympatyczny, skromny...
     Dorotka czasem schodziła do niego, do pracowni. Chyba była zakochana. Chłopak kończył szkołę wieczorowo, technikum samochodowe...Pracował w instytucji koło roku - na zlecenie...
     Minęły dwa lata. Dorota miała 23 lata i nieco spoważniała, choć nadal trochę "zadzierała nosa". Jej uroda wybujała, a że zarabiała niezłe pieniądze, mogła się ubrać, stać ją było też na drogie kosmetyki. Dorabiała często jako hostessa na różnych imprezach, organizowanych głównie dla biznesmenów i vipów...
     Tam poznała Roberta.
Robert miał 32 lata, był przystojnym biznesmenem - bardzo bogatym.
Wielki majątek i dom w Żabiej Woli - okazały niczym forteca.
Obsypywał prezentami i kwiatami Dorotkę, prawił komplementy...
     Dorotka zakochała się bez pamięci, a i pieniądze ukochanego zrobiły swoje.
Oczywiście Rysio "poszedł w odstawkę", a pięcioletni z nim związek pozostał bladym wspomnieniem, teraz liczył się tylko Robert.
    A potem był ślub. Szybki i wystawny, po czteromiesięcznej znajomości. 
Podróż do Paryża, razem ze śwadkami - Gośką i Wieśkiem....
Trochę nietypowo, ale w końcu ich wybór. Miało być wesoło, bogato, szampańska zabawa...
     Po dwóch tygodniach urlopu Dorota nie wróciła do pracy i ślad po niej zaginął....
Mijały tygodnie...W końcu "bomba pękła".
      Stopniowo z plotek korytarzowych zaczął wyłaniać się obraz tragicznej prawdy.
Okazało się, że  ślicznotka wyszła za mąż za psychopatycznego zwyrodnialca...
Facet był dodatkowo maniakalnym zazdrośnikiem. 
Pod wpływem jakiegoś zrodzonego w jego chorym umyśle podejrzenia, pobił biedną dziewczynę do nieprzytomności. Ledwo uszła z życiem. Podobno patrzyła się na kelnera zbyt natarczywie w jakiejś ekskluzywnej restauracji. To wystarczyło, by "włączył mu się szperacz" i by bestialsko skatował swą młodą i piękną żonę.
     Potem już nigdy nie słyszało się o Dorotce, podobno straciła nie tylko zdrowie (zaburzenia neurologiczne), ale i urodę. Miała uszkodzenie oka, złamany nos, liczne blizny...Przeszła dwie poważne operacje...
      Mężczyzna stanął przed sądem, a że był bogaty...Wiadomo...
Sprawiedliwość nie jest ślepa i  kocha...pieniądze...Świadkowie często też...

