Największym darem człowieka jest życie.
Jenak, biblijnie rzecz ujmując, każdy z nas został skazany (po grzechu pierwszych rodziców) na to, że będzie musiał pracować, chorować i umierać. I CIERPIEĆ. Nie ma lekko. To się nam, niestety, należy. Jako ludziom grzesznym. Taka nasza...POKUTA?
Powinniśmy to sobie uświadomić i przyjąć ten fakt z pokorą. I od tego zacząć musimy, myśląc o chorobie czy nieuchronnej śmierci, wobec której wszyscy jesteśmy równi...
Jesteśmy jednak ludźmi razem ze wszystkimi naszymi "przyległościami".
Nie tylko ułomnymi i grzesznymi, ale też wygodnymi, próżnymi, a to już jest pewien problem. Bo buntujemy się przeciwko temu, co dla nas niewygodne, bolesne, co nas dotyka.
Nie chcemy znosić żadnego bólu - ani psychicznego, ani fizycznego! Nie chcemy być zdradzani, rozczarowywać się, nie chcemy być oszukiwanymi, lekceważeni i poniżani. To uwłacza naszej godności! To jest wbrew naszej naturze. Dążymy, czasem podświadomie, do sprawiedliwości i prawdy, nierzadko samemu tego nie oferując w zamian...
Zastanawia mnie, dlaczego ludzie im bardziej sami nieuczciwi, tym bardziej starają się wyegzekwować uczciwość od innych...Prowadzi to do podejrzliwości i przesadnej czujności.
Mówi się, że każdy patrzy na innych i ich ocenia wg. siebie...I chyba to prawda.
Mąż zdradza żonę, będzie więc ją także podejrzewał o zdradę, a innych o to posądzał i mówił, że "każdy chłop tak robi". A nawet: co to za chłop, który nigdy nie był w burdelu? To takie dowartościowywanie samego siebie i usprawiedliwianie swoich, NIEWĄTPLIWIE, ZŁYCH uczuynków...
Ktoś kradnie, będzie innym patrzył na ręce.
Oszukuje, będzie nieufny, w kółko wietrzył podstęp, zadręczał się tym, że może czegoś niedopilnować, coś przeoczyć, jednym slowem być "nabitym w butelkę". Bo co innego, oczywiście, kiedy on szachruje i "nabija" innych! Tzw. filozofia Kalego.Kali komuś ukraśC krowę - dobrze, ale jak ktoś kalemu - uuuuuuu, to bardzo źle!
Boimy się równie mocno bólu fizycznego i śmierci. Perspektywa choroby i cierpienia, także naszego uzależnienia od innych, jest czymś ,co nas przeraża.
Dlatego też medycyna wynajduje coraz to nowe leki, nie tylko leczące, ale też pozwalające pokonać ból fizyczny. Bo ten ból często jest dla nas nie do przyjęcia..I nie do zniesienia...Na szczęście takie medykamenty mamy...
I w porządku. Cierpieć nikt nie chce. Stąd narkoza, różne znieczulenia, leki uśmierzające...
Czy jednak mamy prawo decydować o przerwaniu przez nas samych swojego życia?
Czy przyjęcie na siebie naszego bólu jest możliwe?
Czy MOŻE stać się czymś co buduje nas i innych? Co niesie dobro?
Wiem, wiem, łatwo mi powiedzieć, wszak to nie ja cierpię bez nadziei na poprawę...
Owszem...Nie wiem, jak zachowywałabym się w obliczu takiej sytuacji..Nie wiem...
Wiem jedno. Gdy miałam rodzić moje dzieci, PRAGNIENIE posiadania dziecka, czekanie na nie, miłość do niego, spowodowało, że..nie czułam bólu rodzenia...Pomimo, że chłopy mieli grubo ponad 4 kg:) Dziwne? Może...To istota i potęga woli....Wiary w sens...
Chodzi mi też o to, by pokazać, jak ludzie w swoim cierpieniu czy kalectwie odnajdują właśnie ten sens...
Pewna kobieta, będąca już w starszym wieku, zachorowała. Cierpiała strasznie. Nie chciała jednak przyjmować leków uśmierzających ból...Na próżno nakłaniano ją, by leki zażyła...Zmarła po kilku miesiącach. Co się okazało po jej śmierci? Otóż zostawiła list. Napisała w nim, że całe swoje cierpienie i ból ofiarowuje w intencji wnuka. Jej jedyny, ukochany wnuk, był narkomanem. Po jej śmierci chłopak rozpoczął leczenie...Przypadek?
Kalectwo. Jest cierpieniem, jest poczuciem bezsilności i świadomość niepełnosprawności...Jest też uzależnieniem od innych, od ich pomocy, dobrej woli czy...łaski. To uczucie może być upokarzające dla przeciętnego człowieka...
Widziałam kobietę niewidomą. Uśmiechniętą, pełną życia. Robiła zakupy. Ze śmiechem przekomarzała się ze sprzedawcą i była w niej taka..naturalna radość życia! Można? Można...
Niektórzy w swoim kalectwie odnajdują prawdziwy sens życia. Zdobywają szczyty, których nie osiągnęliby prawdopodobnie jako osoby pełnosprawne...Takich przykadów jest wiele. Np. Jasio Mela...Świetny chłopak...Madzia Buczek prowadząca porywające katechezy...Uczestnicy paraolimpiady zdobywający trofea...
Cierpienie uszlachetnia..Jakaś prawda w tym jest. Człowiek cierpiący rozwija się duchowo, nabiera pokory...Oczywiście jest to kwestią podejścia psychicznego do bólu...Ale ów ból w kontekście duchowym nabiera całkiem innego wymiaru i znaczenia.
Oczywiście, podkreślam, że należy KORZYSTAĆ ze środków uśmierzających, mamy do tego pełne prawo! Jednak czasem, bywa tak, że nie pozostaje choremu nic innego, jak postrzegać ten ból nieco inaczej... Uważam, że człowiek nawet jest w stanie siłą własnej woli, duchowości, zmniejszyć ból fizyczny i w pewnym stopniu go pokonać...
Z wielką odrazą czytam o wyszukanych średniowiecznych torturach, które człowiek zadawał człowiekowi. Tylko wtedy ludzie inaczej postrzegali cierpienie, godzili się z nim. Uważali to za coś nieuchronnego i normalnego. Gdy rycerze szło na wojnę, to liczyli się z tym, że może być różnie, mogą np. wpaść w ręce wroga, a wtedy...Czy to znaczyło, by zrezygnować z walki? Czy odwracali się od bólu? Nie. Oni przyjmowali ten ból na siebie w imię wyższych celów...
Podczas okupacji ,na przesłuchaniach, więźniowie znosili czasem niewyobrażalne tortury, a nie zdradzali swoich!
Tak samo jest z ludźmi cierpiącymi...Kwestia podejścia.
Jednak niebagatelną rolę tu odgrywa WIARA. Wiara, że gdzieś jest jeszcze coś..Gdzieś poza tym życiem i tym światem...I KTOŚ kto nam dał ten skarb jakim jest nasze życie - i to teraz i to później....I nie mamy prawa sami odtrącać tego daru...
Myśląc w ten sposób, że jednostka chroma, kaleka, cierpiąca nie powinna żyć i cierpieć, że powinno się skrócić cierpienie (to taka miło brzmiąca ideologia, pseudo szlachetna) dojdziemu do wniosku, że te jednostki powinny się same eliminować ze społeczeństwa, by nie być ciężarem... Czyli do barbarzyństwa tylko jeden krok!
Pewna kobieta bardzo cierpiała, była chora na nowotwór. Pomimo tego, z całych sił chciała żyć...Miała wielką wolę życia, gdyż miała wielu bliskich, którzy byli z nią i ją wspierali. Nie chciała ich zostawiać...Doczekała i rozwiązania jednej córki i ślubu drugiej. Zmarła szczęśliwa....
Eutanazja to trudny temat. Zwolennicy krzyczą o PRAWIE do decydowaniu o sobie...
Z drugiej zaś strony pomaga się samobójcom, ratując ich, odwodząc od zamiaru przerwania życia..A przecież zgodnie z zasadą samodecydowania, to gwałt na człowieku! Więc gdzie tu konsekwencja?
Podczepia się ideologię "prawa do decydowania o sobie" oceniając jednocześnie, kto może, a kto nie.
Dla jednego nie do zniesienia jest utrata wzroku, dla innego astma! I co, jednemu i drugiemu pozwolić poddać się eutanazji? A trzeci się nieszczęśliwie zakocha i też uważa, że nie jest w stanie tego wytrzymać!
A ile możliwości przyjęcie tego prawa będzie dawało tym, którzy chcą popełnić nadużycie!
W końcu wszystko da się nagiąć, przeskoczyć, ominąć..A że nie ma 100% uczciwości to widać, choćby po naszych organach wymiaru sprawiedliwości...
Tyle o eutanazji..I niech sobie troszkę pomyślą ci co tak jej bronią....
piątek, 18 stycznia 2013
czwartek, 17 stycznia 2013
Aborcja czyli "Nie zabijaj"
Temat aborcji. Ładnie TO się nazywa. Tak nowocześnie... Obco brzmiące słowo...jak...naukowy termin. Zabieg słowny chyba celowy, by złagodzić wydźwięk tego, czym naprawdę jest...
Pamiętam, jak w szkole....no w zasadzie nie pamiętam, która klasa to była...Anatomię miałam w liceum...Te wszystkie procesy zachodzące w człowieku...Ale to chyba duuużo wcześniej było, jeszcze w podstawówce...
Aby powstał nowy organizm potrzebne jest połączenie dwóch komórek. Następuje to w wyniku zapłodnienia. Komórki łączą się w jedno, ta cała "galareta" się miesza i całość zaczyna się mnożyć i rosnąć..I to jest początek NOWEGO ŻYCIA.
Nie ważne JAK to nazwać: zygota, zarodek, jest to nowa istota. Nowe życie.
Tym czasem teraz jakby się temu zaprzecza. Bo tak jest wygodnie?
Odwracając się od prawdy, nie spowodujemy, że ona przestanie być tą prawdą, a nią stanie się kłamstwo.
Nie złagodzimy zbrodni określeniem i USPRAWIEDLIWIENIEM jej np. wybraniem mniejszego zła, powiedzeniem sobie "mój brzuch, moja sprawa" czy innymi błędnymi teoriami. Brzuch może być rzeczywiście "moją sprawą" ale nie jego zawartość - odrębny człowiek. Jeśli by się kierować taką teorią, usuwać ciążę możnaby decyzją kobiety, nawet na tydzień przed urodzeniem dziecka.
Dlaczegóż to niby dziecko dziewięciomiesięczne ma prawa większe niż to trzymiesięczne? Bo większe? Bo lepiej rozwinięte? Bo lepiej przemawia swoim wyglądem do wyobraźni????Bo bardziej przypomina postać dorosłą? Bo jest silnniejsze, a tamto JESZCZE bardziej bezbronne?
Aborcja jest ODEBRANIEM życia. W imię...no właśnie. Często EGOIZMU. W imię nieodpowiedzialności. I naprawdę, nie jest to tłumaczeniem, że jest tak, czy inaczej.
Ja naprawdę rozumiem...Rozumiem, czy też staram się zrozumieć...I tu nie chodzi o to, by powiedzieć: ja NIGDY bym tego nie zrobiła! Nie w tym rzecz. Można sobie dużo teoretyzować. Człowiek jest czasem nieprzewidywalny, czasem postępuje wbrew swoim niezłomnym zasadom..
Tak jak np. ludzie w ekstremalnych warunkach dopuszczają się...kanibalizmu...I na nic tu gesty obrzydzenia, na nic zarzekanie się...Ty nie wiesz, czym jest głód i pragnienie, więc nie wiesz jak byś się sam zachował...
Tak samo z aborcją..Człowiek NIE WIE.
Tylko...do jasnej cholery, miejmy odwagę powiedzieć: ludzie, to jest zbrodnia! Zbrodnia na niewinnych, bezbronnych istotach! To nie jest zabieg jak usunięcie zęba, ślepej kiszki czy guza! To jest zwyczajny MORD na żywej, nowej istocie, na dziecku! Na człowieku we wczesnym stadium rozwoju życia płodowego! Tak to nazwijmy!
Sprawa pani Tysiąc... Kobieta miała zabić własne dziecko, by RZEKOMO nie stracić wzroku. Dziecko na "nieszczęście" urodziła, biedaczka! Lekarze nie chcieli poddać jej aborcji! I pozwała ich za to!
Dla mnie pani Tysiąc nie zasługuje na nazwanie jej matką. Nie ma uczuć jak matka! Normalna matka gotowa oddać życie za każde swoje dziecko! Nawet to jeszcze nienarodzone. Bo kocha. Bo czuje. Bo nie ma większej miłości na świecie jak matki do własnego dziecka. Każda matka, NORMALNA matka, walczy o dobro swojego dziecka. Każdego. Gotowa jest walczyć o jego zdrowie, szczęście, o jego dobro...
Tu co nam pani Ala Tysiąc prezentuje? Ona wytacza lekarzom proces, za to, że ośmielili się uratować życie jej córeczki! To dziecko żyje, a ta pseudo matka walczy o pieniążki, jako odszkodowanie za to, że ocalili jej córkę! I to wszystko odbywa się na oczach właśnie tego dziecka, dziecka, które nie jest bezrozumną istotą, dziecka , które może wkrótce jej zadać to trudne pytanie: mamo, ty chciałaś przerwać moje życie? Mamo, ty żałujesz, że ja jestem i dlatego domagasz się tych pieniędzy! Tfuuuu!
Nie wiem, kim trzeba być, by w ten sposób się zachować, bo dla mnie to nie tylko nie matka, ale także nie kobieta!
Ale oczywście wrzeszczące feministki , którym uczucia macieryńskie PRAWDZIWE znane nie są, wyją w tryumfie! Że macierzyństwo przegrało, że najszlachetniejsze i najcudowniejsze uczucie poniosło klęskę, a wygrał zwyczajny INTERES. Interes ubity na przez przypadek żyjącym dziecku! Dziwczynce, której matka, z takich czy innych powodów urodzić nie chciała. I już nawet nie chodzi o tamto, że chciała usunąć tę ciążę, ale o ten cały cyrk, że ZAMIAST dziękować tym lekarzom DZIĘKI którym ma córkę, ona ich chce ukarać! Co to oznacza??? Ża żałuje, że to dziecko ISTNIEJE!
W Biblii Bóg zarządał od OJCA - Abrahama, aby ten zlożył swojego syna Izaaka Mu w ofierze. Czy zastanawialiście się DLACZEGO nie poprosił o to matki??? Odpowiedź jest prosta. Bo, bez urazy, Bóg daje nam taki ciężar do uniesienia, jaki jesteśmy w stanie unieść. MY KOBIETY, takiego ciężaru unieść byśmy raczej nie podołały...MY MATKI. Ale nie pani Tysiąc...Ona swoje dziecko gotowa była zabić, a potem...Normalna to jest postawa matki, która gotowa złożyć na szali nie tylko własne zdrowie, ale i życie, byle dziecko uchronić! Jak Agata Mróz! To była matka! Matka heroiczna! Matka prawdziwa, nie tylko biologiczna!
Zastanowcie się, moi drodzy czytelnicy, przez moment...Pomyślcie...
Straszny ten dzisiejszy świat...
Pamiętam, jak w szkole....no w zasadzie nie pamiętam, która klasa to była...Anatomię miałam w liceum...Te wszystkie procesy zachodzące w człowieku...Ale to chyba duuużo wcześniej było, jeszcze w podstawówce...
Aby powstał nowy organizm potrzebne jest połączenie dwóch komórek. Następuje to w wyniku zapłodnienia. Komórki łączą się w jedno, ta cała "galareta" się miesza i całość zaczyna się mnożyć i rosnąć..I to jest początek NOWEGO ŻYCIA.
Nie ważne JAK to nazwać: zygota, zarodek, jest to nowa istota. Nowe życie.
Tym czasem teraz jakby się temu zaprzecza. Bo tak jest wygodnie?
Odwracając się od prawdy, nie spowodujemy, że ona przestanie być tą prawdą, a nią stanie się kłamstwo.
Nie złagodzimy zbrodni określeniem i USPRAWIEDLIWIENIEM jej np. wybraniem mniejszego zła, powiedzeniem sobie "mój brzuch, moja sprawa" czy innymi błędnymi teoriami. Brzuch może być rzeczywiście "moją sprawą" ale nie jego zawartość - odrębny człowiek. Jeśli by się kierować taką teorią, usuwać ciążę możnaby decyzją kobiety, nawet na tydzień przed urodzeniem dziecka.
Dlaczegóż to niby dziecko dziewięciomiesięczne ma prawa większe niż to trzymiesięczne? Bo większe? Bo lepiej rozwinięte? Bo lepiej przemawia swoim wyglądem do wyobraźni????Bo bardziej przypomina postać dorosłą? Bo jest silnniejsze, a tamto JESZCZE bardziej bezbronne?
Aborcja jest ODEBRANIEM życia. W imię...no właśnie. Często EGOIZMU. W imię nieodpowiedzialności. I naprawdę, nie jest to tłumaczeniem, że jest tak, czy inaczej.
Ja naprawdę rozumiem...Rozumiem, czy też staram się zrozumieć...I tu nie chodzi o to, by powiedzieć: ja NIGDY bym tego nie zrobiła! Nie w tym rzecz. Można sobie dużo teoretyzować. Człowiek jest czasem nieprzewidywalny, czasem postępuje wbrew swoim niezłomnym zasadom..
Tak jak np. ludzie w ekstremalnych warunkach dopuszczają się...kanibalizmu...I na nic tu gesty obrzydzenia, na nic zarzekanie się...Ty nie wiesz, czym jest głód i pragnienie, więc nie wiesz jak byś się sam zachował...
Tak samo z aborcją..Człowiek NIE WIE.
Tylko...do jasnej cholery, miejmy odwagę powiedzieć: ludzie, to jest zbrodnia! Zbrodnia na niewinnych, bezbronnych istotach! To nie jest zabieg jak usunięcie zęba, ślepej kiszki czy guza! To jest zwyczajny MORD na żywej, nowej istocie, na dziecku! Na człowieku we wczesnym stadium rozwoju życia płodowego! Tak to nazwijmy!
Sprawa pani Tysiąc... Kobieta miała zabić własne dziecko, by RZEKOMO nie stracić wzroku. Dziecko na "nieszczęście" urodziła, biedaczka! Lekarze nie chcieli poddać jej aborcji! I pozwała ich za to!