środa, 17 września 2014

Zakazany owoc

Dziś takie moje refleksje.
Oczywiście głupio myślę, jak zwykle, ale dobrze, że w ogóle.
Kiedyś to się mówiło, że zakazany owoc bardziej smakuje. Zresztą teraz też się tak powiada.
A do czego piję?
Ano do tego, że niektórzy "światowcy" domagają się legalizacji wszystkiego. Wszystkiego - tzn. pornografii, narkotyków, domów publicznych, prostytucji itd. 
Żeby człowiek obdarzony wolną wolą mógł sobie wybrać. I z pewnością jak wszystkie te "atrakcje" będzie miał na wyciągnięcie ręki i przestaną one być owym "zakazanym owocem" , osłabnie zainteresowanie tego typu formami "rozrywki". 
Nigdy nie zgadzałam się z tego typu teoriami, nigdy. To bzdura!
Ot, na przykład taki pogląd, że jak będzie dostęp do pornografii, nawet tej "ostrej" to nie będzie np. gwałtów. 
Akurat! Ja uważam właśnie, że tego typu "publikacje" właśnie napędzają i nakręcają te rzesze dewiantów, podsuwają im pomysły, zachęcają do spróbowania. I idzie taki i właśnie próbuje, nie zawsze za zgodą tej strony na której te próby się odbywają!
Tak samo z innymi wspomnianymi przeze mnie "tematami".
Czy myślicie, że jak narkotyki będzie można nabyć w każdym kiosku ruchu to spadnie nimi zainteresowanie? Guzik prawda. Obecnie taka np. marihuana oraz inne narkotyki jest bardzo łatwo dostępna choćby w każdym klubie, także w innych miejscach. To żadna tajemnica. I co, spadło "spożycie"? Nie, wręcz przeciwnie, coraz więcej ćpunów. I jeszcze się mówi, że to wcale nie szkodzi, nie uzależnia, że papierosy są bardziej szkodliwe. 
Wyobrażacie sobie co będzie jak legalnie maryhę zaczną sprzedawać w kiosku za rogiem?
Dlaczego taki temat i skąd?
Ano oglądałam dziś program Młynarskiej jak to pijany kierowca zabił małżeństwo - żona była w siódmym miesiącu ciąży. Zabite zostały więc trzy osoby. Osierocony został trzyletni ich synek...
Straszna tragedia. Kierowcy grozi...12 lat więzienia! To jest po prostu żenada, taka wysokość kary. I to w dodatku kara maksymalna!
Ale nie o tym....
Gościem programu była Ilona Felicjańska. Swojego czasu pod wpływem alkoholu spowodowała wypadek. Otwarcie przyznała się, że jest uzależniona, obecnie po odwyku...I powiedziała ona coś takiego, że jej nałogowi sprzyjała DOSTĘPNOŚĆ alkoholu - sklepy monopolowe na każdym rogu - i to na ogół czynne całą dobę, także na stacjach benzynowych i po prostu wszędzie. Ktoś może powiedzieć, że takie jej tłumaczenie...Po części tak, bo przecież nie każdy jest alkoholikiem, choć ma dostępne, jednak...Coś w tym jest...
Powiem krótko. Dostępność szeroka tych, degradujących moralnie społeczeństwo, "ATRAKCJI" jest policzona na rozsądek człowieka, a ja, wybaczcie, w ten rozsądek nie wierzę! Człowiek ma naturę ułomną i wcale nie jest rozsądny tylko odwrotnie. A i jeszcze teraz jak się lansuje pogląd "róbta co chceta"!
No i tacy "światowi" chcemy być, tacy niezaściankowi! Tacy wyzwoleni z kołtuństwa!
Bo "kołtuństwo" to oczywiście (wg niektórych) życie w zgodzie z dawnymi zdrowymi, ba, fundamentalnymi, zasadami! Taka zasada "Bóg, honor, Ojczyzna" - to dopiero kołtuństwo!
No bo, wiadomo, Bóg wg niektórych nie istnieje, a religia służy tylko po to, by naiwnych utrzymać w karbach. Co do honoru - to niektórzy nawet nie wiedzą jak napisać to słowo, a co dopiero uznawać jakiś tam kodeks honorowy! Starocie! Ojczyzna...hmmmm...Tam ojczyzna gdzie płacą dobrze! Teraz mamy być obywatelami świata, poliglotami, globtroterami, podróżnikami, emigrantami itede, itepe.
No i jak to społeczeństwo ma być zdrowe, no jak?