Dla mnie pani Tysiąc nie zasługuje na nazwanie jej matką. Nie ma uczuć jak matka! Normalna matka gotowa oddać życie za każde swoje dziecko! Nawet to jeszcze nienarodzone. Bo kocha. Bo czuje. Bo nie ma większej miłości na świecie jak matki do własnego dziecka. Każda matka, NORMALNA matka, walczy o dobro swojego dziecka. Każdego. Gotowa jest walczyć o jego zdrowie, szczęście, o jego dobro...
Tu co nam pani Ala Tysiąc prezentuje? Ona wytacza lekarzom proces, za to, że ośmielili się uratować życie jej córeczki! To dziecko żyje, a ta pseudo matka walczy o pieniążki, jako odszkodowanie za to, że ocalili jej córkę! I to wszystko odbywa się na oczach właśnie tego dziecka, dziecka, które nie jest bezrozumną istotą, dziecka , które może wkrótce jej zadać to trudne pytanie: mamo, ty chciałaś przerwać moje życie? Mamo, ty żałujesz, że ja jestem i dlatego domagasz się tych pieniędzy! Tfuuuu!
Nie wiem, kim trzeba być, by w ten sposób się zachować, bo dla mnie to nie tylko nie matka, ale także nie kobieta!
Ale oczywście wrzeszczące feministki , którym uczucia macieryńskie PRAWDZIWE znane nie są, wyją w tryumfie! Że macierzyństwo przegrało, że najszlachetniejsze i najcudowniejsze uczucie poniosło klęskę, a wygrał zwyczajny INTERES. Interes ubity na przez przypadek żyjącym dziecku! Dziwczynce, której matka, z takich czy innych powodów urodzić nie chciała. I już nawet nie chodzi o tamto, że chciała usunąć tę ciążę, ale o ten cały cyrk, że ZAMIAST dziękować tym lekarzom DZIĘKI którym ma córkę, ona ich chce ukarać! Co to oznacza??? Ża żałuje, że to dziecko ISTNIEJE!
W Biblii Bóg zarządał od OJCA - Abrahama, aby ten zlożył swojego syna Izaaka Mu w ofierze. Czy zastanawialiście się DLACZEGO nie poprosił o to matki??? Odpowiedź jest prosta. Bo, bez urazy, Bóg daje nam taki ciężar do uniesienia, jaki jesteśmy w stanie unieść. MY KOBIETY, takiego ciężaru unieść byśmy raczej nie podołały...MY MATKI. Ale nie pani Tysiąc...Ona swoje dziecko gotowa była zabić, a potem...Normalna to jest postawa matki, która gotowa złożyć na szali nie tylko własne zdrowie, ale i życie, byle dziecko uchronić! Jak Agata Mróz! To była matka! Matka heroiczna! Matka prawdziwa, nie tylko biologiczna!
Zastanowcie się, moi drodzy czytelnicy, przez moment...Pomyślcie...
Straszny ten dzisiejszy świat...
Opowiadanie o zwyczajnej rodzinie
W małym, parterowym domku, na skraju niewielkiego miasteczka mieszkała sobie pewna rodzina. Rodzina jak rodzina, żyło im się skromnie. Był tam tata, mama i dwóch synów - starszy, piętnastoletni Marcin i młodszy trzynastoletni Konrad zwany Konkiem. Ojciec pracował w fabryce. Wychodził codziennie świtem, wracał zaś o zmierzchu, fabryka bowiem była aż w sąsiedniej miejscowości. Ojciec pracował ciężko i trochę już nawet zaczynał niedomagać na zdrowiu. Mama natomiast zajmowała się domem, ale miała też niewielkie stoisko na bazarku przy rynku, gdzie handlowała warzywami z przydomowego ogródka. Pieniądze zarobione przez rodziców ledwo starczały jednak na jedzenie i opał, rodzinie zdarzało się czasem biedować. Chłopaki mieli wilczy apetyt i mama sporo musiała się nagimnastykować by ich nakarmić. Bracia rośli zdrowo i w zasadzie, mimo niedostatku, nie byli nieszczęśliwi. Rodzice starali się z całych sił by niczego im nie brakowało. Kochali ich bardzo i w miarę możliwości spełniali ich marzenia, zachcianki, czasem nawet kosztem swoich potrzeb. Chłopcy nie byli źli, ale nieco rozpuszczeni. Zdolni, dobrze się uczyli, a rodzice wymagali od tego przede wszystkim. "Waszym najważniejszym obowiązkiem jest nauka" - często powtarzał ojciec. "Człowiek niewykształcony ma źle w życiu, a nauka to potęgi klucz" - przekonywał swoich synów. Tak mijały lata, bracia nie wiedzieli co to praca przy gospodarstwie, dużo czasu poświęcali na zabawę i wyobrażali sobie, że tak będzie zawsze. Ale rodzice byli coraz starsi, a dzieci nieprzyzwyczajone do pomocy, nie stawały się dla nich wyręką. Pewnego dnia ojciec musiał wyjechać na długi czas do odległej miejscowości. Miał tam większe możliwości zarobku, więc wraz z matką podjęli decyzję, że opuści dom na jakiś czas.
- Jakoś sobie poradzimy - powiedziała mama. Popatrzyła jednak na chłopców z niepokojem. Do pomocy się nie garnęli.
Tak to ojciec, czule żegnany przez rodzinę, opuścił dom.
Życie potoczyło się w zasadzie normalnym rytmem.
Jednak stało się coś, co zakłóciło wszystkie plany.
Pewnego dnia matka ciężko zachorowała. Nie mogła ruszyć się z łóżka. Chłopcy byli przerażeni. W dodatku nie mogli skontaktować się z ojcem. Zawołali lekarza.
- Musicie teraz dbać o mamę. Mama ma leżeć i wypoczywać to choroba minie. Tu zapisuję leki.
- Ale kto nam będzie gotował? - zdziwili się bracia.
- Jesteście już duzi. Możecie sami ugotować i dla siebie i dla mamy - odpowiedział pan doktor spokojnie.
- Ale my nie potrafimy! - powiedział starszy.
- Spokojnie. Nauczycie się. To nic trudnego. Mama ma leżeć, może wam powiedzieć jak się co robi.
Po tych słowach lekarz wyszedł żegając się z domownikami i życząc chorej szybkiego powrotu do zdrowia.
Chłopcy zostali sami. Trochę się uspokoili, że choroba mamy nie jest aż tak straszna i wymaga tylko czasu, spokoju i leków.
Zaraz też starszy pobiegł do apteki kupić lekarstwa. Młodszy pod okiem mamy zajął się sprzątaniem. Szło mu opornie. Nie miał wprawy. Ale jakoś udało mu się choć trochę uporządkować dom.
Marcin wrócił właśnie z apteki i przyniósł wszystkie medykamenty.
"Brać po posiłku" - napisano na opakowaniu proszków. Posiłek? Ano, coś trzeba tej maminie uszykować..
Jest chleb jeszcze. Masło. Marcinek zajrzał do spiżarki...Coś się z tego wyrychtuje - pomyślał.
Ale co na obiad? Może zupę ugotować..
- Mamo, jak się gotuje rosołek? - spytał chorej.
- Ano, synku, musisz wziąć z piwnicy warzywa , kupić kawałek mięska i makaron w spółdzielni.
- To ja mogę iść - odezwał się Konek z kąta.
Wszystko powoli zaczęło się organizować.
Jak mus to mus.
Rano Konrad biegł po zakupy. Szykował mamie śniadanie. Marcin robił kanapki do szkoły. Potem szli na zaęcia. Przychodzili i pod kierunkiem mamy gotowali obiad. Dania początkowo były proste. Potem chłopcy zamarzyli by ugotować coś bardziej wyszukanego. Stopniowo nabierali doświadczenia. Już po kilku dniach, to co kiedyś wydawało im się trudne i ciężkie, teraz szło im sprawnie.
W tym czasie odezwał się tata. Dowiedział się o chorobie żony, co go bardzo zasmuciło. Chciał natychiast wracać. Jednak łączyło by się to z poważną stratą finansową.
- Tatusiu, my sobie dajemy radę, nie martw się. Mama już czuje się lepiej - uspokajały go dzieci.
Tak więc dalej bracia sami prowadzili gospodarstwo, nie tylko robili zakupy, gotowali, szykowali posiłki, ale też sprzątali, zmieniali mamie pościel. A mama....nadspodziewanie pojaśniała. Choć cierpiąca jeszcze, ale....jakby w jakiejś tęczy...Tak jej się buzia śmiała i oczy!
Tak mijały dni, potem tygodnie....
- Dzielne mam dzieci! - myślała tuląc do siebie chłopięce główki, Andrusy i łobuziaki, a jakie kochane!
Po jakimś czasie choróbsko zaczęło odpuszczać. Mama powoli wstawał i chodziła po domu.
- Leż mamusiu jeszcze, odpocznij sobie - prosił Marcinek.
- Oj, dość mam już tego odpoczywania! - odpowiadała ze śmiecham matka.
A potem wrócił ojciec. Ucałował czule żonę i swoich dzielnych synów, którzy tak doskonale sami sobie poradzili. I wszystko wrociło do normy. Rodzice poszli do pracy. Dzieci chodziły do szkoły.
Lecz coś się jednak zmieniło. Co? Ano chłopcy zaczęli bardziej pomagać rodzicom, wyręczając ich w wielu zajęciach. I wcale nawet nie trzeba było ich o to prosić. Czasem nawet ugotowali obiad dla całej rodziny.