niedziela, 14 września 2014

Niutka cz II

Pewnego dnia kierownik Zbyszek Załęski powiedział:
- Trzeba wygrzebać starą dokumentację z 70 roku. Musimy sprawdzić coś w instalacji...Nie podoba mi się punkt H 52 w procesie produkcyjnym...Trzeba do archiwum. Może Danuśka skoczy?
- No, ale tego jest sporo...Przecież to grube teczki...Może ja z Daną pojadę?- odezwał się Jacek.
Kierownik popatrzył na niego zza grubych szkieł okularów. Od dawna zauważył, że między Danusią, a Jackiem toczy się coś...mniejsza zresztą co, nie jego sprawa...On wolny, ona wolna, dorośli są....
- Dobra. Jest godzina 13.00, pojedziecie, pogrzebiecie, wyciągniecie...Jutro rano przywieziecie. Tylko, żebyście byli na ósmą, a nie znów te korki! - dodał sarkastycznie znacząco patrząc na pana technologa Jacka.
Pojechali. Komunikacją. Do 15.00 załatwili wszytko. Znaleźli odpowiednią dokumentację, spakowali ją w torby...
- To co z tym zrobimy? Do domu to trzeba będzie zawieźć... - Danusia popatrzyła pytająco na Jacka.
- Wiesz, zrobimy tak, ty mieszkasz bliżej pracy, może zostawmy to u ciebie, rano przyjadę, zabierzemy to do roboty...Ok?
- No dobrze... - zgodziła się bo chyba nie było innego wyjścia.
- To ja ciebie odwiozę...Pójdziemy na skróty do przystanku...Zrobimy sobie spacerek - zaproponował Jacek.
- To jest dość ciężkie! Gdzie będziemy "spacerować"? - zaprotestowała Danka.
- Nie nudź. Sam to poniosę - wziął od niej reklamówkę.
Poszli na skróty koło cmentarza. Przez leśny zagajniczek.
Była wczesna jesień, słońce prażyło dziś intensywnie jak w lipcu.
- Odpoczniemy chwilkę - Jacek postawił tobołki pod brzózką.
- Mówiłam, że ciężkie. tobie się zachciało spacerków! - ofuknęła go Danusia.
Jacek nie odpowiedział nic tylko zamknął jej usta swoimi ustami. Jego ręce śmiało błądziły po jej ciele...
Pierwszy raz poczuła..
Byli tam sami. Oni i natura. I namiętność. Dzika, wybuchła niespodziewanie...Nastąpiła eksplozja, ba, erupcja wulkanu! Trzęsienie ziemi i tornado w jednym!
Potem Danka bardzo się zawstydziła...
Jak mogła? Tak na "gołej ziemi". Jak jakaś....
Jacuś był wyraźnie zadowolony. Jeszcze by nie...
Patrzyła na niego z ukosa. Typowy facet.
Zrobił "co swoje" i finito!
Doprowadzali się do porządku. Każde w osobnym "kątku".
- No i co Niuta? Po co to było udawać damę?
Nie odpowiedziała nic...

Niutka cz. I

     Danka nie miała żadnego doświadczenia z facetami.
Nie licząc Jacka. Ale to nie było nic wielkiego, nawet małego...Takie tam...Miała 18 lat i to był jej pierwszy chłopak. Z którym się całowała.
     W zasadzie to on ją pocałował z zakoczenia. Na schodach.
Poczuła nagle coś w buzi co przypominało obślizgłego ślimaka.
Uciekła w popłochu. Potem było jej nawet wstyd, przecież to właśnie tak ma wyglądać, to jest to wspaniałe, podniecające i super (jak mówiły koleżanki), właśnie ten ślimak!
      Więc ona też przy Jolce i Elce udawała , że było ach i och, a w duchu to..ślimak i już! Nic przyjemnego, raczej oblechowate!
      Potem był Kazek. Tu już poważniej było. Aż wstyd. Podobał jej się. Miło łaskotał wąsikami. Ale szybko jej się znudził. Nie miał jednego zęba i pachniał wodą toaletową Wars.
       To wszystko miało miejsce pod koniec technikum.
Potem podjęła pracę w sporym zakładzie. Tam poznała Jacka.
       Jacek był od niej sporo starszy i rozwiedziony.
Łaził za nią krok w krok. Wodził wzrokiem, był natrętny w swych awansach.
       Nawet go lubiła. Był pocieszny, miał duże poczucie humoru, choć z wyglądu jej się nie podobał. Taki tam wsiowy obertelek. Zawsze rano wyciągał z teczki olbrzymi grzebień i zaczesywał do tyłu swoje włosy koloru spłowiałego kasztana zmieszanego z korą dębową. Tak, taki był kolor jego włosów. A oczy okrągłe jak dwa guziki, niebieskie i wiecznie zdziwione. 
- Niutka, idziemy na śniadanie, chodź!
I szła. Dla towarzystwa.
      Raz pocałował ją gdzieś w kącie korytarza. Niespodziewanie. Nawet nie zdążyła zaprotestować...
Udawała, że nic się nie stało. Wcale jej nie pociągał.
      Chyba to był jej błąd, że nie zrobiła awantury albo i nie strzeliła w pysk.
Jacek poczuł się śmielej, skoro nie zareagowała zdecydowanie, znaczy akceptacja - tak myślał.
       I poczynał sobie coraz bardziej bezczelnie i coraz częściej, a ona była za słaba by protestować.
Owszem, próbowała, ale...On jakoś obracał to w żart.
- Niutek, Niutek, kochanie moje, wyskoczymy gdzieś po pracy do kawiarenki?
- Nie mam czasu, daj mi spokój! - odpowiadała bez przekonania.
         Dawał za wygraną, ale tylko na chwilę.
Następnego dnia znów niby przypadkiem ocierał się o nią albo całował mimochodem jej włosy nachylając się nad nią niby coś uzgodnić...
- Uspokój się! - była wściekła. Na niego, że taki bezczelny i na siebie, że nie potrafi zdecydowanie powiedzieć "nie".
- Przecież ja nic...Chcesz zaśpiewam ci piosenkę. I nie czekając na jej zgodę śpiewał zaciągając:
Poszła Dunia w pomidory
a za Dunią trzy majory
ajaj Dunia maaaaa
Dunia dziewoczka majaaaa
Nie potrafiła opanować śmiechu. Cały Jacuś!
- Widziałaś wczoraj na stołówce jak "Pingwin" usiadł w zupę? - zagaił.
- No co ty?
- Serio! Postawił sobie michę na krześle, bo miał ze sobą jakieś papierzyska i teczki, których nie zaniósł do pracowni. Ogarnął je na parapet przy stoliku. Potem, lebiega, poszedł po sztućce i jak się nie rozsiądzie w tej zupie hahahahahahahahahahaha!
      Śmiali się oboje. Choć w sumie to szkoda było jej tego "Pingwina"...Starszy człowiek i już mu się coś tam plątało "pod kapeluszem". 
       Fajnie spędzała czas z Jackiem, lubiła go jako kolegę...Było z nim wesoło!
Raz zaczaił się na nią pod domem, gdzie Danka mieszkała z rodzicami. Nie wiedziała, skąd zdobył jej adres, może jakoś z rozmowy wyszło...
Gdy rano wychodziła do pracy, po prostu na nią "napadł". Zaczął ją całować, a ona nie potrafiła mu się oprzeć. Potem razem pojechali do pracy jakby nigdy nic, choć trochę się spóźnili i wszyscy patrzyli na nich podejrzliwie...
- Nigdy więcej, rozumiesz, nigdy więcej! - wysyczała do niego gdzieś na boku zła jak osa.
- No dobrze, dobrze...Jasne, skoro nie chcesz...
       Oczywiście za dwa dni znów był pod jej domem i sytuacja się powtórzyła. A potem znów to samo....
Raz udało jej się go zmylić, wyszła drugim wyjściem. Była z siebie dumna.
Od razu pojechała do pracy. On dotarł po pół godziny, zwalił wszystko na korki i patrzył na nią z wyrzutem, a ona odwracała wzrok...
Potem tydzień spokoju...
A potem...
Cdn.