Rosołek z makaronem.
A po wielu latach zostali nawet..kucharzami:) Ale to już całkiem inna historia....
- Jakoś sobie poradzimy - powiedziała mama. Popatrzyła jednak na chłopców z niepokojem. Do pomocy się nie garnęli.
Tak to ojciec, czule żegnany przez rodzinę, opuścił dom.
Życie potoczyło się w zasadzie normalnym rytmem.
Jednak stało się coś, co zakłóciło wszystkie plany.
Pewnego dnia matka ciężko zachorowała. Nie mogła ruszyć się z łóżka. Chłopcy byli przerażeni. W dodatku nie mogli skontaktować się z ojcem. Zawołali lekarza.
- Musicie teraz dbać o mamę. Mama ma leżeć i wypoczywać to choroba minie. Tu zapisuję leki.
- Ale kto nam będzie gotował? - zdziwili się bracia.
- Jesteście już duzi. Możecie sami ugotować i dla siebie i dla mamy - odpowiedział pan doktor spokojnie.
- Ale my nie potrafimy! - powiedział starszy.
- Spokojnie. Nauczycie się. To nic trudnego. Mama ma leżeć, może wam powiedzieć jak się co robi.
Po tych słowach lekarz wyszedł żegając się z domownikami i życząc chorej szybkiego powrotu do zdrowia.
Chłopcy zostali sami. Trochę się uspokoili, że choroba mamy nie jest aż tak straszna i wymaga tylko czasu, spokoju i leków.
Zaraz też starszy pobiegł do apteki kupić lekarstwa. Młodszy pod okiem mamy zajął się sprzątaniem. Szło mu opornie. Nie miał wprawy. Ale jakoś udało mu się choć trochę uporządkować dom.
Marcin wrócił właśnie z apteki i przyniósł wszystkie medykamenty.
"Brać po posiłku" - napisano na opakowaniu proszków. Posiłek? Ano, coś trzeba tej maminie uszykować..
Jest chleb jeszcze. Masło. Marcinek zajrzał do spiżarki...Coś się z tego wyrychtuje - pomyślał.
Ale co na obiad? Może zupę ugotować..
- Mamo, jak się gotuje rosołek? - spytał chorej.
- Ano, synku, musisz wziąć z piwnicy warzywa , kupić kawałek mięska i makaron w spółdzielni.
- To ja mogę iść - odezwał się Konek z kąta.
Wszystko powoli zaczęło się organizować.
Jak mus to mus.
Rano Konrad biegł po zakupy. Szykował mamie śniadanie. Marcin robił kanapki do szkoły. Potem szli na zaęcia. Przychodzili i pod kierunkiem mamy gotowali obiad. Dania początkowo były proste. Potem chłopcy zamarzyli by ugotować coś bardziej wyszukanego. Stopniowo nabierali doświadczenia. Już po kilku dniach, to co kiedyś wydawało im się trudne i ciężkie, teraz szło im sprawnie.
W tym czasie odezwał się tata. Dowiedział się o chorobie żony, co go bardzo zasmuciło. Chciał natychiast wracać. Jednak łączyło by się to z poważną stratą finansową.
- Tatusiu, my sobie dajemy radę, nie martw się. Mama już czuje się lepiej - uspokajały go dzieci.
Tak więc dalej bracia sami prowadzili gospodarstwo, nie tylko robili zakupy, gotowali, szykowali posiłki, ale też sprzątali, zmieniali mamie pościel. A mama....nadspodziewanie pojaśniała. Choć cierpiąca jeszcze, ale....jakby w jakiejś tęczy...Tak jej się buzia śmiała i oczy!
Tak mijały dni, potem tygodnie....
- Dzielne mam dzieci! - myślała tuląc do siebie chłopięce główki, Andrusy i łobuziaki, a jakie kochane!
Po jakimś czasie choróbsko zaczęło odpuszczać. Mama powoli wstawał i chodziła po domu.
- Leż mamusiu jeszcze, odpocznij sobie - prosił Marcinek.
- Oj, dość mam już tego odpoczywania! - odpowiadała ze śmiecham matka.
A potem wrócił ojciec. Ucałował czule żonę i swoich dzielnych synów, którzy tak doskonale sami sobie poradzili. I wszystko wrociło do normy. Rodzice poszli do pracy. Dzieci chodziły do szkoły.
Lecz coś się jednak zmieniło. Co? Ano chłopcy zaczęli bardziej pomagać rodzicom, wyręczając ich w wielu zajęciach. I wcale nawet nie trzeba było ich o to prosić. Czasem nawet ugotowali obiad dla całej rodziny.
Rosołek z makaronem.
A po wielu latach zostali nawet..kucharzami:) Ale to już całkiem inna historia....
Homoseksualizm
Była taka historia. Opowieść prosta, ale z licznymi symbolami i przesłaniem...
Sprawa o grzechu. O nieposłuszeństwie. O niewdzięczności. O ludzkiej pysze i dążeniu do wielkości. O naiwności i zadufaniu w sobie...O próżności....
Także o braku odpowiedzialności, kłamstwie i....wstydzie. Wstydzie i strachu....
Bohaterami byli Adam , Ewa i szatan. Punktem kulminacyjnym - spotkanie Ewy z szatanem - wężem.
Wąż konstruował pytania w sposób przemyślany. To nie były przypadkowo zadawane pytania, bo wąż dobrze wiedział co i dlaczego Bóg postanowił, a czego zakazał. I w sposób zamierzony wciągał Ewę w pułapkę własnego dialogu. A dialogu z szatanem nie powinno się podejmować, bo to ZAWSZE oznacza przegraną człowieka. Grzesznego, skłonnego do złego. Od szatana należy się odwrócić plecami. Ale tego nie zrobiła Ewa. Była gadatliwą babą, próżną, jak to baba. I nawet z szatanem wdała się w dyskusję, byle sobie pogadać. On wiedział, że z facetem nie ma co podejmować rozmowy, bo myśli on bardziej analitycznie. Kobieta kieruje się zwykle emocjami, ot choćby..ciekawością. Ponadto ma tendencję do wyolbrzymiania. Jest INNA niż mężczyzna...Noooo, skutek tej natury kobiecej i jej naiwności był, jaki był...Potem jeszcze namówiła tylko Adasia i po ptokach...Ale nie o tym...
Powyższy temat dowodzi otego, że człowiek, zawsze sobie zostawia furtki. Probuje dyskutować z czymś co jest OCZYWISTE.
Pani dała dzieciom w szkole zadanie. Czwarta klasa. "Proszę pani, ale czy my to MUSIMY zrobić?". To jest FAKT wzięty z rzeczywistości. Nie bajka. Człowiek zawsze próbuje sobie ułatwić, ominąć i nie zastanawia się: jak nie zrobię, nie będę umiał. Jak nie zrobię, będę w przyszłości miał kłopoty....A może jest inna droga, może jest alternatywa? Może DA SIĘ inaczej? Nie tak jak każe Bóg/mama/pani/szef???????
Dobrze dobrze, szef czasem głupszy od pracownika, pani w szkole nie zawsze ma rację, ale Bóg...ON jest NAJWYŻSZY tu nie powinno być cienia wątpliwości. A były. A są. Dlaczego? Ano dlatego, że w Niego się nie wierzy, bo to przeżytek i trzeba mieć COŚ zamiast. A CO? Ano SIEBIE! JA jestem wszak najmądrzejszy i to ja ustanawiam prawo, ja decyduję.
Jakie to prawo ludzkie? Ano efekty mamy - sądy, służba zdrowia, podatki...itd, itp.
Ale wróćmy do naszego Adama i Ewuni. Czyli do...LUDZI. A tak przy okazji...Dlaczego MY odpowiadamy wszyscy za grzech pierworodny, co to przecie nie my, tylko UNI????Ti nie ja to Un - wrzaśnie niejeden. To niesprawiedliwe! Dlaczego przez jakąś klępę, MY mamy pracować, cierpieć i umierać????? To proste. MY zrobilibyśmy dokładnie TO SAMO. Nie wierzycie? A mnie nie zależybyście wierzyli:) Ale tak by było, prędzej czy poźniej. Bo ONI symbolizują NAS wszystkich i nasze UŁOMNOŚCI, naszą głupotę w dysponowaniu tym, co NAJLEPSZE otzrymaliśmy od naszego TATY BOGA! Wolna wola.....
Ergo...
Adam i Ewa. Samiec i samiczka. Pan i pani. Żona i mąż. Mama i tata.
To jest para. To są dwie postaci o innej budowie fizycznej, innej konstrukcji psychicznej. Mała dziewczynka tuli laleczki. Mały chłopiec łapie za patyk, autko, spychacz..Rozmontowuje długopis. Mała dziewczynka kładzie lale do wózeczka...Widać od małego różnicę zachowań, potrzeb, emocji, charakterów...
Dlatego jedna płeć uzupełnia drugą, by w przyszłości stworzyć zgrany związek dwojga ludzi, być jednym ciałem, wydawać owoce...To tyle na początek...I taka jest PRAWIDŁOWOŚĆ. I zawsze była.
Była, jest i będzie. U ludzi i u zwierzątek.
Do czego zmierzam? Ano do tego, że obecnie się temu zaprzecza. Że to nie jest wcale prawidłowość! Bo pan z panem i pani z panią to jest TAKA SAMA PRAWIDŁOWOŚĆ!
Tak się teraz mówi! To też jest NORMALNE. I to i tamto jest TAK SAMO NORMALNE! A u zwierzątek nawet tak BYWA, ot ARGUMENT!:)))))))
Bo homoseksualizm istniał zawsze! Tak powiadają! Zawsze, moim mili, to istniały i zbrodnie i kazirodztwo i pedofilia i rozboje...Wszelkie zło zawsze istniało od kiedy ludzie je poznali! Czy TO , że coś istniało zawsze, oznacza, że to jest NORMALNE?????Chyba nie!
Jeśli nie jest normalne, że mężczyzna obcuje z mężczyzną, a kobieta z kobietą to jest to nienormalne, proste! Czyli co? Patologia , dewiacja. Tak to należy OKREŚLIĆ bo takie to jest. Nazwijmy to sobie orientacją seksualną inną niż normalna więc patologiczną. I tak trzeba to nazwać bez żenady.
Nie trzeba ICH wytykać palcami, rzucać w nich kamieniami. To ludzie. Biedni bo wypaczeni. Często nieszczęśliwi, pełni rozterek, frustracji, zahamowań. Czasem mają wyrzuty sumienia lub poczucie winy. Trzeba im współczuć , bo zawsze pozostaną niespełnieni, wbrew wrzaskom działaczy organizacji gejowskich. Spotykają się z naturalną reakcją..nieufności, rezerwy u...NORMALNYCH...Jeśli zostaną rozpoznani. Jeśli też się afiszują.
Porównanie zdrowego i normalnego faceta do geja to potwarz, tak samo kobiety do lesbijki. Popatrzcie na te wrzaskliwe babochłopy na paradach, agresywne, obcesowe, często obscenicznie i manifestujące w sposób napastliwy swoje cechy płciowe - np. przez obnażenie ciała. Popatrzcie na tych mężczyzn - wymalowanych, wystylizowanych, ruszających bioderkami, modulujących głosiki, trzymających łokietki koło pasa, stawiających dziwnie kroki, często także obnażonych...Dlaczego? Dlaczego tak dziwnie się zachowują? Prowokują barwami wojennymi niczym Apacze...Są prowokacyjni, nachalni w afiszowaniu się z preferencjami, często pokazują się w intymnych gestach, dotykach i pocalunkach z partnerami. Ostentacyjnie robią to, co jest sferą bardzo intymną dla wielu...To oni robią szum wokół siebie. To oni powiewają tęczowymi flagami. To oni często chcą brać śluby i dowartościowywać się WCIĄGAJĄC niewinne dzieci w tę PATOLOGIĘ, adoptując je. Jak to powiedział pan Jacyków : patologia nie może rodzić patologii. I tu miał rację. Ręce precz od dzieci!
Potrzebują wciąż świeżego narybku, zaczepiają młodych chłopców w nocnych klubach, dzieciaki czasem po alkoholu ulegają..Albo też za pieniądze...Fuj!
I nie mówce, że wam nie będzie przeszkadzać jak wam córcia przyprowadzi NARZECZONĄ a syn chłopaka! To kłamstwo. Ja osobiście nigdy w to nie uwierzę, że w normalnej, zdrowej rodzinie, rodzice się będą radować takim układem. To jest zwyczajne zakłamanie! I podkreślam, nie uważam się za homofobkę, ale nigdy nie przyznam IM statutu rodziny, choćby 100 parlamentów dało im takie prawo! Ja tam wolę takich ludzi jednak traktować z rezerwą i zbytnio się z nimi nie bratać. Niech nie będą nauczycielami i nie wpajają młodzieży swojej chorej ideologii. Niech sobie będą artystami, tancerzami...Ale od dzieci WARA. Koniec, kropka.
Sprawa o grzechu. O nieposłuszeństwie. O niewdzięczności. O ludzkiej pysze i dążeniu do wielkości. O naiwności i zadufaniu w sobie...O próżności....
Także o braku odpowiedzialności, kłamstwie i....wstydzie. Wstydzie i strachu....
Bohaterami byli Adam , Ewa i szatan. Punktem kulminacyjnym - spotkanie Ewy z szatanem - wężem.
Wąż konstruował pytania w sposób przemyślany. To nie były przypadkowo zadawane pytania, bo wąż dobrze wiedział co i dlaczego Bóg postanowił, a czego zakazał. I w sposób zamierzony wciągał Ewę w pułapkę własnego dialogu. A dialogu z szatanem nie powinno się podejmować, bo to ZAWSZE oznacza przegraną człowieka. Grzesznego, skłonnego do złego. Od szatana należy się odwrócić plecami. Ale tego nie zrobiła Ewa. Była gadatliwą babą, próżną, jak to baba. I nawet z szatanem wdała się w dyskusję, byle sobie pogadać. On wiedział, że z facetem nie ma co podejmować rozmowy, bo myśli on bardziej analitycznie. Kobieta kieruje się zwykle emocjami, ot choćby..ciekawością. Ponadto ma tendencję do wyolbrzymiania. Jest INNA niż mężczyzna...Noooo, skutek tej natury kobiecej i jej naiwności był, jaki był...Potem jeszcze namówiła tylko Adasia i po ptokach...Ale nie o tym...
Powyższy temat dowodzi otego, że człowiek, zawsze sobie zostawia furtki. Probuje dyskutować z czymś co jest OCZYWISTE.
Pani dała dzieciom w szkole zadanie. Czwarta klasa. "Proszę pani, ale czy my to MUSIMY zrobić?". To jest FAKT wzięty z rzeczywistości. Nie bajka. Człowiek zawsze próbuje sobie ułatwić, ominąć i nie zastanawia się: jak nie zrobię, nie będę umiał. Jak nie zrobię, będę w przyszłości miał kłopoty....A może jest inna droga, może jest alternatywa? Może DA SIĘ inaczej? Nie tak jak każe Bóg/mama/pani/szef???????
Dobrze dobrze, szef czasem głupszy od pracownika, pani w szkole nie zawsze ma rację, ale Bóg...ON jest NAJWYŻSZY tu nie powinno być cienia wątpliwości. A były. A są. Dlaczego? Ano dlatego, że w Niego się nie wierzy, bo to przeżytek i trzeba mieć COŚ zamiast. A CO? Ano SIEBIE! JA jestem wszak najmądrzejszy i to ja ustanawiam prawo, ja decyduję.
Jakie to prawo ludzkie? Ano efekty mamy - sądy, służba zdrowia, podatki...itd, itp.
Ale wróćmy do naszego Adama i Ewuni. Czyli do...LUDZI. A tak przy okazji...Dlaczego MY odpowiadamy wszyscy za grzech pierworodny, co to przecie nie my, tylko UNI????Ti nie ja to Un - wrzaśnie niejeden. To niesprawiedliwe! Dlaczego przez jakąś klępę, MY mamy pracować, cierpieć i umierać????? To proste. MY zrobilibyśmy dokładnie TO SAMO. Nie wierzycie? A mnie nie zależybyście wierzyli:) Ale tak by było, prędzej czy poźniej. Bo ONI symbolizują NAS wszystkich i nasze UŁOMNOŚCI, naszą głupotę w dysponowaniu tym, co NAJLEPSZE otzrymaliśmy od naszego TATY BOGA! Wolna wola.....
Ergo...
Adam i Ewa. Samiec i samiczka. Pan i pani. Żona i mąż. Mama i tata.
To jest para. To są dwie postaci o innej budowie fizycznej, innej konstrukcji psychicznej. Mała dziewczynka tuli laleczki. Mały chłopiec łapie za patyk, autko, spychacz..Rozmontowuje długopis. Mała dziewczynka kładzie lale do wózeczka...Widać od małego różnicę zachowań, potrzeb, emocji, charakterów...
Dlatego jedna płeć uzupełnia drugą, by w przyszłości stworzyć zgrany związek dwojga ludzi, być jednym ciałem, wydawać owoce...To tyle na początek...I taka jest PRAWIDŁOWOŚĆ. I zawsze była.
Była, jest i będzie. U ludzi i u zwierzątek.
Do czego zmierzam? Ano do tego, że obecnie się temu zaprzecza. Że to nie jest wcale prawidłowość! Bo pan z panem i pani z panią to jest TAKA SAMA PRAWIDŁOWOŚĆ!
Tak się teraz mówi! To też jest NORMALNE. I to i tamto jest TAK SAMO NORMALNE! A u zwierzątek nawet tak BYWA, ot ARGUMENT!:)))))))
Bo homoseksualizm istniał zawsze! Tak powiadają! Zawsze, moim mili, to istniały i zbrodnie i kazirodztwo i pedofilia i rozboje...Wszelkie zło zawsze istniało od kiedy ludzie je poznali! Czy TO , że coś istniało zawsze, oznacza, że to jest NORMALNE?????Chyba nie!
Jeśli nie jest normalne, że mężczyzna obcuje z mężczyzną, a kobieta z kobietą to jest to nienormalne, proste! Czyli co? Patologia , dewiacja. Tak to należy OKREŚLIĆ bo takie to jest. Nazwijmy to sobie orientacją seksualną inną niż normalna więc patologiczną. I tak trzeba to nazwać bez żenady.