poniedziałek, 8 września 2014

Aśka

      Na imię jej było Aśka, miała szesnaście lat i jeszcze nigdy nie całowała się z chłopakiem. A tak bardzo chciała!
Wszystkie koleżanki były już "po". Opowiadały z wypiekami jak to jest. Że "cudownie, po prostu cudownie"!
Ale jej to nie było pisane. Dlaczego?
Chyba była zbyt nieśmiała...
      Niektórym chłopakom się nawet podobała. Zabierali jej piórnik w szkole albo strzelali ze stanika. Takie szczeniackie zaloty. Ale miłe....
Ona zawsze reagowała głupio. Albo wcale.
     Raz jeden chłopak z klasy chciał od niej numer telefonu! Nawet fajny był, wysoki, miał lekko zarysowany wąsik i czarne włosy...Jacek mu było.
Tylko, że ona nie miała telefonu. Pech!
     Koleżanki to ją nawet lubiły. Z Jolką paliła papierosy w krzakach koło wierzby płaczącej. Z Elką siedziała koło śmietnika i obserwowała jak "Nocnik" wychodzi z klatki. Piękny był, wysoki, przystojny, było na co popatrzeć.
      Raz umówiła się z Jolką na podwórku. Poszły razem do budki po wodę mineralną i po coś tam jeszcze.
Gdy wracały, na podwórko podjechał na motorze on.
     Był sporo starszy. Miał wąsy i wspaniały tors atlety. Kolega Jolki. Skąd wytrzasnęła takiego "staruszka", nie wiadomo. Miała różnych kolesiów, niektórzy mieli nawet koło czterdziestki...
On miał na imię Czesiek. Staroświecko jakoś. Miał 26 lat.
- Wsiadaj, pojedziemy - rzucił sucho do Aśki.
Nie spytał czy chce, po prostu "wsiadaj" i już. Wsiadła. Dał jej kask i długo poprawiał coś koło jej uda....
Poczuła się głupio. Zrobiło jej się gorąco. Jak on śmie!
     Ale nie powiedziała nic. Serce jej drżało. 
Pojechali w pędzie. Nie wiadomo gdzie, ale to było nieważne bo najważniejsze było to, że przytulała się do męskich, muskularnych pleców.
      Skręcił gdzieś w bok, w małą uliczkę na peryferiach miasta.
Nie pytała gdzie jadą i po co...
- Muszę coś załatwić - stwierdził Czesiek stawiając swoją starą "maszynę" w zapyziałym, zachwaszczonym podwórku - chodź! - dodał rozkazująco. 
Poszła jak ciele.
      Stanął przy jakiejś budce. 
Budka miała drzwiczki zamykane na kłódkę. Otworzył je sprawnie jednym ruchem kluczyka...
     Oczom Aśki ukazał się maleńki jakby pokoik. Były tam półeczki, na jednej z nich stało małe radyjko tranzystorowe. Obok mały portret papieża  w plastikowej "złotej" ramce.
Centralne miejsce zajmował materac. Poduszka, koc.
- Siadaj, nie krępuj się! - zwrócił się do niej przycupnąwszy na brzegu legowiska.
- Ale po co? - spytała po raz pierwszy, z drżeniem serca.
- Nie bój się, siadaj...Co ty taka dzika? - zaśmiał się drwiąco.
Nie chciała być dzika...
    Czesiek wyciągnął z małej szafeczki flaszkę. I kieliszki. Dwa. 
Nalał. 
- Nie...ja nie...
- No co ty? Na rozgrzekę. Deszcz zaczyna kropić. Jak lekarstwo. Nie dziwacz. - przekonywał Czesiek.
Nie dziwaczyła. Wypiła. Jeden, potem drugi. Zakręciło jej się w głowie...Nie była zwyczajna...
     Potem już tylko zobaczyła jego twarz nad swoją, poczuła woń dobrych, męskich, zagranicznych zapewne, perfum i nie myślała już o niczym.
Wiedziała, że on jest jeden, jedyny na świecie.
     Płynęła czarodziejską łodzią po morzu. Najpierw morze było łagodne, potem rozpętała się burza....
A potem...Był ból...Podkurczyła nogi.
Czesiek usiadł w kącie. W półcieniu widziała jego mięśnie.
- Wiesz, ja jestem żonaty. Wpadłem. Moja żona ma na imię Zyta, mamy córkę. Chcę, żebyś wiedziała...
A jej cały świat zawalił się na głowę...