Nie trzeba ICH wytykać palcami, rzucać w nich kamieniami. To ludzie. Biedni bo wypaczeni. Często nieszczęśliwi, pełni rozterek, frustracji, zahamowań. Czasem mają wyrzuty sumienia lub poczucie winy. Trzeba im współczuć , bo zawsze pozostaną niespełnieni, wbrew wrzaskom działaczy organizacji gejowskich. Spotykają się z naturalną reakcją..nieufności, rezerwy u...NORMALNYCH...Jeśli zostaną rozpoznani. Jeśli też się afiszują.
Porównanie zdrowego i normalnego faceta do geja to potwarz, tak samo kobiety do lesbijki. Popatrzcie na te wrzaskliwe babochłopy na paradach, agresywne, obcesowe, często obscenicznie i manifestujące w sposób napastliwy swoje cechy płciowe - np. przez obnażenie ciała. Popatrzcie na tych mężczyzn - wymalowanych, wystylizowanych, ruszających bioderkami, modulujących głosiki, trzymających łokietki koło pasa, stawiających dziwnie kroki, często także obnażonych...Dlaczego? Dlaczego tak dziwnie się zachowują? Prowokują barwami wojennymi niczym Apacze...Są prowokacyjni, nachalni w afiszowaniu się z preferencjami, często pokazują się w intymnych gestach, dotykach i pocalunkach z partnerami. Ostentacyjnie robią to, co jest sferą bardzo intymną dla wielu...To oni robią szum wokół siebie. To oni powiewają tęczowymi flagami. To oni często chcą brać śluby i dowartościowywać się WCIĄGAJĄC niewinne dzieci w tę PATOLOGIĘ, adoptując je. Jak to powiedział pan Jacyków : patologia nie może rodzić patologii. I tu miał rację. Ręce precz od dzieci!
Potrzebują wciąż świeżego narybku, zaczepiają młodych chłopców w nocnych klubach, dzieciaki czasem po alkoholu ulegają..Albo też za pieniądze...Fuj!
I nie mówce, że wam nie będzie przeszkadzać jak wam córcia przyprowadzi NARZECZONĄ a syn chłopaka! To kłamstwo. Ja osobiście nigdy w to nie uwierzę, że w normalnej, zdrowej rodzinie, rodzice się będą radować takim układem. To jest zwyczajne zakłamanie! I podkreślam, nie uważam się za homofobkę, ale nigdy nie przyznam IM statutu rodziny, choćby 100 parlamentów dało im takie prawo! Ja tam wolę takich ludzi jednak traktować z rezerwą i zbytnio się z nimi nie bratać. Niech nie będą nauczycielami i nie wpajają młodzieży swojej chorej ideologii. Niech sobie będą artystami, tancerzami...Ale od dzieci WARA. Koniec, kropka.
środa, 16 stycznia 2013
Kłamstwo czyli "Nie mów fałszywego świadectwa..."
Czasem se tak myślę...Myślę i myślę. I zachodzę w głowę jak to jest?
Kiedyś to normy moralne były jasne i proste. W zasadzie to nawet osoba niewierząca winna się kierować Dekalogiem MIMO NIEWIARY- od "punktu" IV do X. Bo te wskazania - NAKAZY i ZAKAZY są przecież jasne, klarowne, proste i UNIWERSALNE. Nie zabijaj, nie kradnij, nie kłam, szanuj drugiego człowieka...
Czy to jest zrozumiałe? Chyba tak. Dla normalnych, uczciwych...
Ale, przepraszam, że to powiem, chyba takich jest coraz mniej...Może to moje czarnowidztwo, może pesymizm, a może po prostu...realizm?
Dziś ludzie zaczynają ZBYTNIO filozofować. Zaczynają to wszystko analizować, interpretować, rozkładać na czynniki pierwsze, tak, jakby z tym co dobre i JEDNOZNACZNE można było dyskutować...Jakby były różne prawdy...Teraz się mówi, że dobro dla każdego oznacza co innego...I że są aż trzy prawdy. Cóż....Ja powiem tak. Prawda jest tylko jedna, a dobro nie jest pojęciem względnym wbrew temu, co teraz się lansuje...Albo coś jest dobre albo nie jest, czyli jest złe.
Oszustwo jest oszustwem, jest nieprawdą, jest zatajeniem stanu faktycznego...Jest złe.
Tym czasem obecnie na oszustwie budowany jest świat. Oszustwo okazuje się być czymś..chlubnym? Bo kłamie się w imię celów wyższych? W imię uzyskania korzyści? W imię wylansowania siebie? Powodów może być miliony. Kłamią wszyscy. Prawie wszyscy. A wszyscy czasem. Patrząc w oczy, nie wstydząc się...Nawet gdy kłamstwo się wyda, wszak ma krótkie nogi, kłamcy dalej są pewni siebie i nawet powieka im nie drgnie...Bo..cel uświęca środki?
Przy pomocy kłamstwa można skrzywić rzeczywistość, przeinaczyć fakty, zmanipulować odbiorcę...Można wykreować łajdaka na bohatera, a uczciwego wroga sprowadzić na samo dno.
Tak jak np. teraz to się robi ze zwalczaną partią polityczną lub nielubianymi instytucjami czy grupami społecznymi. Są to tzw. nagonki.
Np. znana i popularna gazeta donosi iż w miejscowości L na Podlasiu (!) ordynator miejscowego szpitala/proboszcz parafii/pracownik Caritasu itp. ,Zenon L. okazał się być pedofilem/alkoholikiem, który jechał po pijanemu mając we krwi 5 prom. alkoholu i spowodował wypadek! Skandal! I już się napędza falę NIECHĘCI, KRYTYKI czy NIENAWIŚCI wręcz, prawda jakie to proste? Do tego zdjęcie w kitlu czy sutannie ( z zasłoniętymi oczami) i materiał mamy gotowy! Nikt przecież analizować nie będzie i nie sprawdzi ani szpitala, ani parafii! Kogo to interesuje? W prasie przecie napisali, w telewizorni powiedzieli - myśli masa, a jej nienawiść do danej grupy rośnie! No, w końcu dowód jest niezbity! A nawet jeśli komuś dochodzić się zechce to i co??? Sprostowanie za trzy miesiące można małymi literkami na ostatniej stronie napisać, wielkie mecyje! Że nie ksiądz, tylko były ksiądz, nie kościoła katolickiego tylko jakiegoś tam innego, a w ogóle to nie tak było, ale co tam!
To samo z tymi wszystkimi gwiazdami i tymi co gwiazdy udają. Jak to wszystko można pięknie przedstawić przy pomocy odpowiednich zdjęć, ujęć, komentarzy, niedopowiedzeń, pytań....Czy to już koniec małżeństwa Katzrzyny C.? I tu strzela się fotkę ze smutną minką onej. Albo: Czy to jest przyjaźń czy to jest kochanie? I zdjęcie znanej gwiazdy, wiadomo, od niedawna mężatki w towarzystwie tajemniczego blondyna. Albo: Czy to początek paraliżu? I zdjęcie jakiejś Dody jak się wywala na ulicy w zbyt wysokich koturnach. Prawda jakie to proste? A czytelnicy pieją! A nakłady rosną! Oj, jak społeczeństwo lubi takie sensacyjki! Jak te ludzie lubią patrzeć jak komuś nóżka się powinęła oj, oj, że nie tylko mnie się nie układa z mężem (NIE MNIE! - tylko przykładowo mówię) ale taka tam Cichopek czy inna Figura....A to wszystko tylko kłamstewko, a czasem i kłamstwo. Bywa, że sama gwiazda uczestniczy w takim przedsięwzięciu symulując rozwód, zdradę itp. Najczęściej jak jej akcje spadają. Oj musi się starać wtedy by wymyślić coś oryginalnego o sobie co będzie przynętą dla wygłodzonej tłuszczy...
Oszukuje się dzieci. Nie, Mateuszku, dziadzia nie umarł, tylko wyjechał za granicę...Mamusia papieroska paliła? Eeeee, nie, mamusia tak sobie tylko TRZYMAŁA!
A potem dzieci oszukują nas i kłamią...I wtedy zdziwienie: gdzie toto się tego nauczyło?
Łże jak z nut!
"Ponad połowa kandydatów na pracowników nie mówi o sobie prawdy podczas rozmowy rekrutacyjnej – wynika z badania zrealizowanego przez Richarda McHenry’ego z Uniwersytetu w Oksfordzie. Uczony, na podstawie ankiety przeprowadzonej wśród tysiąca osób, stwierdził, że aby zwiększyć szanse na zatrudnienie, ludzie często oszukują i wcielają się w osoby o pożądanych kwalifikacjach. Tymczasem, pracodawca podsiada środki do natychmiastowej weryfikacji informacji, które mu przekazujemy.
Kłamstwa w CV i na rozmowie kwalifikacyjnej są rzeczą nagminną. Dzięki nim każdy chce się lepiej sprzedać." (http://praca.wp.pl/gid,14442638,title,6-rzeczy-o-ktorych-nie-warto-klamac,galeria.html?ticaid=1fe4f)
Kłamie się ze strachu, bo wstyd...Czasem kłamie się by przykrości nie sprawić, by nie przerazić - np. zatajenie choroby lub : "a nosisz tę bluzeczkę różową , którą ci kupiłam?" - "Oczywiście, noszę, ona taka świetna na upały!" - a w duchu myśli "nienawidzę takiego majtkowego koloru!".
I to jest istota kłamstwa..Te ostatnie może z tych najmniej szkodliwych.
Ale pamiętajmy, kłamstwo to kłamstwo i tak należy zawsze je określać. Przynajmniej we własnym sumieniu...
Kiedyś to normy moralne były jasne i proste. W zasadzie to nawet osoba niewierząca winna się kierować Dekalogiem MIMO NIEWIARY- od "punktu" IV do X. Bo te wskazania - NAKAZY i ZAKAZY są przecież jasne, klarowne, proste i UNIWERSALNE. Nie zabijaj, nie kradnij, nie kłam, szanuj drugiego człowieka...
Czy to jest zrozumiałe? Chyba tak. Dla normalnych, uczciwych...
Ale, przepraszam, że to powiem, chyba takich jest coraz mniej...Może to moje czarnowidztwo, może pesymizm, a może po prostu...realizm?
Dziś ludzie zaczynają ZBYTNIO filozofować. Zaczynają to wszystko analizować, interpretować, rozkładać na czynniki pierwsze, tak, jakby z tym co dobre i JEDNOZNACZNE można było dyskutować...Jakby były różne prawdy...Teraz się mówi, że dobro dla każdego oznacza co innego...I że są aż trzy prawdy. Cóż....Ja powiem tak. Prawda jest tylko jedna, a dobro nie jest pojęciem względnym wbrew temu, co teraz się lansuje...Albo coś jest dobre albo nie jest, czyli jest złe.
Oszustwo jest oszustwem, jest nieprawdą, jest zatajeniem stanu faktycznego...Jest złe.
Tym czasem obecnie na oszustwie budowany jest świat. Oszustwo okazuje się być czymś..chlubnym? Bo kłamie się w imię celów wyższych? W imię uzyskania korzyści? W imię wylansowania siebie? Powodów może być miliony. Kłamią wszyscy. Prawie wszyscy. A wszyscy czasem. Patrząc w oczy, nie wstydząc się...Nawet gdy kłamstwo się wyda, wszak ma krótkie nogi, kłamcy dalej są pewni siebie i nawet powieka im nie drgnie...Bo..cel uświęca środki?
Przy pomocy kłamstwa można skrzywić rzeczywistość, przeinaczyć fakty, zmanipulować odbiorcę...Można wykreować łajdaka na bohatera, a uczciwego wroga sprowadzić na samo dno.
Tak jak np. teraz to się robi ze zwalczaną partią polityczną lub nielubianymi instytucjami czy grupami społecznymi. Są to tzw. nagonki.
Np. znana i popularna gazeta donosi iż w miejscowości L na Podlasiu (!) ordynator miejscowego szpitala/proboszcz parafii/pracownik Caritasu itp. ,Zenon L. okazał się być pedofilem/alkoholikiem, który jechał po pijanemu mając we krwi 5 prom. alkoholu i spowodował wypadek! Skandal! I już się napędza falę NIECHĘCI, KRYTYKI czy NIENAWIŚCI wręcz, prawda jakie to proste? Do tego zdjęcie w kitlu czy sutannie ( z zasłoniętymi oczami) i materiał mamy gotowy! Nikt przecież analizować nie będzie i nie sprawdzi ani szpitala, ani parafii! Kogo to interesuje? W prasie przecie napisali, w telewizorni powiedzieli - myśli masa, a jej nienawiść do danej grupy rośnie! No, w końcu dowód jest niezbity! A nawet jeśli komuś dochodzić się zechce to i co??? Sprostowanie za trzy miesiące można małymi literkami na ostatniej stronie napisać, wielkie mecyje! Że nie ksiądz, tylko były ksiądz, nie kościoła katolickiego tylko jakiegoś tam innego, a w ogóle to nie tak było, ale co tam!
To samo z tymi wszystkimi gwiazdami i tymi co gwiazdy udają. Jak to wszystko można pięknie przedstawić przy pomocy odpowiednich zdjęć, ujęć, komentarzy, niedopowiedzeń, pytań....Czy to już koniec małżeństwa Katzrzyny C.? I tu strzela się fotkę ze smutną minką onej. Albo: Czy to jest przyjaźń czy to jest kochanie? I zdjęcie znanej gwiazdy, wiadomo, od niedawna mężatki w towarzystwie tajemniczego blondyna. Albo: Czy to początek paraliżu? I zdjęcie jakiejś Dody jak się wywala na ulicy w zbyt wysokich koturnach. Prawda jakie to proste? A czytelnicy pieją! A nakłady rosną! Oj, jak społeczeństwo lubi takie sensacyjki! Jak te ludzie lubią patrzeć jak komuś nóżka się powinęła oj, oj, że nie tylko mnie się nie układa z mężem (NIE MNIE! - tylko przykładowo mówię) ale taka tam Cichopek czy inna Figura....A to wszystko tylko kłamstewko, a czasem i kłamstwo. Bywa, że sama gwiazda uczestniczy w takim przedsięwzięciu symulując rozwód, zdradę itp. Najczęściej jak jej akcje spadają. Oj musi się starać wtedy by wymyślić coś oryginalnego o sobie co będzie przynętą dla wygłodzonej tłuszczy...
Oszukuje się dzieci. Nie, Mateuszku, dziadzia nie umarł, tylko wyjechał za granicę...Mamusia papieroska paliła? Eeeee, nie, mamusia tak sobie tylko TRZYMAŁA!
A potem dzieci oszukują nas i kłamią...I wtedy zdziwienie: gdzie toto się tego nauczyło?
Łże jak z nut!
"Ponad połowa kandydatów na pracowników nie mówi o sobie prawdy podczas rozmowy rekrutacyjnej – wynika z badania zrealizowanego przez Richarda McHenry’ego z Uniwersytetu w Oksfordzie. Uczony, na podstawie ankiety przeprowadzonej wśród tysiąca osób, stwierdził, że aby zwiększyć szanse na zatrudnienie, ludzie często oszukują i wcielają się w osoby o pożądanych kwalifikacjach. Tymczasem, pracodawca podsiada środki do natychmiastowej weryfikacji informacji, które mu przekazujemy.
Kłamstwa w CV i na rozmowie kwalifikacyjnej są rzeczą nagminną. Dzięki nim każdy chce się lepiej sprzedać." (http://praca.wp.pl/gid,14442638,title,6-rzeczy-o-ktorych-nie-warto-klamac,galeria.html?ticaid=1fe4f)
Kłamie się ze strachu, bo wstyd...Czasem kłamie się by przykrości nie sprawić, by nie przerazić - np. zatajenie choroby lub : "a nosisz tę bluzeczkę różową , którą ci kupiłam?" - "Oczywiście, noszę, ona taka świetna na upały!" - a w duchu myśli "nienawidzę takiego majtkowego koloru!".
I to jest istota kłamstwa..Te ostatnie może z tych najmniej szkodliwych.
Ale pamiętajmy, kłamstwo to kłamstwo i tak należy zawsze je określać. Przynajmniej we własnym sumieniu...
Cywilizacja
Dziś w telewizji pokazali różne takie wynalazki i usprawnienia, które nas czekają w przyszłości i to już niedalekiej. Ja to starej daty jestem i widzę co z tej nowoczesności nam wyJszło!
Nieeeee, nie to, żebym była przeciw rozwojowi cywilizacji! Tylko sami popatrzcie, do czego nas ta cywilizacja doprowadza. Sterty śmieci i to nie ulegających biodegradacji i walających się lata całe, zatrucie środowiska, rozwój chorób cywilizacyjnych, nerwice i ogólne wypaczenie się człowieka jako gatunku Homo Sapiens!
A tu co nam oferują? Ano leczenie przez internet. Komputer będzie zaopatrzony w specjalne urządzenia i badania można będzie wykonać na odległość. Wizytę u lekarza będzie więc pacjent odbywał nie wychodząc z domu! Czyż to nie fascynujące?Oj, biedne będą te wszystkie starsze babcie! Po pierwsze - każą im w ogóle nauczyć się komputer obsługiwać. Po drugie, nie będą miały atrakcji w postaci pogadania z inną babcią lub dziadkiem. Po trzecie, nie będą mogły posiedzieć sobie w gabinecie i poopowiadać lekarzowi o wrednej sąsiadce i niedobrej synowej. No i tak ogólnie, w kolejce do okienka się ne będą mogły pokłócić.
Oczywiście, proszę traktować te moje, nieco zUośliwe uwagi z przymrużeniem oka:) Toć wiem, że na ogół to właśnie nasze kochane emerytki i rencistki wymagają szczególnej opieki medycznej. Niestety, takie jest prawo buszu, o którym już starożytni Rosjanie wiedzieli, że z wiekiem każdy materiał się zużywa, nawet ten najlepszy, wojenny...Tylko czy taki kontakt przez szybkę zastąpi kontakt bezpośredni? Toć czasem trzeba coś macnąć, coś nawet..powąchać....
Tak, tak, straszne czasy przed nami. Komputeryzacja, cyfryzacja...Dekodery kupYwać trzeba, a ja nie wiem jeszcze do czego to i na co...Świat idzie do przodu, ale nie wszyscy nadążą za nim. Jak kto kulawy albo staroświecki to szans ni ma dogobić..Pamiętam, jak się do pralki automatycznej skradałam, potem do komputera...Kiedyś taki program fikuśny był, czarno - biały i po angielsku wszystko. Noooo, nie jestem mocna w tym języku, żeby tak po rusku to owszem, charaszo! Ile żem się namęczyła wtedy by się nauczyć co się z czy je...Tera też nie śmigam , ale coś jednym palcem wystukać potrafię jak potrzeba...