Wojciechowscy

Wojciechowscy mieszkali na parterze jednopiętrowego, starego, drewnianego domu w pobliżu niewielkiego sosnowego zagajniczka. W  miejscowości...no nieważne zresztą....Pod Warszawą.
Zajmowali jedną izbę i kuchnię. Wychodek był w podwórku. W zimie można było tam zamarznąć w trakcie załatwiania potrzeby, w lecie wydzielał się stamtąd straszliwy fetor, a w dziurze aż roiło się od białych robali. Paskudztwo.
W podwórku stała studnia z pompą. Wodę nosiło się w wiadrach, a brudną wychlustywało na podwórze płosząc przerażone kury, którym nie raz się dostało! Uciekały z histerycznym gdakaniem.
Na podwórku rosły sosny, pod jedną ubodzy mieszkańcy sklecili prowizoryczną ławeczkę, można było siadać na niej o zmierzchu i wdychać woń maciejki rosnącej pod oknem tutejszych "krezusów" - Tucholskich.
Dalej, zaraz za komórkami znajdowały się małe działeczki co niektórych mieszkańców. Tam było całkiem przyjemnie, rosły słoneczniki, niektórzy posadzili nawet pomidory i ogórki. Zapach czosnku, cebulki czuć było z daleka. Mieszał się z wonią macierzanki, maciejki i jaśminu, ale nikomu to nie przeszkadzało...
Wojciechowscy byli biedni jak przysłowiowe myszy kościelne. A drobiazgu tam było, że ho ho. Chyba siedmioro czy nawet ośmioro...Trudno zliczyć, bo niektórym się pomarło. Na krwawą dyzenterię - jak mówiła Wojciechowska. 
A więc najmłodsza sześcioletnia Dorotka, potem Zbyszek - ośmioletni, dalej trzynastoletnia Marzenka, czternastoletnia Jola i najstarsza, szesnastoletnia Ewka.
Najładniejsza była ta Ewa, blondyna z długimi włosami i niebieskimi oczami. I już miała kawalera!
Czasem przesiadywała z nim pod domem, ale "stara" Wojciechowska często goniła ją za to i nie raz przylała jej pokrzywami po gołych nogach. Nie chciała by Ewka podzieliła jej los.
Irka, matka dzieciaków, zaszła w ciążę gdy miała piętnaście lat. Heniek nie chciał się żenić, był niewiele starszy, może miał z 17 lat. No, ale w końcu poszła do ślubu "z brzuchem". Był kremowy welon i zszarzała sukienka. Mirtu nie wpinała. Wstyd. Ale ważne, że się pobrali.
Zaraz też na świat przyszła Gośka. Ale zmarła jak miała rok. Na czerwonkę. Wtedy Irka się wycofała , a Heniek zaczął pić na fest. Nigdy nie stronił od kieliszka i "za kołnierz" nie wylewał, ale teraz to już prawie nigdy nie trzeźwiał tak całkiem. Fach miał dobry, był malarzem pokojowym. Co z tego,  jak co zarobił to przepił. Gdy wracał pijany, zaraz "brał się" do swojej baby. Bił , a potem...
Dzieciaki przychodziły na świat często...
Potem urodziła się Ewa. Potem jakieś następne - zmarło. Na to samo, co pierwsze.
Tym razem trafiła mała do szpitala, chyba ze dwa lata miała...Wtedy już urodziła się Marzenka, to matka nie miała głowy nawet rozpaczać. 
Lekarze mi dzieciaka zabili - mawiała biadoląc głośno...Pogrzeb był cichy. Po pogrzebie Heniek, jak zwykle się upił i Irka dostała swoją porcję.
Potem były następne dzieciaki. Heniek jak przychodził do domu na dobrych obrotach, nie patrzył.
Izba była jedna, prócz kuchni. Dzieci popatrywały z kątów jak ojciec bije matkę, a potem bierze ją w wilgotnej zatęchłej pościeli, a nierzadko gdzie bądź....
Irka wyschła na wiór, a głowa jej się trzęsła z nerwów. Nie chciała jednak mężowi "stawać okoniem" bo zaczynał już podnosić rękę na dzieci...
Często na schodach słychać było krzyki. Potem wszystko cichło. To Heniek widać zrobił "co jego" i zasypiał.
Dzieciaki latały po podwórku usmarowane, najczęściej bose. Rzadko dostawały od matki jakiś grosz i szły do pobliskiego "Konsuma" po ziemniaki czy chleb. Częściej jednak chodziły głodne. W lecie i na jesieni łaziły do pobliskiego lasu na grzyby, na mirabelki, na jagody i maliny.
Czasem dostawały od litościwej Koprowiczowej z pierwszego piętra, to pomidory to jabłka, wtedy matka gotowała im kompot.
Dorotka siadała wówczas pod drzewkiem na ławce i jadła z porcelanowego, wyszczerbionego talerza owoce z kompotu, by wszyscy widzieli jak mama o nią dba.
Pewnego dnia zachorowała Marzenka. Na krwawą dyzenterię. Brud był, nie dziwota. Przyjechało pogotowie. Chcieli ją zabrać do szpitala bo było z nią źle. Matka nie dała.
- Jedno żeście mi zamordowali! - darła się na całe podwórko. Machnęli ręką i pojechali.
Matka postanowiła dzieciaka wyprowadzić z choroby. Dawała jej wrzątek łyżeczką. Po trochu.
Heniek wściekał się. Pierwszy raz był prawie trzeźwy.
- Ty głupia jesteś, jaka ty głupia jesteś! Trzeba było do szpitala! - ryczał.
Ale ona po raz pierwszy przeciwstawiła się mężowi tyranowi.
Cierpliwie dawała małej wrzątek. Łyżeczką. Delikatnie. Regularnie.
I stał się cud. Choroba powoli ustępowała. Trudno było to wytłumaczyć , ale tak było....
Irka uratowała Marzenkę.
A Ewka zaszła w ciążę w 17 roku....