No i to by było na tyle moich refleksji...Nie jestem, jak to mówią, człowiekiem Renesansu...Nie znam się na wszystkim i nie udaję nawet, że się znam, ani i chęci nie mam poznać...I tyle.
No to co, takich od razu trzeba kołkiem dobijać? Phiiiiiiiiiiii!
A ja mam TO w Milusi!
Nieeeee, nie to, żebym była przeciw rozwojowi cywilizacji! Tylko sami popatrzcie, do czego nas ta cywilizacja doprowadza. Sterty śmieci i to nie ulegających biodegradacji i walających się lata całe, zatrucie środowiska, rozwój chorób cywilizacyjnych, nerwice i ogólne wypaczenie się człowieka jako gatunku Homo Sapiens!
A tu co nam oferują? Ano leczenie przez internet. Komputer będzie zaopatrzony w specjalne urządzenia i badania można będzie wykonać na odległość. Wizytę u lekarza będzie więc pacjent odbywał nie wychodząc z domu! Czyż to nie fascynujące?Oj, biedne będą te wszystkie starsze babcie! Po pierwsze - każą im w ogóle nauczyć się komputer obsługiwać. Po drugie, nie będą miały atrakcji w postaci pogadania z inną babcią lub dziadkiem. Po trzecie, nie będą mogły posiedzieć sobie w gabinecie i poopowiadać lekarzowi o wrednej sąsiadce i niedobrej synowej. No i tak ogólnie, w kolejce do okienka się ne będą mogły pokłócić.
Oczywiście, proszę traktować te moje, nieco zUośliwe uwagi z przymrużeniem oka:) Toć wiem, że na ogół to właśnie nasze kochane emerytki i rencistki wymagają szczególnej opieki medycznej. Niestety, takie jest prawo buszu, o którym już starożytni Rosjanie wiedzieli, że z wiekiem każdy materiał się zużywa, nawet ten najlepszy, wojenny...Tylko czy taki kontakt przez szybkę zastąpi kontakt bezpośredni? Toć czasem trzeba coś macnąć, coś nawet..powąchać....
Tak, tak, straszne czasy przed nami. Komputeryzacja, cyfryzacja...Dekodery kupYwać trzeba, a ja nie wiem jeszcze do czego to i na co...Świat idzie do przodu, ale nie wszyscy nadążą za nim. Jak kto kulawy albo staroświecki to szans ni ma dogobić..Pamiętam, jak się do pralki automatycznej skradałam, potem do komputera...Kiedyś taki program fikuśny był, czarno - biały i po angielsku wszystko. Noooo, nie jestem mocna w tym języku, żeby tak po rusku to owszem, charaszo! Ile żem się namęczyła wtedy by się nauczyć co się z czy je...Tera też nie śmigam , ale coś jednym palcem wystukać potrafię jak potrzeba...
No i to by było na tyle moich refleksji...Nie jestem, jak to mówią, człowiekiem Renesansu...Nie znam się na wszystkim i nie udaję nawet, że się znam, ani i chęci nie mam poznać...I tyle.
No to co, takich od razu trzeba kołkiem dobijać? Phiiiiiiiiiiii!
A ja mam TO w Milusi!
środa, 9 stycznia 2013
Sztuka i reklama
Czy sztuka i reklama może nie mieć granic? Do czego posunie się człowiek tworząc, wymyślając coś, dając upust swojej fantazji , czy też podchodząc czysto komercyjnie - w odpowiadzi na potrzeby odbiorcy? Jak to mówią, popyt kształtuje podaż....Czy to, że mamy okazję zbić trochę kasy, nakręcić wokół siebie koniunkturę, podgrzać atmosferę, dodać sobie...splendoru i zabłysnąć na firmamencie, usprawiedliwia to, co robimy? Czy zawsze cel uświęca środki? Czy warto wyzuć się z człowieczeństwa by do kieszeni wpadło parę euro lub dolarów? Czy mamy prawo porzucić skrupuły, rzucić na szalę przyzwoitość, humanitaryzm, w imię...właśnie, w imię czego? Jaka jest cena sławy? Ile jest zdolny człowiek zrobić świństw by osiągnąć cel? Do jakiego stopnia można okazać się ignorantem lub osobą pozbawioną wyczucia, taktu? Zastanówmy się.
Ostatnio mieliśmy okazję zobaczyć nową reklamę sieci telefonii komórkowej Heya.
Jak widać został w niej wykorzystany wizerunek Lenina wraz z jego atrybutem - czerwonym sztandarem.
Wiele środowisk oburzyło się wykorzystaniem w spocie wizerunku krwawego rewolucjonisty.
Prof. Maciej Mrozowski, medioznawca z UW w rozmowie z na ten temat stwierdził, że wyrzuciłby przez okno twórcę tej reklamy razem z jego pomysłem (mocne słowa), a reklamie powinniśmy odejść od wizerunków postaci historycznych. Również internauci z FB zorganizowali bojkot pod hasłem "Stop sowietyzacji".
W reklamach bez skrupułów stosuje się manipulację uczuciami ludzkimi: litością, uczuciami rodzicielskimi, chęcią dowartościownia siebie i poczucia się...luksusowym albo wybrańcem losu.
Wszystkie chwyty dozwolone.
Niektóre łańcuchy myślowe pomysłodawców i producentów są po prostu powalające. Np. środki na odchudzanie skojarzone z obozem koncentracyjnym - w tle. Albo nasza rodzima reklama łódzkiej "Manufaktury", nieszczęsliwie nawiązująca do tzw. "Nocy Kryształowej"...Niewiedza czy brak zasad?
Ostatnio mieliśmy okazję zobaczyć nową reklamę sieci telefonii komórkowej Heya.
Jak widać został w niej wykorzystany wizerunek Lenina wraz z jego atrybutem - czerwonym sztandarem.
Wiele środowisk oburzyło się wykorzystaniem w spocie wizerunku krwawego rewolucjonisty.
Prof. Maciej Mrozowski, medioznawca z UW w rozmowie z na ten temat stwierdził, że wyrzuciłby przez okno twórcę tej reklamy razem z jego pomysłem (mocne słowa), a reklamie powinniśmy odejść od wizerunków postaci historycznych. Również internauci z FB zorganizowali bojkot pod hasłem "Stop sowietyzacji".
W reklamach bez skrupułów stosuje się manipulację uczuciami ludzkimi: litością, uczuciami rodzicielskimi, chęcią dowartościownia siebie i poczucia się...luksusowym albo wybrańcem losu.
Wszystkie chwyty dozwolone.
Niektóre łańcuchy myślowe pomysłodawców i producentów są po prostu powalające. Np. środki na odchudzanie skojarzone z obozem koncentracyjnym - w tle. Albo nasza rodzima reklama łódzkiej "Manufaktury", nieszczęsliwie nawiązująca do tzw. "Nocy Kryształowej"...Niewiedza czy brak zasad?
W reklamach szafuje się wszystkim: wizerunkiem dzieci, kobiet w ciąży, chorych, kalekich, symbolami religijnymi...Bez żenady pokazuje się ludzi w trakcie realizowania potrzeb fizjologicznych przy pisuarach, mówi się prawie w sposób otwarty o seksie w rodzaju "Och, jaki duży! Co z nim zrobiłeś?" itd.
Jem sobie obiadek oglądając telewizję a tu: ahoj i akuku! To ja, TWOJA PROSTATA - i pokazuje się jej skrzywione oblicze wtopione w gruczołowaty brąz bleeeeee... Ja mam wyobraźnię i sorry, ale obiad mi nie smakuje w towarzystwie tej prostaty, która mocno przerośnięta na mnie kiwa z ekranu!
Teamat dzieci. Ja bardzo przepraszam, ale czasem mam wrażenie, że wiele reklam jest realizowanych z myślą, by pedofilom zrobić dobrze. Może to moja przesadna wrażliwość, ale...Ta słynna reklama z chłopcem jedzącym loda...Albo te dzieciaczki wywijające tyłeczkami , często gołymi, te dziewczynki patrzące zalotnie, z umalowanymi usteczkami i w sukienkach wcale nie dziecinnych....Ja bardzo przepraszam, ale jeśli pokazuje się dziecko obnażone i w prowokacyjnych pozach, czy też naśladujące mimiką i gestami dorosłych, to dla mnie przekaz jest jednoznaczny.
Proszę popatrzeć, czy ta dziewczynka z reklamy WYGLĄDA jak dziecko, czy jak panienka w agencji towarzyskiej czekająca na klienta?
Albo symbole religijne czy też emblematy państwowe. Nie ma żadnych granic!
Co do sztuki. Niestety, jest jeszcze gorzej. Te instalacje ze zwłok ludzkich, te gentalia na krzyżu...Wszytko dla sztuki! Ludzie, gdzie my żyjemy? Wszystko na sprzedaż? Niech mówią, wszystko jedno jak, byle mowili? Nie ma już nic świętego na tym świecie? NIETYKALNEGO????????
Z tym pytaniam was zostawiam. Także tych, których NIE BULWERSUJE, gdy Madonna śpiewa zawieszona na krzyżu w koronie cierniowej, gdy Nergal niszczy Biblię....Taki mamy teraz świat...Dokąd zmierzamy?
A tu nagle wielka wrażliwość wyszła społeczeństwa, przy reklamie Heya!
No dobrze, dobrze...
Subskrybuj:
Posty (Atom)











